Pączki o poranku

by maciej

Mama budzi mnie rano, wcześnie rano. Pewnie nie ma jeszcze piątej, za oknem szaro. Nie bardzo chce mi się wstawać. Właściwie, wcale nie chce mi się wstawać. Obracam się na drugi bok i warczę, że nie wstaję, że nich sobie idzie, że jeszcze noc, więc śpię. Ale ona jest uparta, stoi przy łóżku i mówi, że muszę jej pomóc z pączkami. „Jakimi znowu pączkami?”, pytam, nagle całkiem wybudzony. Mama odpowiada, bym poszedł z nią do kuchni i sam zobaczył. Więc wygrzebuję się z pościeli, ubieram spodnie leżące przy łóżku, brudne, cuchnące, ale co mi tam, jestem w domu rodzinnym, nie muszę się szczypać. Idę z nią do kuchni. A tam nie ma gdzie stanąć, ponieważ wszędzie leżą blachy a na nich pączki. „Co to ma być?”, pytam. Mama na to, bym tyle nie gadał i jej pomógł, bo trzeba to wszystko wynieść z domu, nim ojciec się obudzi, bo on nie może się dowiedzieć. „Ale gdzie wynieść”, dopytuję się. Zaczyna mi tłumaczyć, że od jakiegoś miesiąca dorabia do renty ojca, smażąc pączki i roznosząc je po sąsiadach. Najpierw tylko pani Przybyłkowa zamówiła, ale teraz, po dwóch miesiącach, to już wszyscy z bloku zamawiają. No i ona coraz wcześniej musi wstawać, by je na czas usmażyć. Potem je roznosi. Bierze do ręki kartkę i zaczyna mi dyktować: „Przybyłkowa dwie blachy, Lazarowa także dwie, Stodolna półtorej, Sobczak pół…”.

Advertisements