Jak ubić interes po włosku? Praktyczne porady

by maciej

Na wysokości Ponte Palatino chcemy przedostać się na drugą stronę ulicy, aby pod obwisłymi, gołymi gałęziami platanów pospacerować w górę rzeki i wejść na wyspę. Przejście nie jest łatwe, nie ma świateł, nie ma pasów, samochody i skutery prują, nie zwracając najmniejszej uwagi na pieszych. Już jesteśmy gotowi do przebieżki na drugą stronę, a tu nagle przed nami wyrasta mały, niebieski samochód. Przez okno wychyla się facet w wieku około 50 lat, który lekko łysieje, na sobie ma cały garnitur, a na nim płaszcz. Myślę, że musi być mu gorąco, tym bardziej, że świeci słońce. Na siedzeniu pasażera leży turystyczna mapa Rzymu, taką samą mam w torbie. Facet pyta nas po angielsku, jak dojechać do Watykanu, ponieważ nie jest stąd, przyjechał z Mediolanu i się zgubił. Dzień wcześniej przemierzyliśmy tę trasę, więc dzielnie tłumaczę, gdy kończę, on pyta skąd jesteśmy, to my, że z Polski, to on, że ma żonę z Krakowa, że za dwa tygodnie leci do Warszawy. Wymawia bez zrozumienia jakieś kalekie słowa, które imitują: „dzień dobry”, „jak się masz”, „dziękuję”. Potem mówi, że pracuje dla Giorgio Armaniego. Zza siedzenia wyciąga segregator z wycinkami z kolorowych gazet. Kartkuje go z dumą. Stuka w co niektóre zdjęcia i mówi, że on to zrobił. Zdjęcia oczywiście nie są oryginalne. Pyta, gdzie my pracujemy, co robimy w PL. Cały czas myślę, dokąd zmierza ta rozmowa, o co dokładnie kolesiowi chodzi, ale nic nie mówię, o nic nie pytam, ponieważ się dobrze bawię. Ale gdy pyta ile mamy wzrostu, to już zupełnie tracę głowę. Chwali nas za to, że tacy mili jesteśmy, że tacy uczynni i tacy „fun”. I po słowach: „Mam dla was prezenty, tylko musicie mi obiecać, że ich nie sprzedacie. Obiecujecie?”. No co mieliśmy zrobić, obiecaliśmy. Wtedy on wyciąga zza siedzenia reklamówkę z dwiema skórzanymi kurtkami, zachwala, że to prawdziwa skóra, że taka miękka i delikatna, że mamy dotknąć, pogłaskać. Jestem coraz mocniej rozbawiony. Wręcza reklamówkę, więc pięknie, jak uczyła mama, dziękujemy, kłaniamy się nisko i chcemy iść dalej, bo Wyspa czeka, a słońce takie piękne. Może będą dobre zdjęcia. Ściskamy sobie dłonie, jak prawdziwi mężczyźni, zespoleni międzynarodowym braterstwem. Facet trochę za długo trzyma moją dłoń w swojej, w końcu trochę wciąga mnie do samochodu, pokazuje na licznik i prawie płaczliwym tonem mówi, że musi jeszcze dziś wrócić do Mediolanu, a nie ma żadnej gotówki a jego karta jest „broken”. Na potwierdzenie wyciąga pusty portfel i „zepsutą” kartę. Wtedy już nie wytrzymuję i zaczynam się głośno śmiać. Odkładamy reklamówkę na przednie siedzenie i idziemy robić zdjęcia. Samochód odjeżdża, w locie łapię ostatnie słowa łysego: „chujci”. Pana z małego samochodziku będziemy z rozbawieniem wspominać jeszcze przez najbliższe dni.

Reklamy