Joanna Lech: „nie może się pozbierać”

by maciej


„Śniło mi się, że znalazłam się na seminarium Joanny Mueller. Tymczasem trafiłam do sali wykładowej na AGH w Krakowie. W przejściu stała sama Joanna i rozdawała studentom karteczki z napisem: Zadebiutuj, poeto, to już czas!!! i zapisami na inne zajęcia. Karteczki były podzielone na żeńskie i męskie- oczywiście, wszyscy dostawali nieodpowiednie i przychodzili się kłócić:) Usiadłam w ławce z Moniką Błaszczak, która, oprócz zwykłej kolorowej garderoby miała na sobie trzy różne szaliki, w tym różowo- zielony. Przysiadli się do nas Marcin Muth i Łukasz Libiszewski. Chłopaki chwalili się, że są najlepsi na roku, piszą do lokalnej gazetki i nawet wisi reklamowy billboard z nimi przy wejściu:) (Naprawdę był). Tymczasem byliśmy najstarsi na sali, reszta studentów wyglądała jak gimnazjaliści. Postanowiłam zapisać się na te studia, chyba polonistykę, miałam fajny zeszycik i plastikowe pudełko na kanapki. Joanna zaczęła wykład- wygadała przy tym jak prawdziwa pani profesor, z garsonką i wskaźnikiem:) Potem puściła nam wykład na wideo a sama zniknęła. Na ekranie pojawiały się małe literki, które chyba mieliśmy przepisywać, przeniosłam się więc do przodu, do Krystyny Myszkiewicz…Która także była owinięta szalikami, tylko mokrymi. Zdjęłam je i położyłam na ławce do suszenia. Wystawały z nich wodorosty. Tymczasem litery na ekranie zamieniły się w ciąg obrazów, które rzekomo miały pobudzić naszą kreatywność; próbowaliśmy spisywać poszczególne sceny, ale film stawał się coraz dziwniejszy, w końcu zmienił się w dziwaczny horror klasy B. Monika zaczęła biegać po sali i przeszukiwać szafki, krzycząc, że to jakiś niecny eksperyment sdk-u: ktoś tam siedzi i nagrywa kamerą, żeby potem puścić i się pośmiać z tego, jak się męczymy! Ale w szafie nie było nikogo. Po chwili zaczął padać deszcz, wyszliśmy na zewnątrz i musiałam prowadzić na smyczy małego, czarnego kundelka. Znaleźliśmy się na podwórku domu mojej babci, pies wlazł w jakieś kwiatki i znalazł inne podwórko. Na trawniku leżały stosy płytek ściennych, oparłam się o nie i udało mi się trochę ich potłuc. Deszcz padał coraz bardziej i wszyscy byli przemoczeni. Obok domu, drogą z górki przejechał rząd samochodów na holu, prowadziła je Joanna. Samochody były mokre i potłuczone. Joanna wróciła i okazało się, że płytki są do naprawy karoserii. Zaczęliśmy szukać swojego koloru- nagle przypominam sobie, że przecież przed chwilą jechałyśmy gdzieś z Moniką jej zielonym samochodem… Joanna mówi: ale nie otwierajcie ich, one są pełne trupów”.


[Joanna Lech, cytat za: http://www.facebook.com, w dniu: 15 październik 2010 o 12:12, pisownia oryginalna.]

Reklamy