[263. 96] Andrzej Stasiuk, „Taksim”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

by maciej

1. Pamiętam pewne spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem, które odbyło się w 1994 roku w Poznaniu. Nie pamiętam, czy było ono związane z promocją powieści „Biały kruk”, czy też zbioru „Wierszy miłosnych i nie”. Podczas spotkania Stasiuk mówił, że zaprzestaje pisania prozy i zostaje poetą. Na szczęście już wtedy było wiadomo, że nie mówi poważnie. Jego wiersze mnie nie przekonywały. Zresztą, gdy sięgam do tej książki dziś, po tylu latach, nadal mnie nie przekonują. Podobnie miałem z „Białym krukiem”, który nie powalił mnie na kolana. Inaczej czytałem opowiadania. „Opowieści galicyjskie”, „Przez rzekę”, „Dukla” i „Mury Hebronu”. Andrzej Stasiuk łączył się w mojej głowie z Kornelem Filipowiczem, którego wiersze – tak na marginesie – także są nie bardzo. Wszystkie książki Stasiuka, z wyjątkiem „Wierszy miłosnych i nie”, które kiedyś miałem w domu, w jakiś magiczny sposób zniknęły.

2. Potem był dalsze książki. „Dziewięć”, „Tekturowy samolot”, „Jadąc do Babadag”, „Fado”, „Dojczland” i inne. Żadnej nie czytałem. Chociaż Justyna starała się mnie przekonać do „Fado”, do „Jadąc…” i do „Dojczlandu”. Czytała mi fragmenty. Opowiadała. Dawała do domu. A ja brałem, chowałem do torby, przynosiłem do domu, wyciągałem z torby i kładłem na nocnym stoliku, dobrze wiedząc, że żadnej z nich nie przeczytam, że nawet nie zamierzam ich otwierać. Miesiąc później Justyna pytała: „Przeczytałeś?”. Odpowiadałem zgodnie z prawdą i nie: „Nie, nie miałem czasu”. W następnym miesiącu wpadała pod pretekstem kawy i głaskania kotów. Tak naprawdę, aby cichaczem zgarnąć swoje „Fado”, „Jadąc…”, czy „Dojczland”.

3. „Taksim”. Sam siebie namówiłem. Przekonała mnie objętość, przeszło 300 stron tekstu. „Poważna powieść”, pomyślałem i kupiłem. I przeczytałem. Czytając myślałem o innej książce, dokładnie o „Oswajaniu świata” Nicolasa Bouviera. „Taksim” to dla mnie książka przede wszystkim o tym, że słynna „łagodna ucieczka na południe” nie ma szans powodzenia. Może i można uciec „od świata”, zostawić za sobą wszystko lub prawie wszystko, zostawić wcześniejsze niepowodzenia, zniknąć z pola widzenia i rozpocząć od nowa w innym miejscu. Tak jak zrobił Paweł. Jednakże „zniknięcie” nie jest całkowite, ponieważ po jakimś czasie znów zaczyna się wikłać. Wikłać się w kolejny układ, tym razem z Władkiem, z którym wchodzi w interes polegający na sprzedaży używanej odzieży („szmat”) z metkami Paris-London-New York. Swój bazar wożą po wioskach i miasteczkach pogranicza, wciąż dalej i dalej na południe. Co ich gna? Skąd biorą siłę? Skąd takie samozaparcie? Skąd pewność, że trzeba się ruszać?

4. Czytając myślałem także o fragmencie wiersza Kawafisa: „Na cóż czekamy, zebrani na rynku?/Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy”. W powieści „barbarzyńcami” są Chińczycy, Wietnamczycy, którzy handlują jednorazowym badziewiem, które jest tak tanie, że wystarczy ubrać/użyć raz czy dwa, aby się rozpadło. I to jest bardzo mądrze pomyślane, ponieważ od razu trzeba kupić następną rzecz. Rzeczy zamiast trwać, rozpadają się, nie można na nich polegać. Służą przez chwilę, przez sekundę. Świat się rozpada.

5. „Taksim” napisane jest mocnym, wyrazistym językiem. I ostatecznie, dla mnie, język, a nie opowieść, jest najmocniejszą stroną tej książki. Język, który nie boi się wulgaryzmów, a z drugiej strony nie boi się popaść w liryczny banał. Przedmioty, krainy, ludzie są wyraźni, mają widzialny kontur.

Advertisements