Z nad morza przywieźliśmy

by maciej

żywe ryby, znaczy się: żyły jeszcze, gdy podpity rybak wkładał je do foliowej torby z logiem „L’Oréal”. Chciał za nie jakieś śmieszne pieniądze, aż wstyd mi było tylko tyle płacić. Na szczęście nie miałem drobnych, a on nie miał jak wydać. Minął rok, a ja nadal pamiętam jego szorstkie dłonie. Ryby, to były chyba flądry. Nie znam się na tym, ale tak mi się wydaje. Nie chciałaś na nie patrzeć, one na ciebie zresztą też nie. Patrzyły gdzieś na bok, tym swoim krzywym okiem. Przestałem mielić. Pracuję nad swoją śmiercią. Od urodzenia? Nie znam twarzy o swoim imieniu. Mówią o mnie, jakby mówili o mnie. I taki refren śpiewany głośno do lustra: „Byłam głęboko/przekonana”. I ja również? Denna była zima, ani grama śniegu. I pogoda była denna. I skończyło się, choć tym razem miało się obyć bez końca. Tym razem mieliśmy się obyć bez końca.

Advertisements