Patologiczny sen

by maciej

Zaczyna się od odebrania Zosi ze szkoły. Jest smutna. Oświadcza, że jedna z jej koleżanek z klasy, ergo siedmiolatka, nie żyje, bo się powiesiła. Nie umiem jej na to nic odpowiedzieć, więc cicho idziemy do domu. Potem przyjeżdża po nią jej matka, a moja siostra i razem z naszą matką, a Zosi babcią, zaczynają się szykować na pogrzeb.
Ubierają białe i pastelowe rzeczy, chociaż upominam je, że to czerń obowiązuje na pogrzeb. Potem przynoszą wieniec – każdy kwiat z innej parafii, o oczojebnych niemal kolorach, przewiązane wstążką.
– Dziecko nie może być smutne, jak już umarło, idziemy je rozweselić, nie można tak zaraz żałobnie – tłumaczy mi mama. Wychodzą, trzaskając drzwiami.
Po paru dniach chcę odwiedzić grób tej dziewczynki, jakby mi to miało w czymś pomóc. Dostaję adres gdzieś pod miastem, MPK już tego nie obejmuje, ale jakiś inny operator. Zamiast jednak znaleźć tam cmentarz znajduję jakiś pseudo-buddyjski, taki sekciarski, budynek. Wchodzi tam dużo młodych kobiet, też ciemno raczej ubranych, więc biorę głęboki wdech i wchodzę.
W mieszkaniu do którego mnie wprowadzają, nikogo nie ma, wieszam kurtkę, i w ciszy, czujna, zwiedzam mieszkanie: plątaninę korytarzy, których plan rozrysowuję sobie w głowie. Parter, tylko jeden balkon, w ciągu pustych pokoi. W niektórych pokojach takie leżaki jakie pamiętam z przedszkola, tylko odpowiednio większe, dla dorosłych. Na nich nieobleczona jeszcze pościel. Pełna lodówka.
Do mieszkania trochę jakby wepchnięta zostaje grupa ok. 15 innych kobiet w mniej więcej moim przedziale wiekowym. Mi do gustu przypada zaraz tylko jedna, podobna do Olgi ze szpitala, uśmiecha się spod spuszczonych powiek. Za nimi do mieszkania wtacza się gruby, stary facet. Straszny oblech i to jest moment, w którym mam złe przeczucie.
– Przygotujcie się do wieczornej modlitwy – mówi.
Jest dopiero ok. 11 rano, więc to jakaś masakra. Czuję wiszące w powietrzu zbiorowe samobójstwo, muszę spierdalać. Będziesz mnie kryć – szepczę do tej 1 dziewczyny, ale czuję, że jej uśmiech jest pusty, jakby była narkotyzowana. Inne kobiety posłusznie zaczynają oblekać pościel na leżakach.
Badam do obiadu zachowania psychola. Sama dostaję coraz większej, jeżącej włosy na karku paranoi. Kiedy tylko zaczyna się pierwszy ruch, szybko pakuję plecak, narzucam sweter i zostawiam już kurtkę na wieszaku. Przechodzę do dalszej części domu, tej która powinna prowadzić do balkonu, wszystko jest jakieś psychodeliczne. W końcu wdrapuję się na balustradę balkoniku i zeskakuję po drugiej stronie. Nikt mnie nie goni, nie szuka, nikt nie krzyczy za mną z rozwartego w czeluść balkonu. Mimo to, lekkim truchtem, odbiegam poza zasięg wszystkich okien, które mój umysł łączy z tym jednym mieszkaniem…


[Agnieszka ‘Mizuu’ Gorońska, „Patologiczny sen”.]

Reklamy