Włodarski & Gierszewski: wywiad

by maciej

Wczoraj Marcin Włodarski opublikował na swoim blogu wywiad, który korespondencyjnie ze mną przeprowadził. Wywiad nosi tytuł: „O poezji raczej z musu”. Polecam (się) przeczytać. Przy okazji polecam, również przeczytać recenzję Marcina z „Luźnych związków” – :tu: kliknąć trzeba.


Od lat spisujesz sny. Dlaczego?
Pierwsze moje próby literackie polegały, właśnie na spisywaniu snów. Było to bardzo dawno temu, nie wiem dlaczego zacząłem je zapisywać, nie pamiętam. Pewne jest, że nadal to robię, spisuję swoje własne sny, zapisuję sny, które mi zostały opowiedziane, przepisuję sny z książek, gazet, blogów… Dlaczego? Niektórzy zbierają znaczki, inni monety, jeszcze inni kartki pocztowe, a ja zbieram sny. Taki kompleks kolekcjonera, jak się już raz zaczęło, to ciężko przestać, ciężko skończyć.
Czy sny bywają inspirujące? Zapładniają Twoja poezję?
Sny bywają inspirujące, w końcu to odrębna rzeczywistość, w której wszystko jest możliwe, w której wszystko może istnieć razem i od razu. Staram się nie przelewać onirycznych opowieści do swoich wierszy, czyli – odpowiadając wprost na Twoje pytanie – nie zapładniają one mojej poezji, nie pozwalam im na to. Gdy siedzę nad białą kartką, na której za chwilę zacznę stawiać słowa, to widzę rój onirycznych plemników, zdążających do niepokalanego jaja kartki. W takich wypadkach biorę gazetę, zwijam ją w rulon i zaczynam je regularnie tłuc. A tak bardziej poważnie, to pamiętam jeden wers, który mi się przyśnił i który wplotłem dosłownie do jakiegoś wiersza: łapy łabędzi w lodzie ogryzione przez psy. A w „Profilach” jest wiersz „7 snów z nazwiskami”, ale jest to tekst zbudowany z całych snów, kiedyś spisanych, które tylko połączyłem w wiersz.
Jeśli już mam się do czegoś przyznać, to sny zapładniają moją prozę. Większość opowiadań przeze mnie napisanych, jest zbudowana z wyśnionych motywów. W „Luźnych związkach” jest opowiadanie „Wycieczka do Hajfy”, które zostało napisane na podstawie onirycznego objawienia.
„Luźne związki” to dla mnie zalecenie, by nie angażować się zbytnio z rzeczywistość, otoczenie. Mam racje? Jeśli tak to dlaczego?
Marcin, jestem, jako autor i jako człowiek, daleki od tego, aby komukolwiek cokolwiek zalecać. Mogę mówić jedynie o sobie i do siebie. Może faktycznie, zalecam sobie, aby nie mieć za głębokich relacji z rzeczywistością. Tak jest lżej. Tak jest łatwiej. Przecież życie samo w sobie i tak boli, więc po jaką cholerę wbijać sobie dodatkowe szpilki pod paznokcie? Wystarczy monotonia codzienności, już samo to może człowieka zabić, a jeśli nie zabić, to chociaż przyprawić o jakąś ciężką chorobę, którą leczą w pokojach bez klamek.
Ja wychowałem się w małym mieście, miałem szczęście wzrastać wśród ludzi, znajomych, kolegów, dla których miarą każdego kroku jest zaangażowanie. Znam ludzi, którzy dla muzyki, dla swoich artystycznych działań rezygnowali ze sławy, bo uważali, że ona zniszczy ich sztukę. Teraz nie mają ani sławy, ani sztuki, ale gdyby się urodzili ponownie, nie zmieniliby ani trochę swoich decyzji. To brzmi jak wyidealizowany świat. Co ty na to?
Jestem święcie przekonany o tym, że w życiu należy robić tylko te rzeczy, które sprawiają nam niekłamaną przyjemność i radość. Czy należy się sprzedawać? Mam wrażenie, że właśnie o to pytasz. Myślę, że to zależy tylko od psychicznych predyspozycji. Niektórzy muszą stać, aby czuć się szczęśliwymi, wysoko na świeczniku i zrobią wszystko, aby się tam znaleźć, bo dopiero wtedy czują, że żyją. A inni wolą, gdy świecznik przechodzi do nich, gdy prosi, błaga, kusi, łudzi i wtedy mogą lekko się nagiąć, siebie oszukać, bo to niby nie oni zabiegali, a o nich zabiegano. A jeszcze inni, grupa twoich znajomych, woli odmówić i nie wstępować na świecznik. Odmowa jest pozorna. W każdym razie strategii jest wiele, są różne, która jest dobra, słuszna, właściwa? Nie wiem. Ja staram się robić swoje, lubię właśnie tak. Niezależnie od tego, czy wstępuję, czy mnie się wypycha.
W wierszach z tomu „Luźne związki” zarejestrowałeś wiele szczegółów dnia codziennego. Nie ukrywam, że lubię takie kadry zarejestrowane na papierze, które uciekłyby bezpowrotnie, gdyby nie oko i pióro autora. Co powiesz jednak na tematy, he, na nowy wiek? Czy jest jakiś temat, który warto podjąć w drugiej dekadzie XXI wieku?
A czym wg Ciebie powinny/mogą się różnić tematy podejmowane przez poetów w XXI, od tych podejmowanych w wieku XX? Na czym ma polegać jakościowa różnica? Czy może być jakościowa różnica? Czy powinna być jakaś różnica? Moim zdaniem: Nie! Broń Cię Panie Boże. Warto podejmować te same tematy, jakie warto było podejmować w ubiegłym wieku. Warto podejmować tematy, które są żywe. Pewnie od razu będziesz pytał: Co to są żywe tematy?. Otóż wg mnie to tematy, które dotykają. Nie pozostawiają czytelnika biernym, letnim (aby użyć słów znanych już od tysiącleci: „A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich” (Ap. 3:16). Dla mnie zasada jest dość prosta: pisać powinno się o tym, co dotyczy i dotyka osobę stojącą/siedzącą obok poety.
Oczywiście, że data nie może przerwać pewnej ciągłości. Oczywiście, są tematy uniwersalne, do których ludzie powracają, bo taka jest wręcz ich biologia, hehe. To oczywiste, że dla człowiek mówi o tym, o czym chce i jak chce bez względu na wszystko. Pytałem o to, czy dziś wyłania się coś nowego na horyzoncie. Świat zmienia się do tego stopnia, że pojawiają się nowe tematy? Czy raczej poezja idzie w kierunku eksperymentów językowych na płaszczyźnie leksykalnej, składniowej?
Myślę, że świat nie zmienia się wcale aż tak bardzo, jak nam się to czasem, na pierwszy rzut oka wydaje. Pojawiają się nowe media, szybki i megaszybki przepływ informacji, inna (uproszczona) jakość i forma komunikatu. Jednak to nie są zmiany, które powodują nagły wybuch nowych tematów poetyckich. Nadal jednym z głównych tematów poetyckich pozostaje: ja/my w świecie, ja/my wobec świata i odwrotnie naciski i oddziaływanie typu świat na mnie. Nie uważam, żeby tematy zaangażowane (z grupy życie w/z korporacją, konsumpcjonizm, polityczność), były tematami nowymi. Nie są to tematy nagle odkryte, nowe, oświecone.
Czy zamieszczanie w wierszach symboli i rekwizytów kultury popularnej oraz informacji telewizyjnych o działaniach wojennych w Egipcie, Libii czy Tunezji, to coś nowego dla poezji? Nie. Poezja nigdzie nie idzie, jest. A mówi się do czytelnika w taki sposób, za pomocą m.in. eksperymentów językowych, bo to jest dla czytelnika atrakcyjne, rozpoznawalne i zrozumiałe. Ale czy to jest postęp samej poezji? Nie sądzę.
Pozwolisz, że na tym skończę ten wywiad o poezji?
Pozwolę. O poezji ciężko mi się rozmawia. Może łatwiej rozmawiało by mi się o komiksie. Jestem fanem komiksu, a poezji niekoniecznie. Myślę o poezji raczej z musu.
Chciałbyś kogoś pozdrowić?
Tak, przede wszystkim mego kota, Dżejmsa.

Reklamy