Marcin Orliński: sen

by maciej


Drewniane konstrukcje


„Śniło mi się, że po latach wracam do nadmorskiego wczasowiska z lat dziecinnych. Prawdopodobnie jest sierpień, choć trudno odgadnąć porę roku i dnia. Czy we śnie powietrze ma temperaturę? Chcę ponownie zobaczyć tamto niewinne niebo, obłoki banalnie przesuwające się nad lasem sosnowym, drzewa kołyszące się w rytmie zapomnianych zabaw, niepokojący zapach ściółki i grzybów. Z przerażeniem odkrywam jednak, że morze przedarło się przez wydmy i zalało kurort. Brodzę w wodzie, która sięga do kolan. Nad wodami unosi się trupia mgła. W oddali opuszczone budynki straszą oczodołami wybitych okien. Próbuję iść przed siebie, ale każdy krok sprawia mi nieopisaną trudność. Wokół mnie pływają bezradne przedmioty: różowa deska klozetowa, dmuchane koło ratunkowe, but sportowy, niebezpiecznie znajoma damska torebka oraz zatrważająco konkretna żółta bluza z postrzępionymi mankietami i brązową plamą na rękawie.
W pewnym momencie za plecami słyszę głos. Odwracam się i widzę grupę osób w kaloszach i pelerynach. Krzątają się wokół prymitywnej konstrukcji z nieociosanych żerdzi. Trudno mi ocenić jej wysokość, ponieważ wyższe partie nikną w koronach drzew. Wieża wydaje się koślawa i chybotliwa. Dwa metry nad ziemią do chudego, wilgotnego pnia przytula się Roman Honet. Patrzy w dół i próbuje zrozumieć znaki, które daje mu pospiesznie Przemysław Owczarek. Po prawej stronie kilka osób gra w karty na wystającym pniu. Wybuchają śmiechem. Adam Wiedemann opowiedział właśnie anegdotę. Maciej Melecki próbuje go przekrzyczeć. Wśród grających powagę zachowuje tylko Henryk Bereza. Ma na sobie zimowy płaszcz i czapkę z nausznikami. Z kolei z lewej strony ktoś próbuje rozpalić ognisko na białym, zardzewiałym piecu elektrycznym. Och, Rafał Gawin i ta jego zaradność! Właśnie kłóci się z Jackiem Dehnelem, która metoda pozwoli szybciej wykrzesać ogień.
Woda jest coraz wyższa. Wszyscy gdzieś się rozpraszają. Spoglądam na wieżę. Romek zniknął. Z oddalającego się pontonu ponaglająco machają do mnie Andrzej, Darek, Bartek i Joanna. Wiem, że nie dam rady ich dogonić i odtąd jestem zdany już tylko na siebie. Co powinienem zrobić? Wdrapuję się na pierwsze przęsło tej przedziwnej budowli. Żerdź ugina się. Mokre, zdumione drewno skrzypi, jakby próbowało zadać ostatnie, rozpaczliwe pytanie. Odczuwam coraz większy chłód”.


– – –
W ostatnich dniach grudnia Wydawnictwo WBPiCAK opublikowało nową książkę Marcina Orlińskiego „Drzazgi i śmiech”, co prawda w książce nie ma onirycznych zapisów, są wiersze, ale i tak polecam.

Drzazgi i śmiech

Reklamy