Poznań, to jest miasto przesiadkowe*

by maciej


Dwa lata temu, z okazji przyznania mi Medalu Młodej Sztuki (sic!), udzielałem małego wywiadu dla „Głosu Wielkopolskiego”. Wywiad nie ukazał się w całości, wycięto (ocenzurowano?) następujące pytanie i odpowiedź:

5. Poznań, nasze miasto… Jaki tu jest klimat dla sztuki? Dla poezji?
M.G.: Nie jestem rodowitym poznaniakiem, przyjechałem do tego miasta na studia i już zostałem. Nie będę ukrywał, bardzo lubię to miasto i dobrze mi się w nim żyje. Jednak nie dlatego, że jest sprzyjający klimat dla poezji, bo nie jest. Spotkań poetyckich jest mało. I nawet świetny festiwal „Poznań poetów” niewiele w tej sprawie zmienia. Pewnie dlatego, że „Poznań stawia na sport”, a nie stawia na kulturę, wielu poetów już wyjechało, inni mają taki zamiar. Ryszard Krynicki przeprowadził się do Krakowa. Piotr Kępiński i Dariusz Sośnicki do Warszawy. Mariusz Grzebalski, Szczepan Kopyt, Edward Pasewicz zastanawiają się nad przeprowadzką. Krzysztof Gryko wytrzymał w Poznaniu niecałe dwa lata. To nie nastraja optymistycznie.


A dziś na stronie niedoczytania.pl ukazał się wywiad – „Codziennie zakładam krawat” – jaki przeprowadził ze mną Marcin Muth, w którym opowiadam m.in. o Poznaniu:

(…) w Poznaniu bycie literatem czy artystą wymaga szczególnego hartu ducha. Gdy rozmawiam z tutejszymi artystami, słyszę właśnie skargi na instytucje, ale mi się wydaje, że problem jest głębszy. Że Poznań, jego mieszkańcy, nie potrzebują kultury, literatury, sztuki tworzonej tu na miejscu. Wolą coś sprawdzonego z importu. Poznań na tle innych miast zdaje się lepiej zorganizowany, bardziej uporządkowany, ale przez to mniej sfermentowany. Dominuje tu wyobraźnia ekonomiczna, prawnicza, kupiecka, inżynierska. Łatwiej zostać tu Kulczykiem niż Świetlickim. Mało poznaniaków się w ogóle za pisanie na serio bierze. Właściwie większość tutejszych uważa, że to niepoważne zajęcie. Ci, którzy nawet tu zaczną, to jakoś potem wymiękają. Bo ile można kopać się z konikiem na biegunach? Jak miałem okazję zamienić parę słów z odjeżdżającym Pasewiczem, to usłyszałem spore rozczarowanie i zniechęcenie. Z kolei Wojtek Bąkowski zauważa, że ta obojętna atmosfera bardziej sprzyja twórczości niż cieplarniane warunki jakiejś artystowskiej Mekki. Jeśli mówimy o mieście jako o idei, to idea Poznania nie jest literacka, jest urzędniczo-kupiecka. Jest tu miejsce na wodewil i impresariat, ale twórcy są częściej trzymani na stryszku albo w przedpokoju niż w salonie. Nie zniechęca to? Nie skłania do pójścia w ślady Pasewicza?

Myślę, że dramatyzujesz. Hartu ducha potrzeba, aby po młodzieńczej/licealnej fascynacji słowem drukowanym pisać „dalej”. Niezależnie od tego, czy jest to Poznań, czy Kraków, młodych osób piszących jest pewnie tyle samo. Tylko w Krakowie, czy jakimś tam innym mieście, instytucje towarzyszące życiu literackiemu, podtrzymują i podsycają wiarę w jakość pisanych rzeczy, a w Poznaniu owe instytucje dobitnie zniechęcają. I pewnie dlatego tak niewielu autorów/pisarzy mieszka w Poznaniu (w porównaniu z takim Krakowem, czy Warszawą), ale za to rzeczy przez nich „produkowane” są wysokiej jakości.
Mieszkańcy Poznania nie mają potrzeby obcowania z literaturą (promocją książki, autorem, tekstem przez niego czytanym), niezależnie, czy jest to autor „rodzimy”, czy też „importowany”. Problem ten dotyczy nie tylko Poznania, ale i innych miast. Może w innych miastach jest bardziej rozbudowane życie towarzysko-knajpiane, ale na same spotkania przychodzi porównywalna ilość osób, czyli równie mało. A to, że po knajpach spotyka się więcej osób, by ze sobą rozmawiać, pić piwo i palić papierosy, wynika z tego, o czym mówiłem wcześniej.
Edward faktycznie jest bardzo zniechęcony i rozczarowany Poznaniem, ale czy słusznie czy niesłusznie, nie mi to oceniać. Zasadniczo Poznań nie jest miastem „opiekuńczym” (w sensie szwedzkim).
I nie, nie chcę wyjeżdżać z Poznania.

Może to brzmi dramatycznie, ale z jakiegoś powodu powstają co i rusz w Poznaniu kulturalne sztaby antykryzysowe, federacje artystyczne i inne kółka samopomocy. Artyści i animatorzy kultury wystawiają nawet kandydatów do Rady Miasta, jak ostatnio Pasmo Kultura czy wcześniej 100% Kultury. W innych miastach twórcy chyba nie czują się aż tak zepchnięci na margines, żeby babrać się w polityce. W Krakowie nie widziałem cienia podobnego zaangażowania. Co myślisz o takich działaniach? Są Poznaniowi potrzebne?

Oczywiście, że są potrzebne! Tak jak już mówiłem, mam wrażenie, że w Poznaniu szwankuje „łącznik”, to, co jest między miastem a twórcą, pewnego rodzaju instytucje, które są niby „radą doradczą” miasta. Rada ta rozdziela subwencje według własnego widzimisię, czyli nie mają wcale rozeznania, co na „rynku” kulturalnym/literackim aktualnie się dzieje. Dlatego właśnie tego rodzaju działania oddolne są jak najbardziej na miejscu. Obserwując działania aktualnego sztabu antykryzysowego ds. kultury, chciałbym, aby się udało. Chciałbym, aby zwrócili oni uwagę urzędników miasta Poznań na działania wielu różnych małych, mniejszych i jeszcze mniejszych (ale „oddolnych”) instytucji, bo moim zdaniem miasto powinno właśnie te oddolne inicjatywy popierać. Jednakże obawiam się, że ciężko jest pogodzić potrzeby (finansowe) takich federacji artystycznych i obawiam się, że nic z tego, kolejny raz, nie wyjdzie. Ale to dobrze, że są jeszcze ludzie, którym się chce, którzy chcą zwrócić uwagę urzędników na to, że Poznań to nie tylko „Lech” i stadion, i imprezy masowe typu „Dni Pyry” na Łęgach Dębińskich (…).


– – –
* tytuł © prof. Piotr Śliwiński

Reklamy