[256. 89] Paweł Huelle, „Ostatnia Wieczerza”, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, wyd. I, Kraków 2007.

by maciej

Paweł Huelle jest dla mnie autorem ważnym. Czy raczej: kiedyś był dla mnie autorem ważnym. Ważnym, ponieważ jego „Opowiadania na czas przeprowadzki”, to była pierwsza „współczesna” książka („współczesna proza”/„nowa proza”) jaką przeczytałem, zresztą będąc jeszcze we wczesnym liceum. Dała mi ją do przeczytania pani stażystka, która miała w mojej klasie próbne lekcje polskiego. Pamiętam nawet scenę, gdy mi ją wręczała (wypożyczała) na weekend do domu, dlatego musiał, to być piątek. Staliśmy małą grupką na parterze w pobliżu damskiego kibla. Za sobą miałem postkomunistyczną wiszącą gablotkę z artykułami wyciętymi z gazet i przyklejonymi na kolorowym brystolu, nie pamiętam czego dotyczyły, ale pewnie ususzony liść kasztanowca pewnie także był tam przypięty. Przed sobą miałem korytarz, którym z auli, pełniącej także rolę sali gimnastycznej, wracały spocone siatkarki. I nie wiem teraz, czy scenę wręczania ksiązki Pawła Huelle pamiętam dlatego, że przyszła pani polonistka pożyczała mi książkę, czy też dlatego, że siatkarki były spocone i zapach potu był mocny i duszący, czy też dlatego, że miały białe koszulki, przemoczone potem i było widać, że niektóre z nich nie mają staników? Odpowiedź ma znaczenie? Jeśli tak, to lepiej, aby była ona związana z „ważnością” „Opowiadań na czas…”, a nie z moimi hormonami, które uderzały mi wtedy do głowy i których nie potrafiłem pogodzić z wyznawanym wówczas światopoglądem religijnym.

Wracając od tematu. A tematem jest „Ostatnia Wieczerza”. Czyli bardzo kiepska książka pana Pawła. Dlaczego kiepska? Ponieważ narracyjnie jest do bani. Historia/-ie opowiadana/-e jest/są do niczego. A opowiadana jest przez maile pisane do Niej, długie, z nudnymi autokomentarzami, taka osobista kronika. Co się narratorowi właśnie przypomniało, to bach i piszemy, bez ładu i składu, trochę z przeszłości życia bohemy trójmiejskiej, trochę opowieści z pierwszych stron gazet, trochę snów. Cały pierwszy rozdział, który wydaje mi się najciekawszy, w ostateczności okazuje się tylko zapisem snu. A szkoda. Są fragmenty, które czytałem z zainteresowaniem, przede wszystkim te które dotyczą spacerów po Jerozolimie, spacerów Davida Roberta ze szkicownikiem pod pachą. Irytowały mnie wszystkie wstawki dotyczące księdza Monsignore’a, które prawdę mówiąc są niewybrednymi, osobistymi wycieczkami autora w stronę jego przygód z prałatem Jankowskim, który w 2005 roku ciągał Hellego po sądach. Najsłabsza jest końcówka, której nie ma. Książka została „ucięta”. Mam wrażenie, że „Ostatnia Wieczerza” w pierwotnym założeniu miała być powieścią współczesną, obrazującą TU i TERAZ IV RP. Nieudana jest ta książka, nieudana.

– – –

{tak nawiasem mówiąc, to w pełni zgadzam się z M.Sz. i nie miałem nic nowego do dodania}

Advertisements