Joanna Janowicz: sen mediolański

by maciej


scena 1: W wielkim dworze, przypominającym ten, w którym mieszkała bohaterka filmu “Jestem miłością”, zebrała się liczna rodzina. Siedzą w pokoju telewizyjnym i oglądają wyświetlany tam przekaz na żywo z inscenizacji: po platformach i trapezach zawieszonych nad ziemią, chodzi kobieta, cytując poetę, “brzemienna jak grusza”. Jej brzuch niebezpiecznie balansuje nad krawędziami – kładki są wąskie, niezbyt stabilne. Jestem wraz z innymi na widowni. Najpierw przed ekranem, a po chwili bezpośrednio przed sceną, na krzesełkach ogrodowych – bliżej przechadzającej się aktorki. Ona też należy do rodziny.
Cała inscenizacja z otoczeniem przywołuje na myśl przedstawienie planowane w “Pokucie” McEwana przez małą Briony. Tam jednak w końcu nie doszło do skutku, a tu – patrzymy z niepokojem – ten kaprys stał się faktem.
Wiotka kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży stanęła na krańcu platformy, przegina się do tyłu i spada z wysoka na plecy. Rzecz dzieje się tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy wstrzymać oddechów z przerażenia.
scena 2: Dwa proste nagrobki. Jeden kobiety, drugi dziecka, które próbowano ratować.
scena 3: W szklanej altance na terenie posiadłości. Słoneczne spotkanie przy kawie. Służący w granatowych mundurkach wnoszą filiżanki i deser. Mama i ja jesteśmy również rodzajem służby w tym domu, ale doradczej. W należącej do którejś z nas dłoni trzymamy długie pasmo włosów. Jest ciemne blond i kędzierzawe. Trzymając je, debatujemy nad puklem o jego dalszych losach i sposobach poprawienia jego kondycji.

Advertisements