Dziennik marokański [fragm.]

by maciej

Dzień trzeci, poniedziałek; w Szefszawan

W stronę dziewczyn

(…) Podchodzę do fontanny i siadam na kamiennym murku okalającym fontannę. Nigdzie mi się nie spieszy. Nigdzie iść nie muszę. Jestem najedzony, nie chce mi się pić, nie muszę nic oglądać ani poznawać, ani zwiedzać. Wszystko jest akuratne, dokładnie takie jakie być powinno, jakie chciałbym aby było. Miłe odczucie, pierwszy raz w Maroku czuję się tak dobrze. Powoli spływa na mnie spokój. Odzyskuję pewność siebie. Mógłbym tak siedzieć w nieskończoność, bo w końcu jest dobrze, bo w końcu jest, tak jak ma być. I nie tylko ja tak myślę. Ci czterej starsi panowie siedzący na ławeczce pod kabzą, pewnie także tak myślą. Dwóch wspiera pomarszczone dłonie na rączkach drewnianych lasek. Dwaj pozostali opierają starcze plecy o mur kabzy. Siedzą, nie rozmawiając ze sobą, wodzą wzrokiem za przechodzącymi przez plac, bawią się z kotami, przeganiają psy. Zachodzące słońce ich grzeje. Wiatr chłodzi. Mam przeczucie, że siedzą tu codziennie i to od wielu lat, że siedzą tu od zawsze, od początku świata. Znani i akceptowani przez wszystkich. Nie wiem, czy na coś czekają, czy po prostu, są elementem krajobrazu. Raczej to drugie. Gdybym miał więcej odwagi, to bym się do nich przyłączył, usiadł obok, jest jeszcze trochę miejsca na ławce, zmieściłbym się, ale zamiast tego z torby wyciągam książkę Saramago. Czytanie przerywa mi Piotr, który się odnalazł albo raczej mnie odnalazł. Przez chwilę stoi przede mną, nie przerywam czytania, wiem, że się zaczyna irytować. Kątem oka widzę, jak nerwowo wysuwa i wsuwa z powrotem prawą stopę do sandała. W końcu zamykam książkę i podnoszę na niego wzrok. Nie widzę twarzy, ma słonce za plecami, wygląda jakby świecił. Proponuje byśmy się przeszli do dziewczyn. Ponoć są po drugiej stronie medyny w małym sklepiku, robią sobie tatuaż z henny. Nie bardzo mi się chce stąd ruszać, proszę by usiadł obok mnie, ale wiem, że to bezcelowe, bo on chce iść. Więc idziemy. Pozwalam się prowadzić. Podobno Piotr wie, gdzie dokładnie są. Rzeczywiście przeszliśmy przez całe stare miasto na drugą stronę. Na miejscu okazuje się, że to jeszcze długo potrwa, gdyż pani nie skończyła nawet nakładać henny na nogę Ani eS. A Ania eR. wciąż czeka na swoją kolej. Nie chce mi się tu z nimi siedzieć i podglądać postępy pracy. Tym bardziej, że pani nakładająca barwnik wyraźnie się mnie wstydzi. Nie patrzy na mnie, a jak odpowiada na moje pytanie, to mówi do dziewczyn, jakby one miały mi przekazać odpowiedź. Mówię dziewczynom, że za rogiem po lewej stronie jest taki mały placyk z jedną kawiarenką i że będę tam siedział na kawie. (…) Pewnym krokiem wchodzę do środka kawiarenki, gdzie przy czterech stolikach, po dwóch przy każdym, siedzą tylko miejscowi mężczyźni i oglądają mecz w małym czarnobiałym telewizorku, wiszącym nad ladą. Tak się zastanawiam, czy oni cokolwiek w nim widzą, czy rozróżniają swoich od obcych, bo komuś przecież kibicują, a telewizorek jest rzeczywiście bardzo, bardzo mały. Staję przed ocynkowaną ladą i czekam dobrą chwilę nim jeden z siedzących i oglądających mecz mężczyzn wstanie z ociąganiem i podejdzie do mnie. Proszę o kawę. Płacę z góry. Zostawiam napiwek. W tym czasie mężczyzna ani razu na mnie nie spojrzał. Fascynujące, że udało mu się zrobić mi kawy, podać, podgrzać mleko, wlać, postawić cukierniczkę i przez cały czas gapić się w telewizorek. Wychodzę, by usiąść na zewnątrz przy jednym z tych nieśmiertelnych, niegdyś białych, plastikowych ogrodowych stołach. Siedzę długo. Piotr dwa razy przychodzi, podpija ode mnie łyk kawy, zdaje relację o postępach w nakładaniu henny i gdzieś znika. Staram się czytać, ale zdania się ze sobą nie łączą, nie układają w logiczną historię, dlatego wkładam „Kamienną tratwę” z powrotem do torby. Próbuję coś pisać w notatniku, ale szybko rezygnuję. Wychodzi na to, że nic nie robię. A! tak, coś jednak robię: obserwuję psa. To pies, a nie suka. Duży. Przeraźliwie chudy. Wyraźnie widać mu wszystkie żebra i łopatki łap wystające na grzbiecie. Kiedyś jego sierść była biała, teraz jest brudna. Ma długi ogon, podkręcony do góry nad grzbiet. Trochę przypomina charta, ale tylko trochę, pewnie przez swoje gabarytu i chudość. Bawi mnie i fascynuje przyglądanie się jak chodzi w te i nazad. Jak zaczepia dwa inne. Jak stara się pokryć mała czarną sukę, ale mu się to nie udaje, bo ona jest za mała, za niska, a on się nie bardzo do tego przykłada, jakby chciał ją posiąść tylko z nudów, tylko po to aby się coś działo. Do tego jakaś kobieta, stara i zgarbiona, zauważa przez okno jego wysiłki i wybiega z domu, trzymając w dłoniach długi kij. Podbiega do pary niedoszłych kochanków i zaczyna regularnie okładać psa kijem po grzbiecie. Nikt z obecnych na placu ani też przechodzących nie reaguje. Nawet pies przyjmuje te razy z anielską cierpliwością. Nie warczy. Nie pokazuje kłów. Wcale nie stara się ich unikać. W jego zachowaniu jest coś z pokory chrześcijańskich męczenników za wiarę z pierwszych wieków. Suka uciekła z piskiem. A pies ugina jedynie lekko nogi, podwija ogon pod siebie i czeka aż kobieta skończy robić swoje. Jako jedyny przyglądam się całemu zajściu. Staruszka przestaje okładać psa dopiero, gdy brakuje jej tchu. Coś jeszcze pokrzykuje. Wyzywa. Przeklina. I wraca do swego domu. Pies kładzie się obok kałuży i zaczyna się lizać. Razy chyba nie były za silne, bo nie krwawi, ale jest pewnie poważnie obity. Zaczyna się lizać od jaj. Unosi lewą tylną łapę i wkłada pod nią cały pysk. Obserwowanie przerywa mi Piotr, który kolejny raz przychodzi, tym razem mówi, że chyba już nakładanie henny zbliża się do końca. Zbieram swoje rzeczy i idziemy sprawdzić. Okazuje się, że tak, że już po, że już koniec, że już henna została nałożona… na nogę Ani eS., ale jeszcze ręka Ani eR. Podobno ma być szybciej, bo wzór jest dużo mniejszy i mniej skomplikowany. Nie chce mi się nigdzie łazić, tym bardziej, że zaczyna kropić. Staję pod prowizoryczną markizą i wyciągam książkę. Piotr znowu gdzieś zniknął. Nawet się nie zorientowałem kiedy. Po jakimś czasie córka pani nakładającej hennę, gdzieś tak siedmioletnia, przynosi mi mały stołek, bym sobie usiadł. Ładnie za niego dziękuję. Stołek nie jest wygodny, ale lepsze siedzenie na nim, niż stanie. Dziewczynka się do mnie uśmiecha. Chwilę stoi przy mnie. Patrzymy na siebie i uśmiechamy. Zastanawiam się, czy mam w torbie coś co mógłbym jej sprezentować. Jakiś przedmiot, czy coś podobnego. Nie mam. I żałuje. Deszcz pada coraz mocniej, robi się chłodno. Mama woła dziewczynkę, ściąga z wystawy gruby, wełniany sweter w kolorowy wzór, jakieś czerwone wielbłądy, i ubiera w niego dziewczynkę. Wygląda dość śmiesznie, bo jest dla niej za duży. Sięga jej poniżej kolan. Ona się do mnie odwraca, jakby chciała mi pokazać jak w nim wygląda. Wygląda zabawnie, oboje się śmiejemy. Przybiegają dwie inne dziewczynki i ciągną gdzieś „moją” dziewczynkę, wracam do czytania. Po prawie godzinie oba tatuaże są w końcu ukończone.


– – –

[jest to niewielki fragment, nadal nie ukończonego przeze mnie „Dziennika marokańskiego”, wciąż i wciąż małymi fragmentami spisywanego; chcę wierzyć, że mi się kiedyś uda go skończyć; „Dziennik” pierwotnie przeznaczony był na stronę Cyc Gada, ale z racji nie ukończenia, na ww. stronie ukazał się jedynie oniryczny zapis z podróży pod tytułem: „Sala jest pełna”.]

Reklamy