Pocztówki z Londynu

by maciej

druga

Stałem na chodniku, opierając się plecami o czarną barierkę, która oddzielała mnie od ruchliwej New Cross Rd. Czekałem na Uszy, który załatwiał jakieś bankowe sprawy Wełny w budynku Barclayc’a. Chodnikiem wędrowały tłumy ludzi, stałem z boku, by nie tarasować drogi i by móc się swobodnie przyglądać przechodzącym. Wybrałem strategiczne miejsce, obok przejścia dla pieszych prowadzącego z Pepys Rd, zresztą blisko także skrzyżowania z Queen’s Rd. Miałem dużo czasu, gdyż Uszy sprawę załatwić musiał, a ogonek kolejki w której stał, był długi. Moją uwagę przykuł biały mężczyzna w żółtej ostrzegawczej, odblaskowej kamizelce nałożonej na szary sweterek. Zastanowiło mnie, dlaczego ma ją na sobie? Dlaczego jej nie zdjął? Czy wychodząc z pracy zapomniał, że ma ją na sobie? A może w tym kraju jest jakiś odgórny nakaz, chodzenia w czymś takim? Szedł od strony przejścia dla pieszych, dlatego gdy przechodził obok, przyjrzałem mu się. Był mojego wzrostu, na czubku głowy miał jasno ryże włosy oraz duże zakola. Mój ojciec też miał takie zakola, zawsze mówił, że to do kasku, który musiał nosić codziennie w robocie. Mężczyzna wyglądał na bardzo zmęczonego. Idąc cały czas patrzył pod nogi, więc nie miałem możliwości, by spojrzeć mu w oczy. W prawej ręce niósł dużą teczkę, która w pierwszej chwili skojarzyła mi się z wyposażeniem biznesmena. Jednak było to błędne rozpoznanie, mężczyzna z całą pewnością nie należał do tej grupy, oj nie. Pewnie miał w niej kanapki, które rano przed wyjściem do pracy, sam sobie przygotował. Teczka wyglądała na wypchaną, więc zapomniał ich zjeść, pewnie zje je, jak wróci do domu. Zje kanapki z rana zamiast kolacji, czy też zje je na kolację. Odprowadziłem go wzrokiem do przystanku autobusowego. Po chwili o nim zapomniałem, bo z Barclayc’a wyszedł Uszy i poszliśmy dalej do budynku Post Office załatwiać kolejne sprawy i sprawunki. Tam poszło już sprawnie i szybko, kolejka topniała w oczach. Wyszliśmy na New Cross Rd i wmieszaliśmy się w tłum. Przechodząc obok czerwonej budki przystanku, zauważyłem tego samego mężczyznę, siedzącego na murku. Wydało mi się to dość dziwne, z pewnością jechały już ze dwa, trzy autobusy, do których mógł wsiąść. A on wciąż siedział i czekał, nie, nie czekał, nie sprawiał wrażenia, że czeka, po prostu siedział. Teczka stała na ziemi między nogami. Łokcie miał wbite w kolana, białymi dłońmi zakrywał całą twarz. Głowa pochylona w dół. Zrobiło mi się jakoś tak smutno. Chciałem do niego podejść. Już wyobrażałem sobie, że staję prosto przed nim, że w milczeniu kładę mu dłoń na prawym ramieniu, on wtedy odrywa swoje od twarzy i na mnie spogląda i smutno się uśmiecha. Niemniej jednak żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, wszystkie zostały w mojej głowie, chociaż nadałem mu imię Richard. Teraz, gdy o nim piszę, wiem, nie był wcale zmęczony całym dniem w pracy, był przygnębiony, przybity, a może i nawet załamany. Dlaczego?

Advertisements