Cztery kuce Apokalipsy

by maciej

Rano zwykle jestem nieprzytomny. Niewiele do mnie dociera. Działam automatycznie. Zestaw kilku najbardziej niezbędnych czynności. Takich, które nie wymagają myślenia ani podejmowania jakiejkolwiek decyzji. Im bardziej proste, tym lepiej. Rano z myśleniem u mnie nie najlepiej. Budzę się powoli. Ciało budzi się równie powoli. Głowa budzi się najpóźniej. Gdy wychodziłem było jeszcze ciemno, no, szarawo. Było zimno. Na szczęście miałem i szalik, i czapkę, i rękawiczki. Na szybach samochodów iskrzyła się szadź. Kierowca samochodu zagajał. Mówił coś o strajkujących policjantach i o tym, że teraz to robotnicy powinni ich spałować. Gadał i gadał, gdyby gadał tylko do siebie, to jeszcze dałbym radę, ale on o coś pytał, jakby zależało mu na poznaniu mego zdania, ale ja nie miałem zdania. W końcu poprosiłem go, prawie grzecznie, aby przestał do mnie mówić, niech już lepiej zrobi głośniej radio: same złote polskie przeboje, cudo! W końcu podjechaliśmy firmę, we wnęce między budynkami pasły się cztery brązowo-rude kuce. Niespokojnie skubały siwą, zmarzniętą trawę. Nerwowo rozglądały się na boki. Uciekały przed ludźmi, zebrała się już całkiem spora grupa gapiów. Wszyscy pstrykali zdjęcia. Kierowca omal nie wyskoczył z samochodu, ponieważ również chciał zrobić zdjęcia, „Żona mi nie uwierzy”, powiedział kilka razy. Grzecznie zapytałem: „Czy mogę najpierw zapłacić?” Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że pan kierowca mnie nie polubił. To dziwne zobaczyć w mroźnym powietrzu cztery kuce i to w takim miejscu. Nie byłem zdziwiony, kazałem się tylko dowiedzieć Darkowi, czy ktoś już dzwonił do Straży Miejskiej. Przez następne pół dnia wszyscy w firmie rozmawiali tylko o tych kucach, a ja nie miałem zdania, chociaż mimowolnie przypomniał mi się 6 rozdział Apokalipsy św. Jana.

Advertisements