Josif Brodski: wiersz

by maciej

Nowe życie

Pomyśl, że wojna skończona i że już pokój nastał,

że nadal widzisz się w lustrze. Że wolno drozdom, srokom,

a nie junkersom wyśpiewać swoje czyrrik i miasta

w ruinie już nie oglądasz przez okno, lecz barocco,

pinie, wawrzyny, magnolie, bluszcz cierpliwy i kruchy.

Pomyśl, że złącze żelazne, w którego pajęczynach

księżyc się skrył, zniosło napór mimozy i wybuchy

agawy. Że życie trzeba od początku zaczynać.

Ludzie wychodzą z pokoi zastawionych krzesłami,

które – podobne do czwórek – chronią od zamroczenia.

Nie są nikomu potrzebne, a tylko sobie samym,

kamiennej kostce na jezdni i regułom mnożenia.

To może być wpływ posągów. Pomnik ma puste wnętrze.

Jeśli to nawet nie świętość, to chociaż jej synonim.

Patrzysz na tego obcego zupełnie obojętnie.

Pomyśl, że mówiąc o sobie, mówisz zarazem o nim.

Zaczynać życie od nowa. Tak właśnie, od obrazów

erupcji wulkanu, sztormu miotającego tratwą.

One z kolei wzbudzają to uczucie od razu,

że choć na kataklizm patrzysz, lecz możesz bardzo łatwo

odwrócić się w każdej chwili i wtedy się ukaże

wystygła kawa, pęk kwiatów w chińskiej wazie przy sofie.

A ich jaskrawe kolory, nieco przywiędłe twarze

mogłyby też w gruncie rzeczy mówić o katastrofie.

Uległy jest każdy przedmiot. Myśl, nawet bardzo ścisła,

uleci. Rzecz się poddaje i respektuje wzloty

i władzę myśli. A formy powstające w umysłach,

ich przywiązanie do miejsca i cechy Penelopy

mają przyszłość. Kogut piejąc poranny czas odmierza.

W nowym życiu, w hotelowej łazience ty zapewne

owinięty prześcieradłem wyglądasz na pasterza

mebli czworonożnych, rzeczy z metalu albo z drewna.

Pomyśl, że epos się kończy idyllą i że słowa

są odwrotnością języka płomienia – monologu,

co lepszych, niż ty pożerał, ale ciebie zachował

– bo jesteś mniej użyteczny – dla twoich innych wrogów.

Ty dajesz zbyt mało ciepła, jesteś więc ocalony.

Dlatego też cię nie martwi, że zupełnie nie wzruszasz

miejscowych: Cerery, Wenus, Wertumnusa, Pomony.

Stąd bierze się na twych ustach ta piosenka pastusza.

Jakkolwiek by się tłumaczyć, chować asy w rękawie –

nieznana karta na stole niespodziankę przynosi.

Pomyśl, im głos wyraźniejszy, tym mniej miejsca zostawi

łzom wszystkich odcieni uczuć strachu i namiętności.

Wyobraź sobie, że dawny hymn przez radio wyławiasz,

a tam za każdą literą jest świta z liter, którą

albo się w słowo „Ibrahim”, albo „Betsy” ustawia

za granice alfabetu i zmysłów wiodąc pióro.

Cykady ze swym „C” dźwięcznym, o zmierzchu w nowym życiu.

I perspektywa klasyczna, w której czołgów nie widać,

choć u jej krańca wilgotnej mgły ani śladu. Nie wyczuł

jeszcze nigdy nagi parkiet dotyku tanga. Chyba

w tym nowym życiu do chwili nikt nie powie „zaczekaj”,

bo gdyby się zatrzymała, wówczas byłaby raczej

zmarnowana. Ale takim blaskiem lśni twarz człowieka,

że można na niej napisać „cześć” i przykleić znaczek.

Bielone ściany pokoju stają się bielsze jeszcze

bardziej, nie tyle ze strachu przed spojrzeniem upartym,

(oko przywykło ogarniać nawet szeroką przestrzeń)

ale dlatego, że w widmie są nieobecne barwy.

Rzeczom wybacza się wiele. Dzieje się tak za sprawą

miejsc, w których one się kończą. I w efekcie się szuka

tych pustych miejsc, aby tylko zaspokoić ciekawość

ich abstrakcyjnych obrazów. I to jest właśnie sztuka.

Od słońca są w nowym życiu lepsze chmury. Gdy ścieka

deszcz nieprzerwanie po szybach, w samowiedzę się zmienia.

Z kolei pociąg, na który na pewno się nie czeka

z walizkami na peronie – przychodzi bez spóźnienia.

Gdzie jest horyzont, tam żagiel będzie mu sędzią, bowiem

oko wybiera mydliny, woli pianę od wody.

A jeśli ktoś cię zapyta „kim jesteś?”, to odpowiedz

„Ja jestem Nikt” – jak rzeki niegdyś Polifemowi Odys.

1988


– – –
[„Nowe życie”, przeł. Katarzyna Krzyżewska, {w:} Josif Brodski, „Wiersze ostatnie”, przeł. Katarzyna Krzyżewska i Stanisław Barańczak, Wydawnictwo Znak, wyd. I, Kraków 1998, str. 11-13.]

Advertisements