Apokryf (z Lecha D.)

by maciej

To mogło być w tym słynnym 1984 roku, mieszkałem wtedy z rodzicami na Śląsku. Dwa lata wcześniej widziałem czołgi na ulicach prowincjonalnego miasteczka na Kaszubach: na rozgrzanym asfalcie głębokie ślady gąsienic. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec pracował od pięciu lat jako górnik w KWK „Jankowice”, matka pracowała od roku jako lakiernik w Hucie „Silesia”. Ojciec należał do „Solidarności”, a matka do OPZZ. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec przywoził z pracy szczapy drewna, a matka zupy w słojach. Matka nie chodziła do kościoła, a ojciec nie chodził do sali królestwa Świadków Jehowy. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Któregoś wieczoru, w tym słynnym 1984 roku, ojciec nie wrócił po pracy do domu, więc matka poszła go szukać. Osiedle nieduże, nie mógł się głęboko zaszyć, tak pewnie myślała. Wrócili razem nad ranem. Ojciec usiadł na krześle w kuchni, zdjął koszulę a matka zaczęła mu obmywać plecy wywarem z rumianku. Stałem w drzwiach swego pokoju i nie miałem odwagi o nic pytać. Starałem się nie patrzeć na jego sine plecy. Tego dnia, następnego zresztą także, nie poszedłem do szkoły, ojciec mi zakazał. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć.

Advertisements