Delfin

by maciej

Gosia idzie przodem, my za nią, prowadzi nas na jacht. Z pomostu, który stoi na betonowych słupach, więc jest stały, przeskakujemy na chyboczącą się łódkę. Czuję się niepewnie, boję się, że wpadnę do wody. Patrzę w dół, chyba nie jest głęboko, gdyż widzę dno, Widzę dno, mówię. Na co Gosia odpowiada, To złudne, woda jest tu pierwszej klasy czystości. Ania łapie mnie pod ramię, abym nie upadł. Gosia wydaje komendy jak prawdziwy kapitan statku. Niewiele rozumiem, gdyż używa takich słów jak „fok”, „sterburta”, „grot”, „pawęż”, „bulaj”, „lewy hals”, „prawy hals”, „kokpit”. Ech, tak mało człowiek słów zna. Staram się wykonywać, to co nakazuje, ale raczej na podstawie gestykulacji, wiem co robić. Później: Leże w płytkiej kałuży nad brzegiem oceanu. Słyszę szum fal, jest banalnie miło. Piasek jest żółty jak złoto. Woda w kałuży jest bardzo ciepła, wręcz gorąca. Całe ciało mam w niej zanurzone, ponad lustro wystaje mi tyle część twarzy. Słońce świeci mocno, mam zamknięte oczy. Tak trwa to jakiś czas, gdy otwieram oczy, widzę stojącego nade mną delfina. Stoi na tylniej płetwie, jakby stał na nogach. Płetwami grzbietowymi podpiera się pod boki á la krakowiaczek-ci-ja. Wygląda zabawnie i dobrodusznie, więc się do niego uśmiecham, Mogę ci jakoś pomóc, pytam.

Reklamy