James & Dżejms

by maciej

Szare przedpołudnie, słońce lekko przebija się przez chmury, idę deptakiem wśród drzew. Około godziny 10:00, prosto z ulicy, wchodzę do sali lekcyjnej, klasy, która wygląda jak wielka aula: podłużna, wysokie okna vis á vis drzwi wejściowych. Po prawej jest podwyższenie, na której katedra z dwiema zielonymi tablicami i pianino, żadnych innych sprzętów. Po lewej unosząca się do góry sala pełna ławek, widownia. Przestronnie, jasno, gwarno. Wszystkie ławki zajęte, nie mam gdzie usiąść. Dlatego po pięciu schodkach wchodzę na katedrę i staję przy pianinie. Opieram się o nie plecami. Mojego wejścia nikt nie zauważył, ale gdy do auli wchodzi James Baldwin, wszystkie rozmowy nagle cichną, gwar ustaje, zamiera. Baldwin ubrany jest w czarny garnitur i białą koszulę, na szyi ma wąski krawat, śledzia, również czarnego. No i ma białą skórę. Twarz białą, chociaż właściwie czerwoną od przepicia alkoholowego, spuchniętą, jakby obitą. Nabrzmiałe powieki skrywają małe, wyłupiaste oczka. Nic nie mówi, siada od razu za pianinem i gra kilka taktów. Potem wstaje i pyta: „Czy ktoś wie w jakiej tonacji grałem?”. Podnosi się las rąk. Chyba wszyscy obecni na sali się zgłaszają. On wskazuje na szczupłego chłopca z drugiego rzędu, ładnego, który coś odpowiada, nie dosłyszałem co. Ale Baldwin mówi: „Dobrze. To może Pan nam teraz zagra jakąś improwizację na kanwie tej tonacji”. Chłopak wygrzebuje się z ławki, gdy przechodzi obok ławki dziewczyn, siedzącej u wyjścia z rzędu, przewraca puszkę Coca-Coli. Dziewczyna się wcale nie złości, tylko uśmiecha do chłopca. On przeprasza. Idzie niepewnie do panina, siada i zaczyna grać. James Baldwin staje obok mnie, opiera się plecami o pianino, splata ręce na piersiach i słucha. Po kilkunastu minutach skręca tułów, w stronę grającego chłopca i robi jakiś dziwaczny ruch prawą ręką. Chłopak gra dalej, ale nie słychać dźwięków. Zapadła całkowita cisza. James się odzywa: „To nie jest jazz. To jakieś wstawki do Requiem Mandaryńskiego, które pewnie Pan X zamierza napisać, na zakończenie kursu i oddać na zaliczenie dyplomu”. A do mnie mówi: „Chodźmy stąd”. Idziemy przez stare miasto, wąskie ulice, rozpadające się stare, ceglane kamienice. Wchodzimy do piętrowego budynku. Pytam o toaletę, gdy wracam, Baldwin siedzi po turecku na wielu, kolorowych, miękkich poduszkach. W rękach trzyma białą dżelabę i złotą nitką cierpliwie wyszywa jakiś wzór. Na kolanach, zawinięty w kłębek, leży Dżejms. Ma zamknięte oczy, chyba śpi. Nie reaguje, gdy go wołam. Może to nie Dżejms, zastanawiam się. Pytam Jamesa, ale nie odpowiada na to pytanie. Siadam obok i w milczeniu przyglądam się, jak igła szybko mruga między fałdami tkaniny. Dopytuję dla kogo ta dżelaba. A Baldwin opowiada mi historię, że gdy był w Egipcie, to przez przypadek wszedł do budynku, w którym na wewnętrznym budynku leżało kilkanaście zakrwawionych ciał, rozerwanych na strzępy przez granaty lub bomby. Na środku dziedzińca siedział człowiek, biła od niego jasna poświata. Ten człowiek powiedział do niego, aby uszył mu szatę, a potem zniknął. „To był Ukryty Imam, który przyjdzie do mnie odebrać swoją szatę”, zakończył James.

Advertisements