Wypadki na dworcu we Wrocławiu

by maciej

Śniło mi się, że razem ze Szczepanem Kopytem odprowadzałem Agnieszkę Mirahinę na pociąg do Wrocławia. Gdy przyszliśmy na dworzec, to okazało się, że jej pociąg, którym miała jechać, wypadł z rozkładu jazdy i następny ma dopiero nad ranem o 04:25. Szczepan, w naszym imieniu, zdeklarował, że z nią do tej godziny poczekamy. Przeszliśmy do poczekalni. Tam okazało się, że poczekalnia jest we Wrocławiu, znaczy wyglądała jak wrocławski holl i poczekalnia dla podróżnych; a była dokładnie tam, gdzie teraz jest McDonald’s, tylko nie było McDonald’a, a wielka sala, prawie pusta, nie było w niej prawie nikogo, choć hollem chodziło bardzo dużo ludzi. W poczekalni były wielkie, drewniane, brudne stoły, na których leżały ceratowe maty w szare kwiatki. Przy jednym stole siedział Bartosz Sadulski, więc się do niego dosiedliśmy. Stół był na jakieś 15 osób, taki był duży. Bartek zamówił dla nas po puszce Isostara. Wszyscy paliliśmy papierosy, ale one się nie wypalały, cały czas mieliśmy tego samego papierosa w dłoniach. I rozmawialiśmy. Szczepan z Agnieszką, a ja z Bartkiem. Nie wiem o czym rozmawiali oni, my rozmawialiśmy o traumatycznych związkach emocjonalnych ze zwierzętami, że wcale nas nie kochały, tylko tak pokazywały, oszukiwały, łasiły się, a potem odchodziły. Nagle do poczekalni wtacza się dwóch pijaczków, którzy zaczynają krzyczeć do Agnieszki, że ją kochają i pójdą za nią wszędzie. Aga się czerwieni. Pojawiają się policjanci w mundurach, którzy wyciągają pijaczków z poczekalni. Za ubrania ich ciągną, szarpią, spychają na dół, ciągną po schodach. A oni zaczynają się robić coraz bardziej agresywni, krzyczą. Nie słyszę co, ponieważ muszę odebrać telefon, dzwoni ktoś z firmy. Odchodzę na bok, by spokojnie móc rozmawiać: (…). Słucham tego wszystkiego, ale patrzę też na to, co robią pijaczkowie. Teraz chcą przytulać policjantów, którzy wołają przez radio „Zero-osiem, tu zero-osiem, wzywam pomocy, pomocy”. I od razu wpada ekipa 7-8 klesi, pewnie także policjantów, ale w cywilu. Przepychają pijaczków na drugą stronę, vis à vis Maka. Ale tam nie ma kas, tylko zagajnik, lasek, kilka drzewek i śnieg, a w tym śniegu wrak samochodu. Pijaczkowie starają się dobiec do tego wraka, by się w nim ukryć, policjanci biegną za nimi. Jeden z nich dopada młodszego i podcina mu nożem ścięgna prawego kolana. Facet się przewraca, zaczyna krwawić, policjant – tak wygląda to z daleka – stara się go złapać, ale nie, zadaje mu dodatkowe ciosy nożem, koleś już bardzo krwawi, ma rozcięty brzuch, wypływają jelita, dymią się, parują na śniegu. Wszędzie jucha. Podbiega jeszcze 2ch i tną go także. Tną sprawnie, zawodowo. Z jakąś baletową lekkością. Nie rozmawiam już przez telefon. Wcisnąłem czerwoną słuchawkę, rozłączyłem się, staję za słupem, przerażony. Jestem wystraszony. Ludzi, którzy chodzili hollem, których było dużo, ubywa, policjanci w mundurach także się ewakuują, tylko 3 osoby przyglądają się całej scenie. Moje przerażenie osiąga maksimum, gdy jeden z policjantów dopada drugiego pijaczka, tak się na niego rzuca, robiąc jakiś ekstra chwyt na lewej nodze, że ten uciekający się wywraca. Chwyt był tak skuteczny, że facet ma otwarte złamanie, wyskoczyła mu kość powyżej rzepki kolanowej. Podbiegają pozostali policjanci niczym wataha wilków, otaczają go kołem i zaczynają się nad kolesiem pastwić, nie widać dokładnie. Wyciągam telefon i zaczynam to wszystko filmować. Nie wiem po co, ale filmuję. Nie patrzę w tamtym kierunku, macham głową na Szczepana, chcę, aby do mnie podszedł, ale one na mnie nie patrzy. Zaczyna świtać. Ktoś wyrywa mi telefon z ręki i sprawnym ruchem wyciąga kartę SIM. Zaczynam się sprzeczać z tym kimś, z policjantem, żeby mi oddał telefon. A on, że rekwiruje, bo to dowód w sprawie o zniesławienie policjantów. Mówię, że nie mogę mu oddać tego aparatu, bo to jest firmowy. „To po co pan filmował?”, pyta. I popycha mnie barkiem na innego policjanta, ten mnie odpycha, na jeszcze innego i tak sobie mnie przepychają, jak piłeczkę. Mówię „Panowie, ale to nie tak. Wy jesteście ci dobrzy.”. Oni w śmiech. „Wy macie dbać o społeczeństwo”, dalej mnie sobie przepychają, w czyichś rękach pojawił się nóż, zaczynają mi ciąć sweterek (taki wełniany, duży, rozciągnięty). Bardzo ich to wszystko bawi. Wciąż głośno się śmieją. Mówię już jedynie: „Wy musicie być dobrzy, wy dobrzy” i „Dlaczego mi to robicie?”.

Reklamy