Trup na Czarnym Wzgórzu

by maciej

Nad ranem śniło mi się alternatywne zakończenie książki „Na Czarnym Wzgórzu” Bruce’a Chatwina –
Bliźniacy Lewis i Benjamin Jones leżą w małżeńskim łożu swoich rodziców. Zbliża się pora wstawania, Lewis się już obudził. Czeka aż brat, leżący obok, poruszy się i głośno powie: „Dzień dobry” – co będzie znakiem, że najwyższy czas już wstać, iść do obory, nakarmić zwierzęta, a potem wrócić do domu i zjeść śniadanie. Ale Benjamin nadal śpi, nie rusza się. Lewis łapie brata za rękę, która jest lodowata i sztywna, skóra na dłoni jest śliska. Potrząsa ramieniem brata. Nic, żadnej reakcji. Lewis uświadamia sobie, że Benjamin nigdy więcej się nie obudzi, dlatego zostawia go w łóżku, a sam wstaje, ubiera się, idzie nakarmić zwierzęta. Potem wraca do pokoju i z komody wyciąga drewnianą szkatułkę z pieniędzmi. Dzieli je na dwie równe połowy, swoją wkłada do kieszeni, a brata z powrotem do skrzyneczki.
„Śpi, w końcu się wyśpij” – mówi półgłosem. „A ja pojadę do miasta, się zabawić. Całe życie mi tego broniłeś, ale teraz już nie możesz. Prześpię się z kobietą i to nie jedną, zobaczysz” – powiedział w kierunku nieruchomego truchła. I faktycznie, zamiast zadzwonić do księdza, grabarza, czy koronera. Zamiast obmyć brata, przebrać go w odświętny garnitur, zostawia go sztywnego w łóżku rodziców. Sam ubiera się w swoje najlepsze rzeczy i wychodzi z domu, wcześniej zamykając szczelnie wszystkie okna. Trzy razy wraca na podwórko, by sprawdzić, czy drzwi zamknął na klucz.
Pieszo poszedł do najbliższego miasteczka. Tam wszedł do baru, najadł się do syta, wypił butelkę whiskey i dowiedział się, gdzie jest najdroższy burdel w okolicy.
Na miejscu wynajął pokój oraz dwie kobiety i baraszkował z nimi tak długo, aż nie skończyły mu się pieniądze. Dopiero wówczas wrócił na farmę „Widzenie”, aby pogrzebać brata. Pochował go w sadzie jabłoni. Nie zawiadomił nikogo, że Benjamin umarł.

Advertisements