Biała muszla

by maciej


Jadąc z pracy do domu tramwajem numer 8, kołatało mi się w głowie: „Musisz kupić coś na obiad. Musisz, nie masz innego wyjścia”. Pamiętałem, że lodówka jest pusta, całkiem pusta. W lodówce jedynie światło. Musiałem szybko podjąć decyzję co i gdzie. Odpowiedź na „gdzie?” przyszła najpierw – targowisko na placu Wielkopolskim. Nad „co?” się specjalnie nie zastanawiałem, ponieważ zależało mi na tym, aby jak najszybciej załatwić sprawunki, aby jak najsprawniej podjąć właściwe decyzje, aby jak najszybciej znaleźć się do domu, aby nie marznąć, aby nie zamarznąć. Wybrałem pieczarki zamarznięte na kamień. Kobieta, która mnie obsługiwała, była zamarznięta. Może nie na kamień, ale prawie. Niby była grubo ubrana, bo cała opatulona w jakieś kolorowe ciuchy, czapkę, szalik i rękawiczki z uciętymi palcami. Twarz miała całą czerwoną, pomarszczoną i popękaną. Skórę na opuszkach palców również miała spękaną. Była apatyczna, nieobecna, jakby śpiąca, miałem wrażenie, że gdybym zapytał o jej imię, to nie potrafiłaby go sobie przypomnieć. Nie jestem pewien, czy pamiętała, jak się używa języka. Na moje „dziękuję i do widzenia” nie skinęła nawet głową, tylko od razu usiadła na rozkładanym wędkarskim krzesełku i spod lady wyciągnęła dużą, białą muszlę, przytknęła ją sobie do prawego ucha. Przechyliła głowę w prawo, zamknęła oczy i zniknęła.

Reklamy