[368. 10] Dariusz Czaja, „Gdzieś dalej, gdzie indziej”, Wydawnictwo Czarne S.C., wyd. I, Wołowiec 2010.

by maciej


1. „To nie przyjemny urlop, to prawdziwa świecka pielgrzymka”, słowa Ewy Bieńkowskiej z okładki książki „Gdzieś dalej, gdzie indziej” Dariusza Czai. Słowa, które mają zachęcić do przeczytania tejże. Mnie zachęciły. Chociaż właściwie nie potrzebowałem zachęty, samo nazwisko autora, po „Lekcjach ciemności”, jest dla mnie znakiem jakości. Nie zawiodłem się, chociaż dałem się zaskoczyć, miło, ale jednak, dałem się zaskoczyć. Przeglądając tę książkę w księgarni, pomyślałem, ot kolejna książka z esejami o Włoszech. Nie mam nic przeciwko takim książkom, ale sam siebie wpuściłem w maliny. Dodatkowo zwiódł mnie początek, pierwszy esej. Słowa autora: „Jednym z nużących banałów odnoszących się do włoskich podróży jest ten mówiący, że wszystko już było. Że w tamtej rzeczywistości nie ma już nic do odkrycia, że w swych zachwytach świecimy światłem odbitym, że za każdym tekstem stoi inny, już napisany tekst, że każda fotografia powtarza tylko ujęcia poprzedników, a fakt, że o tym nie wiemy, w niczym nas nie tłumaczy. (…)Podróże kształcą, ale kształconych” [str. 14].
2. Tak, pomyślałem, książka pewnie pełna jest fajerwerków erudycji autora. Nic bardziej mylnego. Mój błąd, przyznaję. Co prawda kolejne dwa eseje pozwalają jeszcze tak myśleć, ponieważ autor odnosi się do „klasyków” włoskich podróży: Ferdynanda Gregoroviusa oraz Pawła Muratowa. Chociaż czytając tekst „Dzienniki motocyklowe”, w którym pojawia się, jako punkt zaczepienia i odniesienia Paweł Muratow, powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że nie będzie to jednak „typowa” książka o włoskich podróżach – Dariusz Czaja zwraca uwagę na środek lokomocji, wyszukał w tekście Muratowa te fragmenty, które mówią o motocyklu i „przygodach” z nim związanych na zakurzonych drogach dalekiego południa Włoch.
3. Po przeczytaniu ostatnich dwóch akapitów eseju „Historiozofia i pies”, byłem już pewien, jak ogromnie się pomyliłem i jaki niesprawiedliwy, we wstępnej ocenie/zaszeregowaniu/nastawieniu, byłem dla autora książki „Gdzieś dalej, gdzie indziej”. W ramach usprawiedliwienia:
„Znów widmowa stacyjka. (…)Uczucia, które żywimy do siebie nawzajem, mocą jakiejś dziwnej alchemii, na stacjach kolejowych zostają spotęgowane. Perony występują w funkcji szkła powiększającego naszych emocji. Te wszystkie dworcowe dramaty, łzawa mechanika rozstań, esencjonalna czułość pożegnań… Zwłaszcza może na tego rodzaju opuszczonych, niczyich stacyjkach, jak ta. Jakby dwie samotności znajdowały dla siebie stosowną oprawę z tej samej kruchej materii i dodając, skraplały się w łzy.
Scena jest filmowa. Pies, trochę niepewnie, robi parę kroków w ślad za odjeżdżającym pociągiem. Nasze oczy na chwilę się spotykają. Niedawna radość gdzieś przepadła. Jego wzrok wyraża już tylko litość i obrzydzenie. Chyba jednak się nie spodziewał. Za pierwszym zakrętem jest po wszystkim. Nawet nie zdążyłem się pożegnać. Do dzisiaj mi wstyd” [str. 96-97].
4. Gdzieś w połowie książki, gdy czytałem o tarantelli, o rytuałach tanecznych, o fiestach i kościelnych procesjach w małych, prowincjonalnych miasteczkach, o lokalnych świętych, „odkryłem”, że Dariusz Czaja jest także antropologiem kultury – „Powiada się, że w naturze nic nie ginie. Można by dopowiedzieć, że w kulturze też. To, co było, zmienia jedynie formy, znaczenia, konteksty” [str. 185].
5. „Gdzieś dalej, gdzie indziej” nie jest książką podróżniczą, nie jest zbiorem esejów podróżniczych, to antologia gromadząca ćwiczenia z pamięci. Autor przywołuje z pamięci okruchy/fragmenty „świeckiej pielgrzymki”, jaką odbył był po Apulii południowej prowincji Włoch, do której nie zapuszczają się żądni wrażeń estetycznych podróżnicy. Ponieważ „Apulia jest trudna, nie zachwyca od pierwszego wejrzenia, gorzej: nie zachwyca nawet od drugiego, może nawet w ogóle nie zachwyca, a może ona nie jest do zachwycania, do zachwycania jest Toskania, Apulia jest chłopska i przaśna, surowa i kanciasta, nie da się jej opisać metaforą ogrodu, nie rozrzewnia, w krajobrazie żadnych miękkich linii, żadnych łagodności, zabudowane wybrzeże wygląda jak rozrośnięte Łomianki(…)” [str. 276].


Advertisements