Gdy mówię „ten poeta jazzowy”, ona już wie o kogo chodzi

by maciej

W poezji Komunyaki wszystko jest niespodziewane. Nie masz pewności, czy to co usłyszysz nie będzie wykorzystane przeciwko tobie. Fakturą tych wierszy jest muzyka. Chociaż słowo faktura jest nieodpowiednie, lepsze to aura albo pięść. Dlatego stopa może być głęboka, dlatego gryf przestaje być śpiącym zwierzęciem, a linia melodyczna jest cienka jak głos kelnerki, która biorąc od ciebie pieniądze powiedziała zwyczajne „Dzięki, kotku”.

Jest coś zupełnie nieuchwytnego w tych tekstach, coś co pozwala połączyć dostojność żmudnie wyciosanego wdzięku z niesamowicie energicznym zrywem, na dodatek całość jest delikatna jak cień. W niektórych wierszach słychać uderzenia bębna, który dostosowuje się do nastroju i tempa, ponieważ rytm jest bardzo ważny. Bęben umieszczony jest gdzieś u podstaw, tak aby drganie zaczęło się od stóp i szło w górę, coraz wyżej, aż w końcu dotarło do oczu, którymi z bliska zobaczysz palącą zmysłowość, ukrywany smutek i zadziwiającą pewność siebie.

Język amerykańskiego poety faluje jak wilgotne liście, które zaraz przykleją się do policzków młodych żołnierzy. Faluje jak nierzeczywiste wspomnienia z dzieciństwa, które łagodnie pojawiają się i znikają, które potrafią dzielić szczerą radość ze strachem tak silnym, że pocą się od niego dłonie.

[rzecz z cyklu: było, minęło. dawno, dawno temu, bo w maju 2007 roku, autor Krzysztof Dziamski]
[zdjęcie poety: Victoria Smith, zaczerpnąłem stąd: klik! klik!]

Advertisements