[László Krasznahorkai, „Szatańskie tango”, przeł. Elżbieta Sobolewska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004, str. 12-13.]

by maciej

>>O Boże!<< – stęknęła nagle Schmidtowa, rozpaczliwie rozejrzała się w półmroku, jej piersi aż falowały, ale kiedy spojrzała na niego, odetchnęła z ulgą i opadła na poduszkę. >>Co się stało? Dręczyły cię koszmary?<< – zapytał Futaki. Schmidtowa ciągle jeszcze z przerażeniem w oczach wpatrywała się w sufit. >>Boże, i to jakie! – westchnęła, przykładając dłoń do serca. – Wyobraź sobie… Siedzę w pokoju… i nagle ktoś puka do okna. Nie mam odwagi otworzyć, staję obok i wyglądam zza firanki. Widzę tylko jego plecy, szarpie za klamkę… potem usta, krzyczy, ale nie rozumiem słów… jego twarz pokrywa zarost, oczy ma jak ze szkła… straszne… Po chwili przypomina mi się, że wieczorem tylko raz przekręciłam klucz w zamku, ale wiem, że nim dobiegnę do drzwi, będzie za późno… szybko zamykam kuchenne drzwi, ale uświadamiam sobie, że nie ma w nich klucza… Chcę krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu z gardła. Potem… już nie pamiętam… dlaczego, czy po co, nagle… przez okno zagląda Halicsowa i szczerzy w uśmiechu zęby… Wiesz przecież, jak ona wtedy wygląda… słowem, zapuszcza do kuchni żurawia… i nagle znika… ale wtedy tamten już dobija się do drzwi, wiem, że jeszcze chwila i będzie w środku, i wtedy przychodzi mi na myśl nóż do chleba, pędzę w stronę kredensu, ale nie mogę otworzyć szuflady, szarpię… i wydaje mi się, że zaraz umrę ze strachu… po chwili słyszę, jak drzwi z hukiem wypadają z framugi i ktoś idzie korytarzem… ciągle nie mogę wysunąć szuflady… a on już stoi w kuchennych drzwiach… wreszcie udaje mi się wysunąć szufladę, łapię nóż, on zbliża się, wymachując rękoma… i… nie wiem… nagle widzę, że leży w kącie, pod oknem… niebieskie i czerwone garnki, które miał ze sobą walają się po kuchni… i czuję, jak podłoga drży pod moimi stopami, wyobraź sobie, cała kuchnia rusza naprzód niczym samochód… ale już nie pamiętam dokładnie…<< – kończy i śmieje się z ulgą. >>No nieźle! – pokręcił głową Futaki. – A mnie, wyobraź sobie, obudziło bicie dzwonów…<< >>Co takiego?! – spojrzała zaskoczona kobieta. – Dzwonili? Gdzie?<< >>Nie wiem. Nawet dwa razy…<< Schmidtowa pokręciła głową. >>W końcu zwariujesz<<. >>A może mnie też się to wszystko śniło? – mruknął z niepokojem Futaki. – Zobaczysz, jeszcze dzisiaj coś się wydarzy…<<

.

– – –

{sen przesłała: Ewa Z., dziękuję}

Reklamy