Nieudana, ach, wycieczka do pewnego miasta

by maciej

Londyn. Londyn to miasto, inne miasto. Londyn to miasto Wełny, tam mieszka Uszy. Miasto, gdzieś tam. Miasto rozłożone na wyspie. Miasto pod śniegiem, tam daleko. Miasto, gdzieś na krańcu drugiego pola. Jedno pole, potem drugie, między nimi woda. Przez wodę należy przesadzić się. Najlepiej samolotem. Z lotniska na lotnisko. Prosto. To nie jest skomplikowane. Wsiada się w jednym mieście, a wysiada w drugim. W czwartek samolocik należący do linii Wizz Air, miał kilka minut po szóstej, wystartować z poznańskiej Ławicy, by półtorej godziny później wylądować na londyńskim Luton. „Miał”, bo nie wystartował. Dzień wcześniej Żaba dzwoniła na infolinię Wizz Air, by się dowiedzieć, czy wystartuje, a miła pani z obsługi powiedziała, że wystartuje, ponieważ Wizz Air lata do Londynu mimo śnieżycy. Emocje, emocje. Pakowanie się. Plany, plany. Wstawanie o czwartej rano. Szykowanie kanapek. Przejazd przez miasto. Port i odprawa. Biała jak śnieg Wiewióra, ponieważ boi się latać. Przecież wszystkim wiadomo: Wiewióry nie latają. Wchodzimy na pokład. Siadamy obok siebie. Dzieci krzyczą. Ludzie się przepychają. Wiewióra, pewnie ze strachu, ma lodowate dłonie. Żaba się przesiada. Kapitan przez głośnik mówi, że tymczasem lotnisko w Luton zamknięte, ale za dwie godziny mają otworzyć. Ostatnie słowa kapitana docierają do mnie przez śnieżną zamieć snu. Zasypiam. Snów nie pamiętam. Budzi mnie ciepły głos kapitana, że lotnisko w Luton zamknięte, ale mają za dwie godziny otworzyć. Czuję się zdeczka zdezorientowany, bo nie wiem, czy ktoś cofnął taśmę, czy u mnie się coś zacięło. Stewardesa przechodząca obok, szerokim gestem i z uśmiechem na twarzy zaprasza, do opuszczenia samolotu. Pięknie, myślę, przynajmniej napiję się kawy. Jednak gdy tylko wchodzimy do budynku, z megafonu odzywa się kolejny ciepły głos, tym razem to nie kapitan, informujący nas, że lot z powodu śnieżycy nad Londynem, został anulowany. Jestem przygnębiony. Wypada przebukować bilety. Kolejka jest długa. Wypada cierpliwie czekać. Udaje się. Wiewióra i ja mamy lot w piątek, Żaba w niedzielę. W piątek znów wstawanie o czwartej. I potem wszystkie czynności takie same. I wszystko tak samo. Tym razem już nie wchodzimy na pokład samolotu, tylko od razu ustawiamy się w kolejce do okienka, by przebukować bilety. Na koniec marca. Mam nadzieję, że wtedy śnieg już nie będzie padał.

Advertisements