Piekło w Singapurze [fragm.]

by maciej

Za szklanymi drzwiami hostelu otwiera się piekło. Nie dość, że upał, zresztą jak codziennie tutaj, wypada się w końcu przyzwyczaić, to jeszcze słońce. Palące słońce, prosto z góry, prosto z nieba nad głową, słońce prawie w zenicie. Nigdy przedtem nie widziałem tak wysoko wiszącego słońca. Chwilami mam wrażenie, jeśli spadnie na ziemię, to prosto na moją głowę. Plan na dzisiejszy dzień – jak dla mnie – prosty: chodzić/spacerować/odwiedzać. Co prawda, duże jest to miasto (nawet bardzo, jak się potem okazało), ale gdy się spaceruje bez konkretnego celu, to jest szansa na mimowolne natknięcie się (dosłownie: wejście na) na te wszystkie obiekty, które są w Singapurze warte zobaczenia. Jednak jedynie ja tak myślałem, wizja pozostałych przedstawiała się tak: iść w konkretnym celu, aby zobaczyć taką to a taką świątynię, o której w „Przewodniku Pascal’a” ktoś napisał, że warto, że koniecznie, że typowa: jedna buddyjska, inna hinduska, inna muzułmańska, i t d. Chcieli poruszać się po sznurku, od-do. Tak się stało, problem pojawił się w chwili, gdy przewodnik „Pascal’a” przestał mówić gdzie dalej, a upał stawał się z minuty na minutę coraz mocniejszy i upierdliwy. Siadałem, jak pozostali, co chwile na jakiś schodach, na chodniku, pod murem, na przystanku – byle w cieniu. Nie ma większego sensu opisywać tego, jak wyglądają konkretne świątynie, czym się różni chińska od buddyjskiej. Zresztą nie potrafiłbym, są różne i takie same. Różne, ponieważ są różnych wyznań. Takie same, ponieważ wszystkie zlewają się ze sobą. Co jak co, ale dużo w nich duszącego dymu kadzidełek i kłaniających się tam i siam wiernych, wykonujących niezrozumiałe gesty i znaki, składających takie czy inne ofiary (mleko w kartoniku, przegniłe banany i pomarańcze, papierowe pieniądze, paczki papierosów, kawę i wodę w plastikowych butelkach, dużo wody). Mimo to w pamięć wryło mi się kilka świątyń, chcę wspomnieć od dwóch:

Meczet Abdul Gaffoor znajdujący się w dzielnicy Little India, do wnętrza którego można wejść. W „Przewodniku Pascal’a” jest napisane: „(…)główna sala modłów jest niedostępna dla wyznawców innych religii”, mimo to lekko zaniepokojony wszedłem po kilku schodkach i usiadłem wśród modlących się muzułmanów. Zaniepokojony, bo jak mnie ktoś wyprosi to co, a jak będzie niemiły, ale wręcz przeciwnie, pewien mężczyzna otwartym gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka. Czułem się dziwnie między tymi mężczyznami, usiadłem przy kolumnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, a oni się rytmicznie pochylali do przodu i do tyłu, szeptali/śpiewali sury, a ja  się przysłuchiwałem. Nie wiem, czy dlatego, że byłem wyczerpany upałem i do tego siedziałem, ale nagle zrobiło mi się jakoś tak dobrze, spłynął na mnie spokój, zniknęło zmęczenie, złość na upał. Nie można tego powiedzieć o pozostałych, musieli podejść, by powiedzieć: „Czas już iść. Zbieraj się”. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ta zieleń, ta prostota, ci modlący się mężczyźni, było w tym coś prawie mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to bardzo religijnego i ta religijność była wyraźna, namacalna. Ci mężczyźni modlący się obok, oni nie przyszli tu odklepać swoich modlitw (zresztą nie był to czas „oficjalnych” modlitw), oni przyszli się pomodlić, przyszli w konkretnym celu, co prawda byli też tacy, co przyszli się zdrzemnąć, kilku leżało z boku, w podcieniach i drzemało w cieniu, cicho pochrapując.

Idąc przez dzielnicę kolonialną (tzw. Historic District) prawie nie zauważam nieczynnego kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza. Kościół jest nieczynny, ponieważ nie ma już w Singapurze wierzących Ormian. A kiedyś w latach ‘60-’70 XIX-wieku była to bardzo liczna i prężna społeczność. Budynek kościoła stoi na środku działki, ogrodzonej niskim murkiem, wokół bryły budynku wiedzie droga krzyżowa. Postacie drogi krzyżowej naturalnej wielkości odtwarzają ewangeliczne sceny, a to Chrystus stoi przed Piłatem, a to Piłat umywa ręce, a to Chrystus upada pod krzyżem, w tym upale każdy by upadł. Na tym zielony, zadbanym, przystrzyżonym trawniku, porozstawiane wśród palm rzeźby, wyglądały strasznie, wyraźnie nie na miejscu. Od dwóch dni chińczycy wszędzie na ulicach pala jakieś kartki. Podobno jest święto, nie mam pojęcia jakie, wypada zapytać Kubę, on będzie wiedział. Obrządki polegają na tym, że w wielkich metalowych puszkach pali się rożne kartki, które symbolizują wszystko to, co jest potrzebne do osiągnięcia szczęścia, czyli pieniądze, jedzenie i inne takie. Wszędzie fruwają duże płaty popiołu, dym jest duszący, nie wiem dlaczego, ale chińczycy upodobali sobie porę, gdy najmocniej świeci słońce. Popiół fruwający w ostrym słońcu, przywodzi na myśl piekielne obrazy.

Meczet Abdul Gaffoor w Singapurze

Advertisements