Popieram błędy

by maciej

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia, nie, żebym nad tym strasznie ubolewał, pozytywne myślenie zmienia perspektywę, w końcu jest miło, uczucie wszechogarniającej swobody: miłe słońce leje się z nieba, miły wiaterek podwiewa tiszerta, miła muzyka z ipodzika wlewa się w uszy, miła dziewczyna rozdaje czerwone ulotki, miłym głosem mówi: „proszę”, miło się przy tym uśmiecha, miło pies sika pod murem, miło śmigają samochody, miły zielony ludzik od świateł, który, podobno, zgarnia całą pulę, miło boli mnie głowa (ból jako dowód, ten w portfelu się nie liczy), miła starsza pani pyta, która godzina, właśnie wybiła dwunasta, nie słyszy pani miłych dzwonów?, miło wibruje telefon w kieszeni, miły pierwszy esemes dziś, miło, bo będą następne, miło spędzę cały dzień (w pracy), tylko dojechać; nadal czekam na tramwaj, który wciąż nie podjeżdża, może mały spacer?, tak się zastanawiam, ale rozsiadam się na krawężniku i wyciągam „tygodnik”, by poczytać o 60-leciu państwa izrael, kiedyś marzyłem, by się do tego kraju przeprowadzić, uczyłem się hebrajskiego, miałem szansę wyjechać na archeologiczne wykopki, na stypendium, ale szansę zmarnowałem, minęło dwanaście lat, nie żałuję, nauczyłem się nie żałować, w końcu podjeżdża tramwaj, tak się cieszę, nie przeszkadza, że jest pełen, że jest napchany po same brzegi, ledwo się wciskam, ale jadę, stoję na przednim pomoście, jedną nogę mam opartą o stopień wyżej, ustawiłem się bokiem do środka, spoglądam przez szybę, widoki te same co zwykle, te same kamienice, te same przejścia dla pieszych, te same skrzyżowania, te same żurawie, ta sama rzeka, dwa mosty, ta sama katedra, a na niej zegar, który daje znać, informuje, że zdążę się przeładować na rondzie w autobus; już mnie to nie wzrusza, chociaż są dni, że chciałbym spojrzeć na swoją codzienną trasę innymi oczyma, odkryć jakiś załom, szczelinę, w którą mógłbym wejść i zniknąć; tymczasem dziewczyna stojąca wyżej, ociera się sterczącymi piersiami o moje ramię, drażni mnie, bo robi to specjalnie, a nie przypadkiem, aż takiego tłoku nie ma, by się na mnie pokładała; odsuwam się w stronę drzwi, ale ona pochyla się bardziej, nadal mnie dotyka, reaguję jak oparzony, wcale nie jest mi miło, chciałbym wysiąść, ale jeszcze jeden przystanek.

Advertisements