Z Miłoszem do Stanów

by maciej


Śniło mi się, że razem z Miłoszem poleciałem do Stanów. Mieliśmy lecieć do Kalifornii, ale z jakiegoś powodu samolot wylądował na Wschodnim Wybrzeżu. Właściwie nikt nam nie wytłumaczył, dlaczego tu wylądowaliśmy. Zabrano od nas bagaże i poprowadzono podziemnym przejściem prosto do pociągu. Gdy zajmowaliśmy miejsca w przedziale, Miłosz pomógł starszej kobiecie, włożyć koszyk z owocami na górną półkę. Kobieta okazała się bardzo rozmowa, zaprosiła nas na obiad, a potem poszliśmy razem do kina (cały czas będąc w pociągu). W pociągu nie było obsługi ani konduktora. Pociąg, gdy ruszył, to od tego czasu się ani razu nie zatrzymał, choć jechaliśmy kolejny dzień. Pewnie z nudów zaprzyjaźniłem się z kobietą, która pierwszego dnia zaprosiła nas na obiad. Okazało się, że ma 75 lat i że wciąż pracuje – projektuje narty i ma z tego niezłe pieniądze. Lubiła (i potrafiła) opowiadać o swojej pracy. Mówiła o niej tak, jakby to była najważniejsza rzecz pod słońcem, jakby właśnie od jej pracy zależało istnienie świata i utrzymanie ładu oraz porządku we wszechświecie. Do Kalifornii dojechaliśmy po dwóch tygodniach, gdy wysiedliśmy na dworcu i Miłosz sprawdził datę, to okazało się, że następnego dnia mieliśmy lot powrotny do Londynu.

Reklamy