Życie na klatce

by maciej

Wyszedłem na klatkę schodową, by w oknie zapalić papierosa. W domu nie palę i dobrze, pewnie gdybym palił, to paczka na dzień by mi nie starczała, a tak wystarcza. Między jednym a drugim zaciągnięciem się, przekomarzam się z łaciatym kotem Pana Żula, który także w oknie. On do mnie miauczy; źle mu, skarży się, że kuweta brudna, że śmierdzi w całym domu (i na klatce schodowej także, czuję wyraźnie), że nie ma co jeść, że nikt go nie głaszcze, nie tuli, że wciąż jest sam i nie ma do kogo pyska otworzyć, dlatego mu odmiałkuję. Tak do siebie przegadujemy. Milknę, gdy słyszę ciężki chód sąsiadki, która mieszka nade mną. Szura butami po schodach. Silnie trzyma się poręczy, jakby się po niej wciągała. Przystaje na półpiętrze, pewnie by odpocząć, wyciąga telefon i dzwoni do domu: „Mama już idzie”, mówi do słuchawki. Rusza. Idzie, faktycznie idzie. Wspina się po schodach nadludzkim wysiłkiem, gdy mnie mija, to lekko się do niej uśmiecham. Piętro wyżej otwierają się drzwi, wybiega dziewczyna, która radośnie, na całe gardło, na całą kamienicę, krzyczy: „Mama już idzie! Mama już idzie!”. Słyszę szelest, który identyfikuję, jako przytulanie. Potem cmoknięcie i słowa: „Zrobiłaś kupę?”. „Nie, nie zrobiła”, odpowiada ktoś za dziewczynkę. „Dlaczego tata cię nie zmusił?”, po tych słowach zamykają się drzwi mieszkania powyżej. Kot Pana Żula cały czas coś do mnie gada. Pewnie chce kupę.

Reklamy