100 różnych biografii

by maciej

Czy być zupełnie kimś innym, znaczy robić coś całkiem innego? Mając do wyboru 100 (słownie: sto) różnych biografii, wybrać jedną. Jedną nową, czy jedną inną? Jeśli nową, to wcale nie znaczy inną, różną, ale nie inną. Niekoniecznie inną, ale może być i tak. Niczym szpieg z krainy deszczowców iść za kimś, zobaczyć jego dzień, myśli, zmartwienia, konto, sprawy, problemy (żadnych książek w domu?)(żadnych kotów?), przyjaciół, znajomych. Następnego dnia iść za kimś innym. Przyjrzeć się. Zrobić notatki, a potem wybrać. Żyć obcym życiem, zamiast własnym. Wcielić się, wybrać w zamian. Gdyż to jak widzą nas inni, jest różne do tego jak my widzimy siebie. To pewne. Niezaprzeczalne. Banalne. I nawet nie chodzi o to, który z tych obrazów jest bliższy prawdy. Odkrycie, kto się myli ja/oni, czy my/oni, nie jest niezbędne. Chodzi o wiarę. O to w który obraz wierze i czy chcę go zmienić, czy to ma dla mnie jakieś znaczenie. Jeśli ma, to zaczynam wybierać z tej setki biografii. Każdy inny jest skłonny zgłaszać zastrzeżenia i uwagi. Mając do wyboru czy obraz wewnętrzny (własny), czy obraz zewnętrzny (innych), to wybiorę. Gdy wybiorę wewnętrzny, to usłyszę, że jestem samolubny, zbyt pewien siebie, nie przyjmujący krytyki. A jeśli zewnętrzny, to usłyszę, że jestem miękkim dydkiem zrobiony, podatny na wpływy, bez szkieletu, bez kośćca. Więc na czym ma polegać „złoty środek”? Czy tylko na pilnym wysłuchaniu skarg i zażaleń, bo co ma większe znaczenie: wierność sobie, czy wiara w nieomylność większości? [Dałem A. do przeczytania tych kilka zdań, a ona mi na to: „Produkujesz banały, marnujesz słowa, nie myśl sobie, żeś odkrył Amerykę”. Nie, nie myślę. Wcale nie myślę, piszę.]

Reklamy