Hajfa

[niecodziennik]

Piekło w Singapurze [fragm.]

Za szklanymi drzwiami hostelu otwiera się piekło. Nie dość, że upał, zresztą jak codziennie tutaj, wypada się w końcu przyzwyczaić, to jeszcze słońce. Palące słońce, prosto z góry, prosto z nieba nad głową, słońce prawie w zenicie. Nigdy przedtem nie widziałem tak wysoko wiszącego słońca. Chwilami mam wrażenie, jeśli spadnie na ziemię, to prosto na moją głowę. Plan na dzisiejszy dzień – jak dla mnie – prosty: chodzić/spacerować/odwiedzać. Co prawda, duże jest to miasto (nawet bardzo, jak się potem okazało), ale gdy się spaceruje bez konkretnego celu, to jest szansa na mimowolne natknięcie się (dosłownie: wejście na) na te wszystkie obiekty, które są w Singapurze warte zobaczenia. Jednak jedynie ja tak myślałem, wizja pozostałych przedstawiała się tak: iść w konkretnym celu, aby zobaczyć taką to a taką świątynię, o której w „Przewodniku Pascal’a” ktoś napisał, że warto, że koniecznie, że typowa: jedna buddyjska, inna hinduska, inna muzułmańska, i t d. Chcieli poruszać się po sznurku, od-do. Tak się stało, problem pojawił się w chwili, gdy przewodnik „Pascal’a” przestał mówić gdzie dalej, a upał stawał się z minuty na minutę coraz mocniejszy i upierdliwy. Siadałem, jak pozostali, co chwile na jakiś schodach, na chodniku, pod murem, na przystanku – byle w cieniu. Nie ma większego sensu opisywać tego, jak wyglądają konkretne świątynie, czym się różni chińska od buddyjskiej. Zresztą nie potrafiłbym, są różne i takie same. Różne, ponieważ są różnych wyznań. Takie same, ponieważ wszystkie zlewają się ze sobą. Co jak co, ale dużo w nich duszącego dymu kadzidełek i kłaniających się tam i siam wiernych, wykonujących niezrozumiałe gesty i znaki, składających takie czy inne ofiary (mleko w kartoniku, przegniłe banany i pomarańcze, papierowe pieniądze, paczki papierosów, kawę i wodę w plastikowych butelkach, dużo wody). Mimo to w pamięć wryło mi się kilka świątyń, chcę wspomnieć od dwóch:

Meczet Abdul Gaffoor znajdujący się w dzielnicy Little India, do wnętrza którego można wejść. W „Przewodniku Pascal’a” jest napisane: „(…)główna sala modłów jest niedostępna dla wyznawców innych religii”, mimo to lekko zaniepokojony wszedłem po kilku schodkach i usiadłem wśród modlących się muzułmanów. Zaniepokojony, bo jak mnie ktoś wyprosi to co, a jak będzie niemiły, ale wręcz przeciwnie, pewien mężczyzna otwartym gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka. Czułem się dziwnie między tymi mężczyznami, usiadłem przy kolumnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, a oni się rytmicznie pochylali do przodu i do tyłu, szeptali/śpiewali sury, a ja  się przysłuchiwałem. Nie wiem, czy dlatego, że byłem wyczerpany upałem i do tego siedziałem, ale nagle zrobiło mi się jakoś tak dobrze, spłynął na mnie spokój, zniknęło zmęczenie, złość na upał. Nie można tego powiedzieć o pozostałych, musieli podejść, by powiedzieć: „Czas już iść. Zbieraj się”. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ta zieleń, ta prostota, ci modlący się mężczyźni, było w tym coś prawie mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to bardzo religijnego i ta religijność była wyraźna, namacalna. Ci mężczyźni modlący się obok, oni nie przyszli tu odklepać swoich modlitw (zresztą nie był to czas „oficjalnych” modlitw), oni przyszli się pomodlić, przyszli w konkretnym celu, co prawda byli też tacy, co przyszli się zdrzemnąć, kilku leżało z boku, w podcieniach i drzemało w cieniu, cicho pochrapując.

Idąc przez dzielnicę kolonialną (tzw. Historic District) prawie nie zauważam nieczynnego kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza. Kościół jest nieczynny, ponieważ nie ma już w Singapurze wierzących Ormian. A kiedyś w latach ‘60-’70 XIX-wieku była to bardzo liczna i prężna społeczność. Budynek kościoła stoi na środku działki, ogrodzonej niskim murkiem, wokół bryły budynku wiedzie droga krzyżowa. Postacie drogi krzyżowej naturalnej wielkości odtwarzają ewangeliczne sceny, a to Chrystus stoi przed Piłatem, a to Piłat umywa ręce, a to Chrystus upada pod krzyżem, w tym upale każdy by upadł. Na tym zielony, zadbanym, przystrzyżonym trawniku, porozstawiane wśród palm rzeźby, wyglądały strasznie, wyraźnie nie na miejscu. Od dwóch dni chińczycy wszędzie na ulicach pala jakieś kartki. Podobno jest święto, nie mam pojęcia jakie, wypada zapytać Kubę, on będzie wiedział. Obrządki polegają na tym, że w wielkich metalowych puszkach pali się rożne kartki, które symbolizują wszystko to, co jest potrzebne do osiągnięcia szczęścia, czyli pieniądze, jedzenie i inne takie. Wszędzie fruwają duże płaty popiołu, dym jest duszący, nie wiem dlaczego, ale chińczycy upodobali sobie porę, gdy najmocniej świeci słońce. Popiół fruwający w ostrym słońcu, przywodzi na myśl piekielne obrazy.

Meczet Abdul Gaffoor w Singapurze

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Będąc w podróży

W podróży boję się miast. Czas płynie w nich zbyt szybko. Omijam tereny przemysłowe z ich międzynarodową brzydotą i monotonią. Potrafią zniszczyć każdy pejzaż, chociaż przecież wiem, że są znakiem życia w jego codziennej odmianie.”

[Marek Zagańczyk, „Droga do Sieny”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2005, str. 73.]

Filed under: Wycieczki, Wyjątki , , , , , ,

Po powrocie z Azji

Drugi dzień z rzędu wstałem o 06:00 z minutami. Ciało płata mi figle, czas w ciele nadal przestawiony, ono żyje własnym życiem, żyje wg czasu +7 godzin, czyli dla niego nie jest 09:00, a 16:00. Trochę to uciążliwe. I męczące. I nieprzyjemne. Dzień zacząłem od włączenia płyty Variété, dawno nie słuchałem, lata całe, ale nadal słowa piosenki „Klaszczę w dłonie” powalają mnie na kolana: „Język jest po to/by go wytykać/na wiatr na mgłę//Ciało jest po to/by je używać/dusza jest po to/by nie wytrzymać// Klaszczę w dłonie/by było mnie więcej”. A potem skleiłem książkę „Pasterze nocy” Jorge Amado, która rozpadła się na części pierwsze/składowe, gdzieś w okolicach Penangu.

Faktycznie na miejscu plan podróży zweryfikował się sam, tam byłem: Poznań, Londyn, Kuala Lumpur, Malakka, Singapur, Wyspa Sentosa, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Singamata, Wyspa Sibuan, Tawau, Wyspa Penang, Georgetown, Londyn, Poznań. Pierwsze zdjęcia pojawią się dziś na Facebook’u.

sze zdjęcia pojawią się dziś na pilok, Semporna, Singamata, ?g,   spa ur, Santosa ala Lumpur, Malaka, okolicach

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

W stronę Malezji

Jutro wylot. Plan podróży, z perspektywy stolikowej, wygląda tak: Poznań, Londyn, Kala Lumpur, Batu Caves, Malaka, Singapur, Kota Kinabalu, Sepilok, Semporna, Sandakan, Kudat, Kota Kinabalu, Penang, Georgetown, Kala Lumpur, Londyn, Poznań. Nie sądzę, aby udało się go, dokładnie tak zrealizować. Na miejscu zostanie zweryfikowany i poddany modyfikacjom, mniejszym, czy większym, to akurat nie ma znaczenia. Jest kilka stałych punktów, takich jak Kala Lumpur, Singapur, Borneo i Penang, reszta może się rozsypać i niech się potem sama usypie w nowy, lepszy plan.

Na chwilę obecną jedna lektura jest pewna: Tash Aw „Faktoria jedwabiu”; w końcu malezyjską opowieść o podróży wypada przeczytać w Malezji. Drugą książkę także wezmę. Jaką? Zdecyduję w ostatniej minucie, tuż przed wyjściem z domu.

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Zimorodek

Pierwszego dnia spływu kajakowego Brdą z Rytla do Woziwody potrafiłem się skupić na wszystkim innym, tylko nie na machaniu wiosłem. Tyle rzeczy mnie rozpraszało. Świat istnieje i rozprasza. Wierny jestem obserwacji, która przekłada się na banalny – chwilami – zachwyt, owe ochy i achy. Świat przyrody rozprasza tym bardziej, mnie z pewnością. [Tydzień po powrocie, kartkując „Nieobjętą Ziemię” Miłosza, szukając zupełnie innego fragmentu, przypadkiem natykam się na fragment: „Przyroda mnie szybko nudzi, a nuda i mdłości to prawie to samo. (…)Ależ przedmiotem mojej kontemplacji nie była przyroda”, a moim była i jest. Miłosz do obserwacji i rozpamiętywania przedkłada teatr przestrzeni społecznej nad teatr przyrody, ja nie widzę specjalnej różnicy.] W pewnej chwili, po prawej stronie, kątem oka, dostrzegam błękitny błysk, śmigającą błyskawicę, czyli pędzącego zimorodka. Z wrażenia moczę wiosło z tej strony, przestaję nim machać, kajak szybko skręca, grozi, że ustawi się w poprzek nurtu, a wtedy łatwo się wywrócić, zza pleców słyszę: „Koniecznie włącz w głowie guzik”. Wyciągam wiosło z wody, ale nie macham, śledzę wzrokiem ptaszka. Jest cały czas jakieś 15 metrów przed kajakiem. Gdy już wydaje się, że zobaczę go z bliska, on nagle podrywa się do lotu, leci kolejne 15 metrów do przodu i siada przy brzegu na wystającej z wody gałęzi. Taka zabawa w kotka i myszkę trwa jakiś czas, w końcu odlatuje tak daleko, że już go nie widzę, że już go nie mogę śledzić. Za to od tego nieoczekiwanego spotkania śledzę wzrokiem brzeg po prawej i po lewej, mając nadzieję, że pojawi się inny zimorodek. I faktycznie, jakieś 4-5 km dalej jest. Znów błękitny błysk śmigający tak szybko, że nie jestem w stanie mu się dokładnie przyjrzeć. Ponieważ zimorodek jest małym ptaszkiem wielkości wróbla, ale jeśli wróbel jest szarym kieliszkiem, to o zimorodku tego powiedzieć się nie da. Jest najbardziej kolorowym i pięknym polskim ptakiem. Jego skrzydła i główka są niebieskie, prawie błękitne, chwilami turkusowe, metalicznie opalizujące. Policzki i podgardle ma białe. Natomiast brzuch ma cynamonowy, czy też raczej rdzawoczerwony, niczym zachodzące słońce. Być może po to, aby małe rybki, które łowi, myślały, że to zachodzące słońce przelatuje nad rzeką, a nie myśliwy, który swoim prostym i mocnym dziobem za chwilę wyłuska je z wody. Obserwując tego drugiego zimorodka, znów się wyłączyłem. Znowu trzeba było przywrócić mnie rzeczywistości zdaniem: „Czas najwyższy byś się już włączył”. Już na brzegu. Stojąc z Darkiem na moście, rozmawiamy o zimorodku, o tym jaki to piękny ptak, o tym, że nazwa jest błędna, bo powinien nazywać się ziemiorodek, czy też ziemorodek, jako że jego nora-gniazdo, które zwykle wykopuje w skarpie nad rzeką, może mieć do metra głębokości, że okres lęgowy trwa od kwietnia do lipca, że poza tym okresem żyje samotnie, że nie odlatuje do ciepłych krajów, dlatego żyje nad rzekami o wartkim nurcie, które nie zamarzają zimą. To wszystko mówi Darek, ja opowiadam o „pochodzie ptaków” z obrazu „Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha, bo zimorodek jest w nim umieszczony na pierwszym planie ptasiej procesji, dumnie wyprostowany, za nim dudek, wilga, szczygieł i inne ptaki. Ze wszystkich staram się przypomnieć sobie chrześcijańską symbolikę tego ptaka. Nie udaje mi się, obiecuję, że sprawdzę po powrocie i napiszę mu w mailu. Następnego dnia wypływając z Woziwody, obmyśliłem sobie, że dziś cały dzień aż do Wymysłowa będę wypatrywał zimorodków. Pilnie obserwowałem brzegi. I udało się. Przyłapałem jednego na tym, gdy nurkował, niczym japoński pilot kamikadze, w rzece, a potem wyskoczył z niej, jak oparzony i usiadł na pniu. W dziobie miał dość dużą, w porównaniu z nim, rybkę, pewnie ciernika, który się szamotał i starał się wyrwać z silnego uścisku długiego dzioba. Pewnie dlatego, ów zimorodek jakby wypluwając rybkę z dzioba, szybkim gestem uderzył nią o pień. Usłyszałem, albo wydawało mi się, że usłyszałem, płaski dźwięk, potem rybka leżała już spokojnie (martwa? ogłuszona?), ptak sprawnie pochwycił ją w dziób i uleciał ponad skarpę, pewnie do gniazda. Następnego zimorodka przyuważyła A. Siedział na gałęzi, która wystawała nad rzekę. Oboje, jak na komendę, przestaliśmy wiosłować, poruszać się, oddychać. Pozwoliliśmy, aby nurt nas niósł. Udało nam się do niego zbliżyć na jakieś półtora metra. Z racji tego, że siedziałem z przodu, byłem bliżej. Ptak przez pewien czas przyglądał nam się lewym okiem, jakby się zastanawiając, czy jesteśmy dla niego zagrożeniem, czy też może jesteśmy granatowym pniem, który płynie z nurtem. Wybrał pierwsze rozpoznanie. I bardzo, bardzo szybko odleciał. Po tym odwróciłem się do A. i podniecony zacząłem opowiadać o tym jak wyglądał, jakby ona sama go nie widziała. „Może zacznij już w końcu pedałować swoim wiosłem”, usłyszałem, było to dla mnie przysłowiowe wiadro zimnej wody, ale rzeczywiście musiałem zacząć manewrować, bo nurt nas znosił w stronę prawego brzegu, gdzie już czekały jakieś kłody i pniaki, skore pomóc nam w wywrotce. [W tym miejscu mała dygresja dla Darka. Wiesz, gdy wróciłem do domu, to przez kilka dni nie dawało mi spokoju pytanie: Co w symbolice chrześcijańskiej znaczy zimorodek? Musiałem się dowiedzieć. I okazuje się, że jest wielkie pomieszanie z poplątaniem. Ojcowie Kościoła zaanektowali i przerobili na swoje potrzeby grecki mit dotyczący tego ptaka. W starożytnej Grecji wierzono, że księżniczka Alkione, jedna z Plejad i córka króla wiatrów Eola, została zmieniona w zimorodka, aby mogła szukać nad brzegami swego męża i kochanka. Dodatkowo w czasie zimy Morze Egejskie na 40 dni się uspokaja, podobno po to, by wylęg zimorodków mógł przebiegać niczym niezakłócony. I pewnie stąd interpretacja polegająca na tym, że jeśli Bóg opiekuje się małym ptaszkiem, to tym bardziej roztacza opiekę nad ludźmi, którzy znajdują się w niebezpieczeństwie, że nie zostawia ich samych sobie, ale ma na nich baczne oko, oko opatrzności – myślę, że to rozpoznanie nawiązuje do przypowieści opisanej w Ewangelii Matusza 6: 25-34. Czy o to chodziło Boschowi, gdy malował swojego dumnego zimorodka na obrazie „Ogród rozkoszy ziemskich”? Nie wiem. W tym miejscu chciałbym przypomnieć tobie wiersz Miłosz pod tym samym tytułem co obraz, pisze w nim: „Wierzchem na ptakach, czując pod udami miękkie pióra./Na szczygłach, wilgach, zimorodkach,/To znów przynaglając do biegu lwy, jednorożce, leopardy(…)/Okrążamy wszechobecne życiodajne wody(…)”.]

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Pchli targ

Pchli Targ


Dwa fragmenty

Nikt sobie nic nie przypomniał.

Kieszonkowe zegarki na straganach, stare widelce i noże,

nic niewarte ramy, szkło i żelastwo…

wszystkie te graty, on wie.

Jak się widzieć w większych okularach

albo chociaż w lusterkach – lusterkach powiedz,

kto w tej krainie

kupił wszystkie łyżeczki do herbaty i do kawy.

Dlatego najpiękniejsze rzeczy

ze świata i bliskich okolic

wyniosę raczej na śmieci niż na pchli targ.

Stamtąd może je ktoś weźmie (…)

Niestabilna jest moja kondycja.

[Primož Čučnik, „Dwa fragmenty” (fragm.), {w:} „Praca i dom”, przeł. Maciej Olszewski & Adam Wiedemann, seria: Europejski Poeta Wolności, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009, str. 4.]

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Promocja „Cegły”

tak przy okazji, jakiej znowu okazji? są jeszcze jakieś okazje? bywają? miewasz? dobrze, dajmy na to, że przy okazji dzisiejszej niedzieli, niedzieli w Poznaniu, gdy za oknem świeci słońce, gdy za oknem wieje wiatr i podobno jest dość chłodno, nie wiem, nie byłem na polu, choć wypada wyjść, ale to potem, teraz okazja: przy tej niedzielnej sposobności subtelnie donoszę o mojej wizycie we Wrocławiu, prawie dwa tygodnie temu, za dwa dni we wtorek będzie równo dwa tygodnie, razem z Adamem Kaczanowskim pojechaliśmy na spotkanie Szerokość Poetycka Zero, promujące 15 numer Magazynu Materiałów Literackich „Cegła – Spisek”, promowaliśmy m.in. siebie i magazyn, obok nas byli też inni promujący: Darek Foks, Kamil Zając, Konrad Góra; ja promowałem po Kamilu, a po mnie promował Adam, promowałem dwa opowiadania, które zostały wydrukowane w bieżącym numerze „Cegły”: „Przedsionek” oraz „Zanikanie”, proponuję poczytać.


Filed under: Opowiadania, Się, Wycieczki , , , , , , ,

Pocztówki z Londynu

druga

Stałem na chodniku, opierając się plecami o czarną barierkę, która oddzielała mnie od ruchliwej New Cross Rd. Czekałem na Uszy, który załatwiał jakieś bankowe sprawy Wełny w budynku Barclayc’a. Chodnikiem wędrowały tłumy ludzi, stałem z boku, by nie tarasować drogi i by móc się swobodnie przyglądać przechodzącym. Wybrałem strategiczne miejsce, obok przejścia dla pieszych prowadzącego z Pepys Rd, zresztą blisko także skrzyżowania z Queen’s Rd. Miałem dużo czasu, gdyż Uszy sprawę załatwić musiał, a ogonek kolejki w której stał, był długi. Moją uwagę przykuł biały mężczyzna w żółtej ostrzegawczej, odblaskowej kamizelce nałożonej na szary sweterek. Zastanowiło mnie, dlaczego ma ją na sobie? Dlaczego jej nie zdjął? Czy wychodząc z pracy zapomniał, że ma ją na sobie? A może w tym kraju jest jakiś odgórny nakaz, chodzenia w czymś takim? Szedł od strony przejścia dla pieszych, dlatego gdy przechodził obok, przyjrzałem mu się. Był mojego wzrostu, na czubku głowy miał jasno ryże włosy oraz duże zakola. Mój ojciec też miał takie zakola, zawsze mówił, że to do kasku, który musiał nosić codziennie w robocie. Mężczyzna wyglądał na bardzo zmęczonego. Idąc cały czas patrzył pod nogi, więc nie miałem możliwości, by spojrzeć mu w oczy. W prawej ręce niósł dużą teczkę, która w pierwszej chwili skojarzyła mi się z wyposażeniem biznesmena. Jednak było to błędne rozpoznanie, mężczyzna z całą pewnością nie należał do tej grupy, oj nie. Pewnie miał w niej kanapki, które rano przed wyjściem do pracy, sam sobie przygotował. Teczka wyglądała na wypchaną, więc zapomniał ich zjeść, pewnie zje je, jak wróci do domu. Zje kanapki z rana zamiast kolacji, czy też zje je na kolację. Odprowadziłem go wzrokiem do przystanku autobusowego. Po chwili o nim zapomniałem, bo z Barclayc’a wyszedł Uszy i poszliśmy dalej do budynku Post Office załatwiać kolejne sprawy i sprawunki. Tam poszło już sprawnie i szybko, kolejka topniała w oczach. Wyszliśmy na New Cross Rd i wmieszaliśmy się w tłum. Przechodząc obok czerwonej budki przystanku, zauważyłem tego samego mężczyznę, siedzącego na murku. Wydało mi się to dość dziwne, z pewnością jechały już ze dwa, trzy autobusy, do których mógł wsiąść. A on wciąż siedział i czekał, nie, nie czekał, nie sprawiał wrażenia, że czeka, po prostu siedział. Teczka stała na ziemi między nogami. Łokcie miał wbite w kolana, białymi dłońmi zakrywał całą twarz. Głowa pochylona w dół. Zrobiło mi się jakoś tak smutno. Chciałem do niego podejść. Już wyobrażałem sobie, że staję prosto przed nim, że w milczeniu kładę mu dłoń na prawym ramieniu, on wtedy odrywa swoje od twarzy i na mnie spogląda i smutno się uśmiecha. Niemniej jednak żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, wszystkie zostały w mojej głowie, chociaż nadałem mu imię Richard. Teraz, gdy o nim piszę, wiem, nie był wcale zmęczony całym dniem w pracy, był przygnębiony, przybity, a może i nawet załamany. Dlaczego?

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

[161. 05] Jean-Marie Gustave Le Clézio, „Protokół”, przeł. Anna Tatarkiewicz, wyd. II poprawione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008.

1. Druga połowa października ubiegłego roku. Muszę przekimać jedną noc we Wrocławiu. Wybieram Hotel Piast, bo blisko dworca. Biorę jedynkę na piątym piętrze, jadę windą. Hotel jest obskurny, pokój jeszcze gorszy. Na szczęście pościel czysta, wykrochmalona, pachnie świeżością. Jeden plus. Jedyny. Reszta szkoda gadać. Umywalka jest w pokoju, z kranu kapie, goła żarówka nad lustrem przepalona, z szafy śmierdzi zdechłym szczurem, okno się nie domyka, chodnik leżący przy łóżku cały w piachu. Godzinę temu lub dwie wysiadłem z pociągu, który przywiózł mnie z Katowic. Umówiłem się z A. na kawę w „Mleczarni”, ale dopiero za trzy godziny. Nie wiem co począć z darowanym czasem. Wychodzę, by kupić „Tygodnik Powszechny”, kupuję i wracam do pokoju. Kładę się na łóżku, kartkuję. Zaczynam czytanie tak jak zawsze: od felietonu Wojtka Bonowicza, potem pan Jan Klata. A potem o Noblu literackim tekst Zofii Kozimor.

2. Jean-Marie Gustave Le Clézio. Francuz urodzony w 1940 roku w Nicei. Jejku, jejku. Dawno temu czytałem jedną jego książkę i pamiętam, że nawet mi się podobała. A teraz w tekście „Świat, który zmienił moje życie” czytam o tej książce tak: „Onitsza pokazuje tragiczny spadek po kolonialnej przeszłości Afryki, głodnych, wykorzenionych ludzi, poniżone, stłamszone kultury, przechowujące prawdziwą mądrość, której nikt nie pomylił z wiedzą.”. Hm, chyba czytałem inną książkę, bo sobie nic takiego nie przypominam. Bardzo się staram, przypomnieć sobie cokolwiek z tej książki, chociaż mały, malusieńki strzęp fabuły. Nic. Pusto. To źle świadczy. Źle świadczy o tej książce, czy o mnie? Wiem, mam dziury w pamięci, ale żeby aż takie?! Na szczęście pamiętam, że muszę już wyjść, by spotkać się z A.

3. Ze wszystkich książek Le Clézio, które zostały, bądź zostaną wydane w Polsce, chciałbym przeczytać jedynie „Pustynię”. Tylko dlatego, że byłem na wakacjach w Maroku, a książka w jakimś stopniu opowiada historię z Maroka. Mam „Pustynię” od grudnia, ale jej oczywiście jeszcze nie przeczytałem. Za to przeczytałem „Protokół”, pierwszą, wydaną w 1963 roku, książkę Noblisty. Wszystko przez Sz., który pewnego śnieżnego popołudnia wpadł do mnie z „Protokołem” w ręku, a z ust wylatywało zdanie: „Musisz przeczytać. Tylko się nie zrażaj początkiem, bo nie jest dobry. Potem jest dobrze”. Faktycznie, początek nie jest dobry. Środek też nie jest dobry. Końcówka również nie jest dobra.

4. Znaczy: książka jest zła. Może nie bardzo zła, ale zła. Zła, ponieważ jest byle jaka. Być może w latach ’60 ubiegłego wieku, była fenomenalnym odkryciem, była na wskroś nowatorska, wręcz olśniewająca i powalająca. Ponieważ eksperymenty formalne, w duchu „nouveau roman”, wykonane na ciele powieści, a także eksperymenty stricte językowe, były arcyciekawe i atrakcyjne. Całość powieści jest ujęta w 18 części/rozdziałów, które rozpoczynając się od kolejnych liter alfabetu. Jest pisana raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie. Raz jako dziennik, czasem jako list, innym razem jako przypowieść, a jeszcze innym jako wywiad. Zawiera kolażowe dodatkowe rekwizyty: komunikaty z radia, wycinki z gazet. Niektóre zdania są przekreślone, jakby wykreślone z głównej narracji. Niektóre nie mają zakończenia, są urwane, przeniesione. Wszystkie te i inne fikołki mnie wcale nie przekonują. Wolę fikołki Georgesa Pereca. Zresztą ciekawie wypada zestawienie „Rzeczy” Pereca z „Protokołem”. Oczywiście, jak dla mnie, ta druga książka wypada bardzo, bardzo blado.

5. W pełni zgadzam się z Markiem Bińczykiem, który o Le Clézio powiedział: „Nie jest to jednak istotna literatura. Trudno o nią kruszyć kopie (…). To nie jest pisarz, który przejdzie do historii literatury.” Niestety, wypada dodać.

Filed under: Lekturki, Wycieczki , , , , , , ,

Nieudana, ach, wycieczka do pewnego miasta

Londyn. Londyn to miasto, inne miasto. Londyn to miasto Wełny, tam mieszka Uszy. Miasto, gdzieś tam. Miasto rozłożone na wyspie. Miasto pod śniegiem, tam daleko. Miasto, gdzieś na krańcu drugiego pola. Jedno pole, potem drugie, między nimi woda. Przez wodę należy przesadzić się. Najlepiej samolotem. Z lotniska na lotnisko. Prosto. To nie jest skomplikowane. Wsiada się w jednym mieście, a wysiada w drugim. W czwartek samolocik należący do linii Wizz Air, miał kilka minut po szóstej, wystartować z poznańskiej Ławicy, by półtorej godziny później wylądować na londyńskim Luton. „Miał”, bo nie wystartował. Dzień wcześniej Żaba dzwoniła na infolinię Wizz Air, by się dowiedzieć, czy wystartuje, a miła pani z obsługi powiedziała, że wystartuje, ponieważ Wizz Air lata do Londynu mimo śnieżycy. Emocje, emocje. Pakowanie się. Plany, plany. Wstawanie o czwartej rano. Szykowanie kanapek. Przejazd przez miasto. Port i odprawa. Biała jak śnieg Wiewióra, ponieważ boi się latać. Przecież wszystkim wiadomo: Wiewióry nie latają. Wchodzimy na pokład. Siadamy obok siebie. Dzieci krzyczą. Ludzie się przepychają. Wiewióra, pewnie ze strachu, ma lodowate dłonie. Żaba się przesiada. Kapitan przez głośnik mówi, że tymczasem lotnisko w Luton zamknięte, ale za dwie godziny mają otworzyć. Ostatnie słowa kapitana docierają do mnie przez śnieżną zamieć snu. Zasypiam. Snów nie pamiętam. Budzi mnie ciepły głos kapitana, że lotnisko w Luton zamknięte, ale mają za dwie godziny otworzyć. Czuję się zdeczka zdezorientowany, bo nie wiem, czy ktoś cofnął taśmę, czy u mnie się coś zacięło. Stewardesa przechodząca obok, szerokim gestem i z uśmiechem na twarzy zaprasza, do opuszczenia samolotu. Pięknie, myślę, przynajmniej napiję się kawy. Jednak gdy tylko wchodzimy do budynku, z megafonu odzywa się kolejny ciepły głos, tym razem to nie kapitan, informujący nas, że lot z powodu śnieżycy nad Londynem, został anulowany. Jestem przygnębiony. Wypada przebukować bilety. Kolejka jest długa. Wypada cierpliwie czekać. Udaje się. Wiewióra i ja mamy lot w piątek, Żaba w niedzielę. W piątek znów wstawanie o czwartej. I potem wszystkie czynności takie same. I wszystko tak samo. Tym razem już nie wchodzimy na pokład samolotu, tylko od razu ustawiamy się w kolejce do okienka, by przebukować bilety. Na koniec marca. Mam nadzieję, że wtedy śnieg już nie będzie padał.

Filed under: Porażki, Wycieczki , , , , , ,

Dziennik marokański [fragm.]

Dzień trzeci, poniedziałek; w Szefszawan

W stronę dziewczyn

(…) Podchodzę do fontanny i siadam na kamiennym murku okalającym fontannę. Nigdzie mi się nie spieszy. Nigdzie iść nie muszę. Jestem najedzony, nie chce mi się pić, nie muszę nic oglądać ani poznawać, ani zwiedzać. Wszystko jest akuratne, dokładnie takie jakie być powinno, jakie chciałbym aby było. Miłe odczucie, pierwszy raz w Maroku czuję się tak dobrze. Powoli spływa na mnie spokój. Odzyskuję pewność siebie. Mógłbym tak siedzieć w nieskończoność, bo w końcu jest dobrze, bo w końcu jest, tak jak ma być. I nie tylko ja tak myślę. Ci czterej starsi panowie siedzący na ławeczce pod kabzą, pewnie także tak myślą. Dwóch wspiera pomarszczone dłonie na rączkach drewnianych lasek. Dwaj pozostali opierają starcze plecy o mur kabzy. Siedzą, nie rozmawiając ze sobą, wodzą wzrokiem za przechodzącymi przez plac, bawią się z kotami, przeganiają psy. Zachodzące słońce ich grzeje. Wiatr chłodzi. Mam przeczucie, że siedzą tu codziennie i to od wielu lat, że siedzą tu od zawsze, od początku świata. Znani i akceptowani przez wszystkich. Nie wiem, czy na coś czekają, czy po prostu, są elementem krajobrazu. Raczej to drugie. Gdybym miał więcej odwagi, to bym się do nich przyłączył, usiadł obok, jest jeszcze trochę miejsca na ławce, zmieściłbym się, ale zamiast tego z torby wyciągam książkę Saramago. Czytanie przerywa mi Piotr, który się odnalazł albo raczej mnie odnalazł. Przez chwilę stoi przede mną, nie przerywam czytania, wiem, że się zaczyna irytować. Kątem oka widzę, jak nerwowo wysuwa i wsuwa z powrotem prawą stopę do sandała. W końcu zamykam książkę i podnoszę na niego wzrok. Nie widzę twarzy, ma słonce za plecami, wygląda jakby świecił. Proponuje byśmy się przeszli do dziewczyn. Ponoć są po drugiej stronie medyny w małym sklepiku, robią sobie tatuaż z henny. Nie bardzo mi się chce stąd ruszać, proszę by usiadł obok mnie, ale wiem, że to bezcelowe, bo on chce iść. Więc idziemy. Pozwalam się prowadzić. Podobno Piotr wie, gdzie dokładnie są. Rzeczywiście przeszliśmy przez całe stare miasto na drugą stronę. Na miejscu okazuje się, że to jeszcze długo potrwa, gdyż pani nie skończyła nawet nakładać henny na nogę Ani eS. A Ania eR. wciąż czeka na swoją kolej. Nie chce mi się tu z nimi siedzieć i podglądać postępy pracy. Tym bardziej, że pani nakładająca barwnik wyraźnie się mnie wstydzi. Nie patrzy na mnie, a jak odpowiada na moje pytanie, to mówi do dziewczyn, jakby one miały mi przekazać odpowiedź. Mówię dziewczynom, że za rogiem po lewej stronie jest taki mały placyk z jedną kawiarenką i że będę tam siedział na kawie. (…) Pewnym krokiem wchodzę do środka kawiarenki, gdzie przy czterech stolikach, po dwóch przy każdym, siedzą tylko miejscowi mężczyźni i oglądają mecz w małym czarnobiałym telewizorku, wiszącym nad ladą. Tak się zastanawiam, czy oni cokolwiek w nim widzą, czy rozróżniają swoich od obcych, bo komuś przecież kibicują, a telewizorek jest rzeczywiście bardzo, bardzo mały. Staję przed ocynkowaną ladą i czekam dobrą chwilę nim jeden z siedzących i oglądających mecz mężczyzn wstanie z ociąganiem i podejdzie do mnie. Proszę o kawę. Płacę z góry. Zostawiam napiwek. W tym czasie mężczyzna ani razu na mnie nie spojrzał. Fascynujące, że udało mu się zrobić mi kawy, podać, podgrzać mleko, wlać, postawić cukierniczkę i przez cały czas gapić się w telewizorek. Wychodzę, by usiąść na zewnątrz przy jednym z tych nieśmiertelnych, niegdyś białych, plastikowych ogrodowych stołach. Siedzę długo. Piotr dwa razy przychodzi, podpija ode mnie łyk kawy, zdaje relację o postępach w nakładaniu henny i gdzieś znika. Staram się czytać, ale zdania się ze sobą nie łączą, nie układają w logiczną historię, dlatego wkładam „Kamienną tratwę” z powrotem do torby. Próbuję coś pisać w notatniku, ale szybko rezygnuję. Wychodzi na to, że nic nie robię. A! tak, coś jednak robię: obserwuję psa. To pies, a nie suka. Duży. Przeraźliwie chudy. Wyraźnie widać mu wszystkie żebra i łopatki łap wystające na grzbiecie. Kiedyś jego sierść była biała, teraz jest brudna. Ma długi ogon, podkręcony do góry nad grzbiet. Trochę przypomina charta, ale tylko trochę, pewnie przez swoje gabarytu i chudość. Bawi mnie i fascynuje przyglądanie się jak chodzi w te i nazad. Jak zaczepia dwa inne. Jak stara się pokryć mała czarną sukę, ale mu się to nie udaje, bo ona jest za mała, za niska, a on się nie bardzo do tego przykłada, jakby chciał ją posiąść tylko z nudów, tylko po to aby się coś działo. Do tego jakaś kobieta, stara i zgarbiona, zauważa przez okno jego wysiłki i wybiega z domu, trzymając w dłoniach długi kij. Podbiega do pary niedoszłych kochanków i zaczyna regularnie okładać psa kijem po grzbiecie. Nikt z obecnych na placu ani też przechodzących nie reaguje. Nawet pies przyjmuje te razy z anielską cierpliwością. Nie warczy. Nie pokazuje kłów. Wcale nie stara się ich unikać. W jego zachowaniu jest coś z pokory chrześcijańskich męczenników za wiarę z pierwszych wieków. Suka uciekła z piskiem. A pies ugina jedynie lekko nogi, podwija ogon pod siebie i czeka aż kobieta skończy robić swoje. Jako jedyny przyglądam się całemu zajściu. Staruszka przestaje okładać psa dopiero, gdy brakuje jej tchu. Coś jeszcze pokrzykuje. Wyzywa. Przeklina. I wraca do swego domu. Pies kładzie się obok kałuży i zaczyna się lizać. Razy chyba nie były za silne, bo nie krwawi, ale jest pewnie poważnie obity. Zaczyna się lizać od jaj. Unosi lewą tylną łapę i wkłada pod nią cały pysk. Obserwowanie przerywa mi Piotr, który kolejny raz przychodzi, tym razem mówi, że chyba już nakładanie henny zbliża się do końca. Zbieram swoje rzeczy i idziemy sprawdzić. Okazuje się, że tak, że już po, że już koniec, że już henna została nałożona… na nogę Ani eS., ale jeszcze ręka Ani eR. Podobno ma być szybciej, bo wzór jest dużo mniejszy i mniej skomplikowany. Nie chce mi się nigdzie łazić, tym bardziej, że zaczyna kropić. Staję pod prowizoryczną markizą i wyciągam książkę. Piotr znowu gdzieś zniknął. Nawet się nie zorientowałem kiedy. Po jakimś czasie córka pani nakładającej hennę, gdzieś tak siedmioletnia, przynosi mi mały stołek, bym sobie usiadł. Ładnie za niego dziękuję. Stołek nie jest wygodny, ale lepsze siedzenie na nim, niż stanie. Dziewczynka się do mnie uśmiecha. Chwilę stoi przy mnie. Patrzymy na siebie i uśmiechamy. Zastanawiam się, czy mam w torbie coś co mógłbym jej sprezentować. Jakiś przedmiot, czy coś podobnego. Nie mam. I żałuje. Deszcz pada coraz mocniej, robi się chłodno. Mama woła dziewczynkę, ściąga z wystawy gruby, wełniany sweter w kolorowy wzór, jakieś czerwone wielbłądy, i ubiera w niego dziewczynkę. Wygląda dość śmiesznie, bo jest dla niej za duży. Sięga jej poniżej kolan. Ona się do mnie odwraca, jakby chciała mi pokazać jak w nim wygląda. Wygląda zabawnie, oboje się śmiejemy. Przybiegają dwie inne dziewczynki i ciągną gdzieś „moją” dziewczynkę, wracam do czytania. Po prawie godzinie oba tatuaże są w końcu ukończone.


- – -

[jest to niewielki fragment, nadal nie ukończonego przeze mnie „Dziennika marokańskiego”, wciąż i wciąż małymi fragmentami spisywanego; chcę wierzyć, że mi się kiedyś uda go skończyć; „Dziennik” pierwotnie przeznaczony był na stronę Cyc Gada, ale z racji nie ukończenia, na ww. stronie ukazał się jedynie oniryczny zapis z podróży pod tytułem: „Sala jest pełna”.]

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Królewskie zdjęcie

W ubiegłym roku byłem na wyjeździe w Maroku, który trwał przeszło dwa tygodnie. Nie była to zorganizowana wycieczka, znaczy się, wycieczka została zorganizowana przez nas z pominięciem biur podróży, „przez nas”, czyli przez wycieczkowiczów, każdy dorzucił swoje dwa grosze i z ogólnego planu wyjazdu, zrobił się szczegółowy plan wyjazdu. Do czasu podróży, moje wyobrażenie o Maroku było dość mgliste: kraj w północnej Afryce nad Morzem Śródziemnym i Oceanem Atlantyckim. Z historii wiedziałem tylko tyle, że kiedyś była to francuska kolonia, wchodząca w skład Maghrebu tak jak Algieria i Tunezja. Wiedziałem, że krajem rządzi król, ale jaki i który, tego to już nie wiedziałem. Na miejscu okazało się, że kolorowe zdjęcia oprawione w ramki aktualnego i byłego króla wiszą prawie wszędzie: w sklepach, w kafejkach, w barach, w restauracjach, na dworcach, w biurach, w bankach, w kantorach, w recepcjach hoteli… Co prawda zdjęć aktualnie panującego monarchy jest więcej i są one większe od zdjęć byłego monarchy. Aktualnie panującym monarchą jest – od 1999 roku – Mohammed VI, poprzednim był jego ojciec Hassan II, który panował od 1961 roku do swojej śmierci, chyba wypada zaznaczyć, że umarł śmiercią naturalną. W jednym z hoteli w Casablance, gdy czekałem w holu na przyjaciół, przyglądałem się zdjęciu Hassana II. Starszy, drobny mężczyzna siedzi na dużym fotelu/tronie. Fotel jest za duży dla tego mężczyzny, dysproporcja pomniejsza i tak małego mężczyznę. Pewnie nie jest w stanie tak szeroko rozłożyć rąk, by położyć je na oparciach fotela, wyglądałby wtedy bardzo komicznie, dlatego dłonie trzyma spokojnie położone na lewym kolanie, ponieważ ma założone nogi lewą na prawą. Cała postać jest lekko odwrócona w prawą stronę, jednak sam król patrzy w obiektyw, czyli na oglądającego zdjęcie. Ubrany jest w nienaganny garnitur, myślę, że bardzo ciemnogranatowy, albo grafitowy. Do tego czarny krawat i biała koszulę. Na twarzy maluje się grymas uśmiechu, takiego płaskiego półuśmiechu, jakby wymuszonego. Najbardziej uderzające i przykuwające uwagę są dłonie. Spokojnie i pewnie leżące na sobie. Prawa dłoń przykryta lewą. Widać jedynie trzy ostatnie palce prawej oraz kawałek nadgarstka, za to lewa widoczna w całej okazałości. Jest duża, silna i bezwzględna.

Filed under: Wycieczki , , , , ,

Jednak wychodzę

Wczoraj wieczorem, było już po 23:00, dzwoni Heniu i wyciąga mnie do knajpy, zgadzam się, gdyż dawno z nim nie rozmawiałem, zgadzam się, gdyż dawno z nim nigdzie nie wychodziłem, a przecież dawniej, to regularnie. Co prawda wolałbym zostać w domu. Mam kilka spraw, którym chciałbym się oddać, bo szwedzki horror, na którym w niedzielę byłem w kinie i który mnie rozczulił, bo z horrorem miał niewiele wspólnego, a więcej z próbą pokazania, jak się rozwijają wzajemne relacje, jak fascynacja przechodzi/przeradza się w coś „więcej”, bo jeszcze przyszła książka z Wydawnictwa „Karakter”, którą mam przeczytać i z której mam napisać tekst – sam się zaoferowałem, bo czeka na mnie wciąż nieukończony „Dziennik marokański”. Ale mimo wszystkich „bo”, wychodzę.

Filed under: Wycieczki ,

Kobylepole

Chciałem opowiedzieć o małej poznańskiej podróży. Takiej maciupkiej wycieczce, na którą wybrałem się dawno temu, ale pamięć o niej jest wciąż żywa. Wspomnienie dziś powróciło, gdy czytam w necie historię tej ulicy i dzielnicy. Chciałem się podzielić, ale nic mi nie wyszło, pewnie za bardzo chciałem.

Filed under: Wycieczki , ,

Mniej chodzę

Dawniej lubiłem pogrzeby. Dawniej, czyli kiedyś. Teraz mniej chętnie chodzę. Wsiadam na rower i jadę – do i z – pracy. Dwa dni temu, wracając, wjechałem w barierkę. Odbiłem się. Rozbiłem tylnią lampę i połamałem błotnik. Tej nocy śniło mi się, że złamałem kierownicę. Podobno są już „Fałszywe zaproszenia” Marcina Cz. Jeszcze nie mam, jeszcze nie kupiłem. Pod oknem się biją, podjeżdża policja w sile: trzy samochody. Zgarniają wszystkich do suk i z piskiem opon odjeżdżają. A jeśli byli to fałszywi policjanci? No, tak, nie, raczej nie, ale jeśli byli fałszywi, to co teraz się dzieje z tymi zaaresztowanymi? Nie obchodzi mnie to, tylko tak się „sztucznie” zastanawiam. Może wywieźli ich na wycieczkę za miasto?

Filed under: Wycieczki , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!