Przyjaźń a literatura

by maciej

1. Profesor Michał Paweł Markowski w eseju „Życie na miarę literatury” opowiada następującą anegdotę: „Całkiem niedawno jadłem kolację w Sztokholmie w gronie znajomych akademików. Towarzystwo było międzynarodowe i wielojęzyczne. W pewnym momencie moja przyjaciółka, Brazylijka wykładająca w Szwecji niemiecką filozofię, nachyliła się do filozofa angielskiego wykładającego w Nowym Jorku filozofię francuską i powiedziała: Jeśli chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, musisz czytać Pessoę. Nie znałem kontekstu ich rozmowy, zrozumiałem jednak od razu, co chciała powiedzieć: przyjaźnie definiują się poprzez te same przeczytane książki, poprzez podobną wrażliwość wpisaną w literaturę. Moja brazylijska przyjaciółka mówiła swojemu anglojęzycznemu koledze: jeśli chcemy się porozumieć, czytaj poetę, który umie powiedzieć o moim doświadczeniu coś, czego ja sama wysłowić nie potrafię. Czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry.” Oczywiście jest w komentarzu do tej opowieści bardzo dużo racji, jednak w związku z tym, że nie jest to święta racja, pozwolę sobie na kilka słów własnego komentarza do anegdoty i kilku tez z eseju.

2. Wiem, że możliwość zaistnienia przyjaźni, warunki sprzyjające temu, nie są główną tezą tego eseju (A co jest? To by życie naśladowało, odwzorowywało literaturę, że życie bez literatury nie ma sensu. Jak i dlaczego? Zainteresowanych odsyłam do tekstu.), ale tak się składa, że jest to temat, który mnie aktualnie zajmuje, interesuje. Pan Profesor zakłada, że przyjaciele definiują się, konstruują poprzez te same przeczytane lektury. Nawet ostrzej: poprzez tak samo mocne i jednoznaczne odczuwanie tych samych książek. Anegdota przytoczona powyżej ma być na to dowodem. Jest interpretowana tak: „jeśli chcemy się porozumieć […] czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry”. Ja bym ją rozpatrywał, rozumiał troszeczkę inaczej: „jeśli chcesz mnie zrozumieć”, „jeśli chcesz zrozumieć moje postępowanie, decyzje, gesty, słowa”, to przeczytaj proszę to, czy tamto. Markowski milcząco zakłada, że przyjaciele muszę mieć taką sama wrażliwość na przeczytane książki, że muszą przeczytane książki tak samo interpretować, odczuwać, że przywołany powyżej Pessoa musi być autorem znaczącym dla obu stron. Ponieważ, gdy przeczytasz Pessoę i przyjmiesz go do swego krwioobiegu, dopiero wtedy możemy rozmawiać. Myślę, iż nie ma konieczności stawiania sprawy aż tak ostro. Rozmowa jest możliwa, gdy obie strony przeczytały tego samego autora, ale wcale nie muszą mieć o nim tego samego zdania. Ponieważ jeśli mają, to prawdopodobnie nie ma już o czym rozmawiać, drugi nie powie pierwszemu nic istotnego, nic czego ten pierwszy nie będzie już wiedział. A rozmowa nie na tym polega, raczej na wymianie. Stawiałbym raczej na różnice, a nie na homogenizację poglądów i przekonań.

3. W tekście nie ma mowy o tym, by różnice wrażliwości, a co za tym idzie: różne lektury, mogą tak samo mocno i szczelnie zbliżyć ludzi. Ludzi inteligentnych, inteligentnych na przykład w rozumieniu Sándora Márai, czyli ciekawych. W tym wypadku cnotliwych i ciekawych Drugiego, ciekawych Innego. Podchodzących do Drugiego/Innego z szacunkiem, który się mu należy za to, iż ma inne od nas poglądy i przekonania. Moim zdaniem różnice czytelnicze mogą tak samo zbliżyć ludzi jak podobieństwa, choć jest to oczywiście trudniejsze i wymaga większej cierpliwości i wyrozumiałości. I otwartości. Zresztą różnice, tak jak i podobieństwa, mogą jedynie ułatwić porozumienie, ale w żaden sposób go nie warunkują.

4. Markowski pisze tak jakby podobne, czy nawet takie same, lektury warunkowały możliwość zaistnienia przyjaźni, jakby nie była ona możliwa bez wspólnych lektur. Powiedziałbym raczej, że one ułatwiają, a nie warunkują zaistnienie przyjaźni. Wspólne, te same lektury wcale nie determinują zaistnienia przyjaźni, ale ułatwiają nawiązanie więzi, ułatwiają wytworzenie tzw. nici porozumienia, „zrozumienia w lot” tego, co chce nam przekazać, powiedzieć Drugi. Profesor pisze w innym miejscu tego eseju: „Przyjaciele czytają te same zdania w takim samym zachwycie […]. Właściwie po to jest literatura: powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, czy będziemy się spotykać”. Sądzę, że jest to za daleko posunięte uogólnienie, bo gdyby czytali „w takim samym zachwycie”, to nie jest potrzebna rozmowa (a jest!), porozumienie następowałoby ponad rozmową, ponad słowami, czyli ponad literaturą. Podobnie myślę o wspomnianej powyżej roli literatury, uogólnienie jest za daleko posunięte. Oczywiście jest ona (literatura) „niezbędna” do życia, „niezbędna w naszym życiu” (cytat z tekstu), bo „ułatwia przyjaźń”. I ma rację pisząc dalej: „Literatura bowiem to nie szafa z książkami, po które sięgamy znudzeni, lecz możliwość innego życia, którego czujemy potrzebę, bo ciasno nam w swoim domu, bo chcielibyśmy poznać coś więcej, bo chcielibyśmy być z kimś innym, bo chcielibyśmy coś zmienić we własnym życiu”. Ale spotkanie Innego jest możliwe także bez literatury. Zresztą sam powyżej podaje przykład Jamesa Joycea i Nory Barnacle, którzy wspólnie w przyjaźni małżeńskiej czytali świat, chociaż nie czytali tych samych książek.


– – –

[Michał Paweł Markowski, „Życie na miarę literatury”, {w:} „Tygodnik Powszechny”, nr 1-2 (3104-3105), 4-11 stycznia 2009, Kraków, str. 52-53. Za kilka dni cały tekst „Życia…” będzie dostępny na stronie „T.P.”.]

Reklamy