Kolejny tydzień

by maciej

Całkiem kopnięty jest ten tydzień. Nie pasuje mi ani trochę. Nie mogę się w nim odnaleźć, co rusz odbijam się o jakiegoś muru. Mam wrażenie, że stoję w miejscu albo i gorzej, że się cofam. Wiem, jest to złudne rozpoznanie. Jednakże nie czuję się przekonany. Zaczęło się od złego poniedziałku. Wstałem za późno, by dojechać do pracy na zwykłą godzinę, więc wsiadłem do taksówki i pojechałem, przez całe bycie tam miałem święte przekonanie, że to jest bez sensu, bo po przeczytaniu wszystkich firmowych mejli, nie miałem co robić, a nie wypadało wychodzić. Z nudów zacząłem spisywać „Dziennik marokański”. Wyszedłem po pięciu godzinach. Wtorek był straconym dniem, nawet nie wiem, przyznaję: nie pamiętam co robiłem. W środę stałem na rondzie Śródka przez 40 minut i czekałem na autobus, najprościej powiedzieć: dwa nie jechały, wypadły, ale wcale nie jestem tego tak pewien, być może je przeoczyłem. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo stałem na właściwym peronie i czytałem „Tygodnik Powszechny”, a dokładnie tekst Grzegorza Jankowicza „O pocieszeniu, jakie daje James Bond”. Za to czwartek był bardzo długim dniem, bo pojawili się jacyś panowie z wizytacją. Ale i tak jak wróciłem do domu, to usiadłem przy kompie i pisałem dalej „Dziennik”, nie wiem kiedy uda mi się go skończyć, bo spisałem dopiero trzy dni z wyprawy, a mam już osiem stron. Nie jestem wcale pewien, czy chcę go kończyć, nie widzę większego sensu w spisywaniu go.

Advertisements