O pamięci

by maciej

1. „Pamięć w ustach żyje”, tak napisałem kilka lat temu. Dziś nie pamiętam, dlaczego i co miałem wtedy na myśli. Mogę się jedynie domyślać, choć wolałbym wiedzieć, a nie się domyślać. Teraz napisałbym inaczej: „Pamięć w słowach żyje”. Ponieważ przechowywana jest w słowach, w zdaniach, w tekście napisanym, w tym wszystkim, co zostało zapisane. Ocalone zostaje jedynie to, co zapisane. Ocalone, od czego? Od zapomnienia? Ku pamięci? Czyjej? Sprawę postawić należy mniej kategorycznie: próba ocalenia podejmowana jest za każdym razem za pomocą słów. „Próba” – ponieważ zapis fałszuje rzeczywistość. Ponieważ zapis/notatka, przede wszystkim on, fałszuje, kłamie, zwodzi, przekłamuje rzeczywistość. Ten, który pisze, jest kłamcą. Piszący kłamie, z tym pogodzić się wypada. Nawet jeśli ma najlepsze intencje, gdy chce być bezstronny i obiektywny. Bardzo często na bieżąco zapisać, zanotować nie ma jak, brakuje możliwości, sposobności i czasu. Każde wspominanie, przywoływanie, wywoływanie z pamięci, jest już interpretacją tego, co było. Wspominając przywołuję wrażenie, przefiltrowane przeze mnie, przez moje doświadczenie, lektury, predyspozycje psychiczne, a nie dokumentalny zapis.

2. Pamięć żyje jedynie w tym, co zapisałem. Nawet nie w tym, co chciałem zapisać. To nie jest równoznaczne z tym, co planowałem zapamiętać. Plany z góry skazane są na porażkę, idą w łeb. Wypada pogodzić się z niedoskonałością wrażeń, szczątkowością opisu, subiektywnością wspomnień. Smutna akceptacja. Pamięć o tym, co zapisałem, żyje. Gdzie podziewa się to, co zapominam? Nie wszystko chcę pamiętać. Przywołując wspomnienia, otwieram puszkę Pandory. Wspomnienia przywołane są inne. Za każdym razem mogą być inne. Każdy pamięta inaczej, to banalne stwierdzenie, jest faktem. Justyna poprosiła mnie niedawno, bym opowiedział o tym, jak siedzieliśmy w kawiarni w Palermo i piliśmy kawę. Oboje byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie, ale okazało się, że każde z nas pamięta coś zupełnie innego, pamięta inaczej. „Ja nie pamiętam, że wiatru nie było, ani że kelner był nieprzyjemny”, powiedziała, gdy skończyłem opowiadać.

3. Mam kiepską pamięć. Szczególnie do ludzi. Zapominam jak byli ubrani, jakie noszą imiona, czy i gdzie ich spotkałem, o czym z nimi rozmawiałem, czy byłem złośliwy, czy nie. Wszystko to przepada we mnie bez śladu. Nie, żebym się nie starał zapamiętać. Przecież czasem wypada. Częściej pamiętam grupy wrażeń, miasta, drzewa, niż rozmowy i rozmówców. Moja pamięć jest oporna. Moja pamięć jest krnąbrna. Przecież, czasem, staram się, a jednak zdarzają się sytuacje, że zamiast powiedzieć: „Słuchaj, Paulino…”, mówię: „Słuchaj, Patrycjo…” – coś niby dzwoni, ale nie w tym kościele. Na tym polega moja niewdzięczność, potem pozostaje mi jedynie, wstydzić się za siebie, za swoją pamięć. Podobno, jak napisał Cioran, „U podstaw ubytków pamięci leży instynkt samozachowawczy”. Ale czy wypada się z nim zgodzić?

4. Dalej w tym samym tekście, wspomnianym na wstępie, pytałem siebie: „Pamiętać o słowach, czy pamiętać o gestach?”. Chciałbym zachować dla siebie pewne obrazy, sytuacje, ludzi, spotkania, miasta, ulice, ptaki i drzewa. Jak to zrobić? Wszystkiego zapamiętać się nie da. Wszystkiego zapisać się nie da. Co wybrać? „Słowa”, czy „gesty”? Na czym polega dychotomia? Tyle spraw dzieje się naraz. Które są ważne, a które mniej? Jakie zapisać, czyli wyróżnić, ocalić, a które pominąć? Wybór jest trudny i smutny zarazem. Może rację mają Japończycy, którzy bez zastanowienia pstrykają tysiące zdjęć z podróży, a po powrocie do domu dopiero oglądają, to, co oglądali.

Reklamy