Wczoraj zmarł José Saramago

by maciej

#1

„Był tak zmęczony spacerami, że spał głęboko, ale budził się kilka razy, zawsze kiedy śnił o pustych murach, bez niego w środku, które były jak worek o wąskim gardle, rozszerzający się w brzuchu u brzegu rzeki, a dookoła pokryte lasem wzgórza, zarośla, doliny, strumienie, kilka rozrzuconych domów, ogrodów, gajów oliwnych, szeroka zatoka wrzynająca się w ląd. W oddali wyraźnie się odcinające wieże centrum handlowego Amoreiras.”

„Patrzeć, widzieć i wpatrywać się to trzy różne sposoby używania zmysłu wzroku, każdy ma własną intensywność, nawet w przypadkach degeneracji, na przykład patrzeć, nie widząc, kiedy człowiek jest zamyślony, sytuacja to powszechna w dawnych powieściach, albo widzieć i nie zwrócić uwagi, jeśli oczy ze zmęczenia albo znudzenia bronią się przed niewygodnym przeciążeniem. Jedynie wpatrując się, możemy osiągnąć pełnię wizji, kiedy w określonym momencie albo zaraz potem nasza uwaga się skupi, co nastąpi jako świadomy efekt woli lub też z powodu swego rodzaju mimowolnej synestezji, w której przedmiot widziany domaga się, by być widzianym ponownie, przechodząc w ten sposób od jednego wrażenia do drugiego, zatrzymując, przyciągając spojrzenie, jakby obraz miało się wytworzyć w dwóch różnych miejscach mózgu, oddalony od siebie o setne części sekundy, najpierw uproszczony sygnał, potem drobiazgowy rysunek, wyraźna, wszechogarniająca, definicja ciężkiej klamki z żółtego błyszczącego mosiądzu, połyskującej na ciemnych, polakierowanych drzwiach, które nagle stają się bezspornie i namacalnie obecne. Przed tymi drzwiami niejeden raz czekał (…)”.

„Zdaje się, że zaczęła się wojna, Oczywiście, że tak, wojna oblężnicza, każde z nas oblega drugie i jest przez to drugie oblegane, chcemy zniszczyć mury drugiego, zachowując swoje, miłość pojawia się wtedy, kiedy nie ma już innych barier, miłość jest końcem oblężenia”.

– – –

[José Saramago, „Historia oblężenia Lizbony”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2002, str. 77, 164-165, 328.]

#2

„(…) śmierć jest ostateczną przyczyną wszystkich rzeczy i ich niezłomnym podsumowaniem, nas zwodzi jeszcze ta linia żywych, na której się znajdujemy, która zmierza do tego, co zwiemy przyszłością tylko dlatego, że jakoś musimy to nazwać, zbierając z niej niezmiennie coraz to nowe istoty, zostawiając w tyle stare, które musimy nazwać zmarłymi, żeby nie wyszły z przeszłości”.

„(…) Wierzy pani w to, co mówi, Nie chodzi o to, czy wierzy się, czy nie, wszystko, co mówimy, dodaje się do tego, co jest, co istnieje, najpierw powiedziałam granit, teraz mówię statek, kiedy skończę mówić, choćbym nie wierzyła w to, co powiedziałam, muszę wierzyć, że to powiedziałam, często tyle wystarczy, także woda, mąka i drożdże czynią chleb”.

„Rozpacz, wszyscy to wiemy, jest uczuciem ludzkim, historia naturalna milczy o rozpaczy zwierząt. Lecz sam człowiek, nieprzerwanie złączony z rozpaczą, nauczył się z nią żyć, wstrzymuje ją na ostatniej granicy, (…)”.

– – –

[José Saramago, „Kamienna tratwa”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2003, str. 174-175, 183, 211.]

#3

„(…) Przestraszyłem się trochę, kiedy usłyszałem pukanie, nie przyszło mi do głowy, że to mógł być pan, ale nie bałem się, to tylko samotność, To ci dopiero, samotność, jeszcze będzie się pan musiał wiele nauczyć, żeby zrozumieć, co to takiego, Zawsze żyłem sam, Ja też, ale samotność to nie życie samemu, samotność oznacza niezdolność do towarzyszenia jakiejś osobie albo rzeczy, która jest w nas, samotność to nie jedyne drzewo pośrodku równiny, to odległość pomiędzy głębokimi żywotnymi skokami i korą, pomiędzy liściem i korzeniem, Pan bredzi, wszystko, o czym pan wspomina, jest ze sobą połączone, tutaj nie ma żadnej samotności, Zostawmy drzewo (…), łakniemy czyjejś obecności, głosu, innym razem ten sam głos i ta sama obecność sprawiają, że nnie da się wytrzymać, To możliwe, Tak…”.

– – –

[José Saramago, „Rok śmierci Ricarda Reisa”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2000, str. 211-212.]

#4

„Osoby takie jak pan José wypełniają sobie wolny czas, zbierając znaczki, monety, medale, wazony, pocztówki, pudełka od zapałek, książki, zegarki, koszulki sportowe, autografy, kamienie, gliniane figurki, puszki po napojach, aniołki, kaktusy, programy operowe, zapalniczki, długopisy, sowy, pozytywki, butelki, obrazy, kubki, stare zabawki, karnawałowe maski i robią to prawdopodobnie z jakiegoś metafizycznego lęku, być może nie chcą pogodzić się z myślą, że światem rządzi wyłącznie chaos, dlatego też próbują na własną rękę, bez boskiej pomocy, zaprowadzić jakiś ład, co na pewien czas im się udaje, póki panują nad kolekcją, bowiem w dniu, gdy kolekcja ulega rozproszeniu, co zawsze nieuchronnie następuje czy to z racji śmierci czy zmęczenie kolekcjonera, wszystko wraca do stanu poprzedniego galimatiasu.”

„Obudził się późno, kiedy śniło mu się, że znów wspina się po daszku, strugi deszczu spadają na niego z hukiem wodospadu, a nieznajoma pod postacią aktorki filmowej z jego kolekcji siedzi na parapecie okna z kocem dyrektora na kolanach, czeka, aż pan José podejdzie i mówi, Trzeba było po prostu zadzwonić do drzwi, na co on, zadyszany, Nie wiedziałem, że tu jesteś, na co ona, Cały czas tu jestem, nigdy nie wychodzę, potem pochyliła się, jakby chciała mu pomóc, lecz nagle zniknęła, a wraz z nią zniknął też daszek, pozostał tylko deszcz, bezustannie padający na fotel dyrektora, w którym zobaczył samego siebie”.

„Tym razem pan José nieprędko się obudził i śniło mu się, że jest w szkole i wyciera odciski swoich palców, których wszędzie było pełno, na oknie, którym wszedł, w ambulatorium, w sekretariacie, w gabinecie dyrektora, w stołówce, w kuchni, w archiwum, jedynie na strychu pozostawił je nietknięte, był bowiem przekonany, że tam nikt nie zajrzy i nie zapyta, Co to za tajemnicza sprawa, szkopuł jednak w tym, że wycierając widoczne ślady, zostawiał niewidoczne i jeśli dyrektor złoży doniesienie o włamaniu, a policja poważnie podejdzie do śledztwa, włamywacz niechybnie trafi za kratki, jest to pewne jak dwa razy dwa cztery, lepiej nawet nie myśleć, cóż to byłby za wstyd i hańba dla dobrego imienia Archiwum Głównego Akt Stanu Cywilnego, które zostałoby splamione po wsze czasy”.

„Miał dziwny, zagadkowy sen. Śniło mu się, że jest na cmentarzu, otoczony zewsząd przez nieprzebrane mnóstwo owiec, zza których prawie nie było widać mogił. Każda z nich miała na głowie numer, który bez przerwy się zmieniał, a że owce były identyczne, trudno było się zorientować, czy to one zamieniały się numerami, czy też numery przechodziły z jednej na drugą. Słychać też było głos, który bezustannie wykrzykiwał, Jestem tu, Jestem tu, który nie mógł pochodzić od owiec, gdyż, jak wiadomo, zwierzęta dawno temu przestały mówić, nie mógł też wydobywać się z grobów, gdyż jak dotąd nie zdarzyło się, żeby grób przemówił, a jednak uporczywe wołanie rozlegało się bezustannie, coraz to z innej strony, Jestem tu, Jestem tu, i nim zdążył spojrzeć w kierunku, skąd dochodziło, już je słyszał, a to za plecami, a to z prawej, a to z lewej, Jestem tu, Jestem tu, i choć szybko się obracał, nie udało mu się stwierdzić, skąd pochodził głos, wokół siebie widział tylko uniesione pyszczki owiec. Pan José denerwował się, chciał się obudzić, ale nie mógł, sen trwał nadal, teraz z kolei pojawił się pasterz z psem i pan José pomyślał, Ten pasterz wie absolutnie wszystko, on mi powie, czyj to głos, ale pasterz nie odezwał się, machnął kijem nad głową i pies zaczął poganiać owce w stronę mostu, po którym bezszelestnie sunęły samochody z migającymi świetlnymi napisami, Idź za mną, Idź za mną, Idź za mną, potem w mgnieniu oka zniknęły owce, zniknął pasterz, zniknął pies, została tylko cmentarna ziemia zasłana numerami, tymi samymi, które przedtem owce miały na głowach, ale teraz nie można było odróżnić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi, gdyż łączyły się ze sobą, tworząc wielką spiralę, której środek stanowił on sam. Obudziwszy się, roztrzęsiony, półprzytomny i mokry od potu, pan José powiedział głośno, Jestem tu. Zanim otworzył oczy, jeszcze dwa razy powtórzył mocnym głosem, Jestem tu, jestem tu”.

– – –

[José Saramago, „Wszystkie imiona”, przeł. Elżbieta Milewska, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., wyd. I (dodruk), Poznań 2003, str. 21, 99, 118 oraz 243-244.]

#5

„Budził się w nocy, dręczony przelotnymi i niepokojącymi snami, zebranie rady pedagogicznej, na którym nie było ani jednego nauczyciela, korytarz bez wyjścia, kaseta wideo, która nie chciała dać się wsunąć do odtwarzacza, sala kinowa z czarnym ekranem, na którym wyświetlano czarny film, książka telefoniczna wypełniona tym samym nazwiskiem, powtórzonym we wszystkich liniach, ale którego on nie był w stanie przeczytać, przesyłka pocztowa z rybą w środku, mężczyzna niosący na plecach głaz i mówiący Jestem Amorytą, równanie algebraiczne z ludzkimi twarzami w miejsce liter”.

– – –

[José Saramago, „Podwojenie”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2005, str. 128.]

#6

„Zaczął śnić, że bawi się w dziecięcą grę, gdybym był ślepy, że zamyka i otwiera oczy, za każdym razem czując się tak, jakby wracał z długiej podróży witany przez konkretne, wyraźne i niezmienione przedmioty, przez znany, oswojony świat. Jednak tę spokojną pewność zakłócała niejasna obawa, podejrzenie, że to zwodniczy sen, z którym prędzej czy później musi się rozstać i zaakceptować zupełnie mu nieznaną rzeczywistość. Po chwili, jeśli to właściwe słowo, by opisać słabość trwającą tyle co mgnienie oka, będąc już w stanie połowicznego przebudzenia z zwiastującego powrót do rzeczywistości, zrozumiał, że zamiast bić się z myślami, obudzić się czy nie obudzić, obudzić się czy nie, musi po prostu stawić jej czoło”.

– – –

[José Saramago, „Miasto ślepców”, przeł. Zofia Stanisławska, wyd. III poprawione, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2009, str. 15-16.]

Advertisements