W sobotę o…

by maciej

Widać gołym okiem, że zaniedbuję tego bloga. Nie piszę notek, nie przepisuję ciekawych cytatów, nie zapisuję snów, nie relacjonuję „mego życia z Dżejmsem”, nie czytam wierszy, nie dzielę się nimi. Wygląda to tak, jakbym całkowicie olał działanie ze słowem i w słowie. Po prawdzie, to tak właśnie jest. Przestawiłem się. Wciągnęły mnie „kolorowe zeszyty”, całkowicie utonąłem w komiksach. Staram się swoje czytelnicze oraz wzrokowe przygody regularnie relacjonować. Jednakże nie w tym miejscu. W inny. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to polecam podglądać mój drugi profil, czyli bloga o nazwie „Kopiec Kreta” {wystarczy zrobić klik! klik! i można się na niego przenieść}.

Przy okazji, gdy już jestem przy słowie, polecam sen Adama Wiedemanna oraz jego recenzencką impresję z „Luźnych związków”. Tekst ukazał się tydzień temu w ramach 13 numeru „Wakatu on-line”, oto fragment artykułu „Poryć sobie w wierszach (mini-przegląd nowych tomików Cioka, Gierszewskiego i Niewiadomskiego)”

Wszystko co białe, jest ładne
Do miasteczka ma przyjechać Prezydent, z powodu jakiejś uroczystości. Jesteśmy w barze, wszyscy o tym dyskutują, po czym wychodzą, żeby się temu przyjrzeć, tylko barman (podobny trochę do Johna Lurie) stwierdza, że niestety, ale musi pozostać na swoim posterunku. Kiedy w lokalu nikogo już nie ma, wyciąga spod kontuaru rewolwer o długiej lufie, po czym oddala się tylnym wyjściem. Miasteczko jest całkowicie opustoszałe, tylko gdzieniegdzie stoi kilka półciężarówek, zaczynam śledzić ogromnego jaszczura, który kręci się wśród skał, w ręku mam kamień na wypadek, gdyby mnie zaatakował. Gad wpełza do niewielkiej groty i siedzi tam, zaczajony albo też spłoszony, bo z lasu wyszły dwa lamparty i węszą tam w pobliżu. Obserwuję tę scenę z ukrycia i wydaje mi się, że to świetna okazja, aby zabić jaszczura, rzucam w niego kamieniem, nie trafiam, kamień toczy się stromą ścieżką, znika mi z oczu, ale wciąż słyszę jego cichnący stukot. Schodzę do tunelu metra, kupuję w fast foodzie coś do jedzenia na wynos, wsiadam do kolejki, jem, w ostatniej chwili przed odjazdem dosiada się elegancki, łysy staruszek w typie „dziewiętnastowiecznego naukowca” i opowiada, że właśnie był świadkiem, jak kamień trafił „połoza”. Ma zwierzę w reklamówce, nie jest to żaden połoz, tylko raczej agama, nieduża i bardzo kolczasta. Uczony wysiada, zostawiając zdobycz na siedzeniu, zastanawiam się, czy mogę sobie ją zabrać.

Po drugim przeczytaniu drugiej książki Gierszewskiego zmorzył mnie sen i to mi się właśnie przyśniło. Połoz odsyła oczywiście do Micińskiego, który być może dostarczyłby mi jakichś wskazówek, gdybym go miał pod ręką, ale siedzę teraz w Krakowie, w „Willi Awangarda”, i obserwuję przez okno burego kocura, łażącego po dachu garażu albo szopy. Jest bardzo podobny do kota, którego Sergiusz dostał parę dni temu od Teresy Boguckiej, aż miałbym ochotę zawołać go po imieniu, ale tamten kot nie został jeszcze nazwany. Jest też biały pies, ten chodzi po balkonie sąsiadki, udając, że jest zajęty swoimi sprawami, choć gołym okiem widać, że nie ma żadnych spraw, które by go zajmowały. Jest to wyjątkowo ładny pies, czysto ozdobny. Pierwszą książkę Gierszewskiego trochę zbagatelizowałem, a to z powodu dwóch wierszy humorystycznych, które tak bardzo zwracały na siebie uwagę, że subtelne procedury rządzące pozostałymi utworami jeszcze się bardziej wysubtelniały, osiągając w subiektywnym odbiorze stadium funkcjonalnej niewidzialności. W ogóle do książek Gierszewskiego lepiej jest wracać niż patrzeć na nie gołym okiem – nie ma w nich czego poznawać, ale jest co roz-poznawać: w nieomal każdym jego poszczególnym wierszu rozpoznaje się ten właśnie wiersz, tak jak w sonecie rozpoznaje się sonet. Gierszewski ustanawia wciąż jakby od nowa reguły poetyckości, robi to drobiazgowo i z pomocą drobiazgów, czym trochę przypomina – proszę wybaczyć – Mallarmégo z jego aboli bibelot, ale tylko trochę, bo zasadniczo nie ufa niczemu, co zastane, stara się zawsze dojść aż do granicy, za którą będzie już tylko pustka i banał, i na niej właśnie się zatrzymać, odcinając sobie możliwość jakiejkolwiek kontynuacji. Albo inaczej: ponawiana sytuacja próby staje się tu stylistyczną dominantą i znakiem rozpoznawczym.
Aczkolwiek druga książka zaczyna się w sposób dość konsternujący, jak gdyby cała miała być kontynuacją wiersza Oplot z pierwszej, tak zdawałoby się twardo zamkniętego w sobie. Tych ponawianych oplotów jest aż pięć, po czym się to urywa i już nie powraca, od tej pory każdy tekst będzie się starał być wierszem w całkiem inny sposób, jedynie fraza Kocham was obu powróci parę stron dalej, już jako element prywatnej mitologii, podobnie jak powróci mitologiczna postać Marty Podgórnik na znak „luźnego związku” czy to z poprzednią książką, czy to z twórczością Adama Kaczanowskiego. Rozmaity bywa tu poziom sukcesu, czasami poprzeczka ustawiana jest tak nisko, by niemal udaremnić skok, kiedy indziej zaś przeskakuje się pod nią, ale za to z najzupełniej satysfakcjonującym piruetem. Jedynie wiersz końcowy zdaje mi się trochę za bardzo pustym popisem wirtuozerii – jest to celowo niewyrazisty poemat, na którym uwieszone obszerne przypisy nie tyle dodają mu charakteru, co raczej odsysają go, podobnie jak nawiązania do Nabokova i do Wirpszy, zbyt oczywiste jak na tego akurat autora. Jest to, owszem, ciekawe, wykwintne, ale niestety daremnie domaga się czytelniczych wysiłków; w ten sposób mój wzrok wędruje znów za okno, gdzie dwaj panowie usiłują ściąć drzewo, młodszy wali siekierą, a starszy ciągnie za sznur w swoją stronę, wygląda to tak, jakby wykonywali tę czynność pierwszy raz w dziejach ludzkości, stoję w oknie i niecierpliwie czekam, co się stanie.

Advertisements