[Tomasz Szewczyk, „020507, Menażeria Disneya”, przesłano by @]

by maciej

„Dochodzimy do uzdrowiska na przełęczy. Dwa budynki za czerwoną siatką. W dole widać pętlę tramwajową, komin, kawałek miasta, wszystko pięknie zachmurzone. Z prawej, parę kilometrów dalej, nagi, kamienny nawis nad drugim szlakiem. No to możemy sobie chwalić, mówi ktoś, wybraliśmy lepszy, więcej stąd widać. Przechodzimy przez opustoszały plac, budynki są szare, monolityczne. Wychodzimy z tyłu na małe jezioro, otoczone przez skały. Ktoś obok sprzedaje z niego wodę: drewniany kramik, butle szklane, plastikowe, szeroki asortyment. Można wziąć też prysznic w kabinie między skałami; facet skacze, mizdrzy się, zachęca. Próbujemy po kolei. Woda jest chłodna i szklista. Zaraz po tym staję na kamieniu, tak, żeby wszyscy widzieli. Zdejmuję ubranie i daję dyla do jeziorka. Woda w nim jest jednak dużo bardziej zimna, gęsta, całkiem zielona. Zapadam się. W płucach dziwna miękkość. Chciałem powiedzieć wszystkim, że zrobiłem to z miłości, ale nie było już jak.

Z jeziora, widzianego w pięknej, szerokiej panoramie, wynurza się łuskowaty potwór i zaczyna terroryzować pacjentów uzdrowiska. Grupka przypadkowych turystów stawia mu dzielnie opór, chowa się po pokojach, jeździ windami, używa siekier i gaśnic. Wcześniej czytałem bardzo entuzjastyczne recenzje, rzeczywiście, pierwsza połowa filmu jest absolutnie nudna. Ziewamy, czekamy. Wokół ludzie z popcornem, film zdaje się ich bawić, straszyć, wszystko jak należy. W końcu potwór daje nura w jeziorko, turyści są horrendalnie zmęczeni, wymieniają numery, adresy z pacjentami, wracają do miasta. Dwójka z nich idzie do kina. Siadają w trzecim rzędzie, chłopak i dziewczyna, oglądają film o potworze z jeziorka i dzielnych turystach. Od tego momentu kadr jest statyczny; widzimy parę od przodu, wokół ciemność, fotele, pojedynczy widzowie, widzimy światło ekranu, odbijające się blado w ich twarzach. Nic się nie dzieje. Mijają minuty. Ktoś z naszej widowni zaczyna gwizdać. Byłem na to przygotowany, czytałem w końcu te recenzje, pisano o tym; gdyby pierwsza połowa filmu była ciut lepsza, pewnie bardziej by mi się podobała druga, recenzenci jak zwykle przesadzili. Ktoś wstaje, trzaska oparcie w fotelu, wstają następni, gwizdy, pokrzykiwania, ludzie wychodzą. Obsłudze kina też to wszystko nie w smak, słychać głosy w kabinie projekcyjnej, zapalają się światła. Siedzimy. Film leci dalej. Gośka chce już iść, przytrzymuję ją, w końcu zapłaciliśmy, no i na sam koniec ma być ponoć coś ciekawego. Wychodzą ostatni widzowie. Zostajemy zupełnie sami. Wszechobecne światło mierzi, zaczynamy się krępować. Na ekranie dalej to samo. No dobra, mówię. Zbieramy się. Gośka ciągnie mnie za rękaw do wyjścia, ja się ociągam, przystaję, patrzę w ekran, sekundkę, mówię. Para w kinowych fotelach znika, zmiana tła, wielkie, wystawne sale, kandelabry, marmurowe schody, kamera rusza w tył, przed kamerą kroczy najlepszy rysownik Walta Disneya, starszy, siwy pan w jasnym garniturze. Opowiada coś, strzela różdżką w lewo, prawo, gwiazdki, wyczarowuje jelonka Bambi, siedmiu krasnoludków, Alladyna, kaczora Donalda. Cała menażeria bryka po tapetach, wbiega przed rysownika, podkłada mu nogi czy co tam ma, wskakuje na ramiona, zasłania oczy. Rysownik się otrząsa, otrzepuje z nich raz po raz, kontynuuje wędrówkę, kontynuuje opowieść, uśmiechając się bez przerwy i wywijając różdżką. Kiedy nieopatrznie wyczarowuje Bugsa i Duffy’ego, ci odchodzą od całej menażerii i szepcą do siebie na stronie. Po krótkiej naradzie odwracają się do rysownika. Naśladując żołnierski krok, stają przed nim z grobowymi minami. Rysownik nie traci rezonu i wali w nich parasolem. Z rozpłaszczonego na ścianie Bugsa cieknie jucha.”


{i przy okazji informuję, że na niedoczytania.pl pojawił się oniryczny zestaw z Julią Hartwig}

Advertisements