Deser, czyli bezduszność obserwatora

by maciej

Dziewczyna mówi do, stojącej obok, kelnerki: „Co to jest? Co to ma być? Gdzie ja jestem? Zamawiałam bez bitej śmietany! Nie mogę tego zjeść…”. Mówi, ale nie patrzy na nią, nie unosi głowy, nie podnosi wzroku. Spogląda przez duże okno na ulicę. Na tłoczących się ludzi na przystanku tramwajowym, wsiadających, wysiadających, oczekujących, palących papierosy, rozmawiających. Podglądam, podsłuchuję tę dziewczynę od czasu, gdy wszedłem do kawiarni. Siedzi sama przy stoliku, na którym ma rozłożone kartki, zeszyty, pewnie notatki na zajęcia. Co chwilę ktoś do niej dzwoni albo ona dzwoni do kogoś. Tłumaczy, gdzie jest, co robi, na kogo czeka, z kim się umówiła, kto jeszcze przyjdzie i namawia, aby ta osoba, z która rozmawia, także przyszła. Dwa razy wstaje od stolika i idzie do lady, by zmodyfikować zamówienie. Pierwsze zamówienie to duże latte z czekoladą. Gdy stoi przy ladzie, mam okazję jej się przyjrzeć, całej. Jest niska, słusznie zbudowana, dużo ma ciała. Ciała, które wystaje tu i ówdzie. Ubrana jest w bardzo obcisłą bawełnianą bluzeczkę na ramiączkach w kolorze jasnozielonym. Bluzeczka szczelnie przylega do ciała. Poniżej dużych piersi ma zapięty szeroki pasek z czarnego skaju. Nie powinna dziś ubierać tego paska, bo do tej bluzki on nie pasuje, a może nie powinna go tak mocno ściskać. Jej ciało poniżej układa się w dodatkowe wzniesienia, które sprawiają wrażenie kolejnej pary piersi. Wygląda to źle, ktoś powinien jej o tym powiedzieć. Jakaś przyjaciółka, może współlokatorka. Krótka, przed kolana, czarna spódniczka i czarne rajstopy na nogach, także nie grają z konarami nóg. Może dziewczyna nie ma w domu lustra, dużego lustra, w którym mogłaby się cała przejrzeć. Ktoś powinien jej takie lustro w prezencie sprawić. Może rodzice, może dziadkowie, może matka chrzestna. „Nie mogę tego zjeść, nie mogę”, wciąż szeptem powtarza do kelnerki. Siedzę obok, dlatego słyszę wyraźnie. Kelnerka nachyla się nad nią i, również szeptem, mówi: „Ale to nie jest prawdziwa bita śmietana. To taka z aerozola”. „Ale ja nie mogę, proszę zrozumieć. Nie mogę!”. Kelnerka nie daje za wygraną, rozumiem ją, pewnie nie chce jej się robić drugiego deseru, mi także by się nie chciało. „Niech pani spojrzy, pod tymi owocami z syropu, jest tylko jedna mała łyżeczka. No, może łyżka”. „Nie mogę i już”. Myślę sobie, pewnie jest uczulona. Niech ta kelnerka przestanie namawiać. Czyżby chciała wzywać karawan i grabarzy? Jak nam tu dziewczyna zejdzie na wstrząs anafilaktyczny. Dziewczyna, już mocno poirytowana: „Składałam inne zamówienie. Niech pani to weźmie i przyniesie mi moje. Nie wie pani, co to jest? To bomba!”. Kelnerka otwiera szeroko oczy, ja przechylam się jeszcze bardziej do przodu, by lepiej słyszeć, bo dziewczyna zaczyna szeptać. „To jest bomba, bomba kaloryczna”, i prawie płacząc, dodaje: „Jestem na diecie, rozumie pani, na diecie! Nie mogę jeść bitej śmietany, w niej są tony kalorii, a ja się odchudzam. Nie widzi pani?”. „To ja wezmę”, wtrącam się do rozmowy. Po tych słowach obu paniom wyraźnie ulżyło. Kelnerka mówi, podając deser: „Proszę”, a dziewczyna, nadal patrząc w okno: „Dziękuję”.

Reklamy