Hajfa

[niecodziennik]

Interes w Azji

Jadę starą furgonetką. Paka to drewniana kratownica przykryta pozszywanymi ze sobą wypłowiałymi szmatami. Siedzę w szoferce, strasznie trzęsie. Wyglądam przez okno, jadę przez góry, samochód podskakuje na dziurach i wybojach. Muszę zwolnić. Zresztą siedzący obok młody chłopak, ubrany równie nędznie jak ja, mówi: „Uważaj na ładunek”. Wtedy przypomina mi się, że przemycam/szmugluję przez granicę między Malezją a Pakistanem pluszowe misie, które zostały wyprodukowane na Tajwanie przez małe-chińskie-rączki. Pluszowe misie są w Pakistanie zakazane z powodów religijnych. A skoro są zakazane, to jest to najbardziej chodliwy towar. Mój towarzysz – młodszy ode mnie o jakieś 20 lat – namówił mnie na ten interes. Misie są ukryte w drewnianych skrzynkach po brazylijskich pomarańczach. [cięcie] Na prosektoryjnym stole w kostnicy leży nagi mężczyzna, na stole obok następny. Cała kostnica wypełniona jest stołami, na których leżą nadzy mężczyźni. Wszyscy mają zakrwawione stopy, jakby starte stopy, jakby gołymi stopami aż do zdarcia szorowali po asfalcie.

.

- – -

[tak przy okazji donoszę, że można mnie jutro, wespół ze Szymonem Kantorskim i Szczepanem Kopytem, spotkać i posłuchać w ramach imprezy „Poza Zasadą Lansu” w CSW Zamek Ujazdowski; po szczegóły trzeba kliknąć…]

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

Wypełniając psi obowiązek

(…) Wielokrotnie zadawałem sobie pytania: Po co czytam? Dlaczego czytam? Na czym polega dziś sens czytania? Czy czasem czytanie nie jest ucieczką od świata? Może czytam tylko dlatego, żeby zapomnieć o prozie życia? Dlaczego mówię „proza życia”, przywołując i powołując się na czytelnicze słownictwo? Ponieważ czytanie, samo w sobie, nie przynosi pocieszenia, samo także nie jest pocieszeniem. W słowach zawartych w powieściach (dotyczy to również wierszy) nie ma pocieszenia, radości i pomocy. Nikt – ani autor, ani bohater, ani postać nie wyciąga pomocnej dłoni, by podtrzymać ciało lub ducha. Może czasem, zza liter, widać przecinający powietrze nieśmiały uśmiech, ale nie jest to uśmiech, który może znacząco podnieść na duchu. W skrócie można powiedzieć: czytanie jest odkrywaniem i poznawaniem ran. Ran raz zadanych, które goić się nie chcą, które goić się nie powinny. Przypomina mi się fragment z książki „Siostrzyczka Ewa od kartuzów” Pierre’a Péju: (…) nigdy nie szukał w literaturze ukojenia ani w lekturze – pocieszenia. Wręcz przeciwnie. Żarliwe czytanie, a tak czytał zawsze, polegało raczej na odkrywaniu ran u innych ludzi: urazów samotnego mężczyzny, niepokoju samotnej kobiety. Istotą czytania było zagłębianie się w tę ranę, sondowanie jej. Spoza zdań, nawet tych najpiękniejszych i najzręczniej ułożonych, zawsze słychać wołanie. Czyje? Jeśli miałbym na to pytanie sam sobie odpowiedzieć, to powiedziałbym: czytającego. Oczywiście, czytanie się nie opłaca, nie mam tu na myśli jedynie korporacyjno-szczurzej wymiany czasu na pieniądze, ale także „marnowanie” czasu, który można wykorzystać na 1001 innych sposobów. Przyznając się w towarzystwie do tego, że nie mam telewizora, ale za to czytam książki, dużo książek, że czytam powieści, wiersze i komiksy, narażam się na śmieszność i szydercze komentarze w stylu: „Musisz się po pracy śmiertelnie nudzić?”, „Nie wiesz, co z czasem zrobić?”, „Nie bądź żałosny”. Czytanie jest występkiem przeciw współczesnemu społeczeństwu, ponieważ jest aktem odwagi (wiem, bardzo upraszczam). Tadeusz Sławek w rozmowie z Jarosławem Makowskim opublikowanej na łamach „Tygodnika” w numerze 12 z 2003 r. dowodził, że czytanie bywa okrutne, ponieważ usuwa „ja” na dalszy plan, skrywa je za dekoracjami rzeczywistości: Może dlatego człowiek dzisiaj nie czyta: chce być wyjątkowy i w centrum napięcia, a lektura uczy go pokory. W innym miejscu zaś: Czytasz nie po to, by więcej wiedzieć, ale by twój ogląd świata nabrał szerszej perspektywy, by wyobraźnia oparła się erozji, abyś się przekonał, że wiesz mniej, ale że ten brak, ta luka jest właśnie miejscem dla wyobraźni.


- – -

[cały tekst, ale pod innym tytułem – „Mecenas lektury” – znajduje się w pierwszym numerze „Tygodnika Poznańskiego” na stronie 11, który ukazał się z okazji wizyty x. Adama Bonieckiego w Poznaniu]

x. Adam Boniecki

Filed under: Czcze mądrości, Się , , , , , ,

Morela [fragm.]

Droga do sklepu prowadzi obok drzewa moreli. Oczywiście ulica ma dwie strony i mogłabym je ominąć. Z powodu moreli niemożliwością jest tak po prostu pójść do sklepu. Poprzez wybór strony ulicy muszę się zdecydować, czy odwiedzę drzewo, czy też je ominę. Decyzja ta nie wiąże się z wielkimi emocjami. Mówię sobie: zobaczymy, jak dziś wygląda, albo: niech zostawi mnie dzisiaj w spokoju. To nie ojciec zmusza mnie do tych odwiedzin, nie wieś, nie kraj – żadna tęsknota za ziemią rodzinna. Drzewo nie jest ani obciążeniem, ani ulgą. Stoi sobie tutaj tylko jako posmak czasu. To, co zgrzyta mi w głowie, gdy zbliżam się do niego, to pół na pół cukier z pisakiem. Słowo morela brzmi dla mnie pieszczotliwie.”

[Herta Müller, „Król kłania się i zabija”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005, str.15.]


1. Kilka lat temu na spotkaniu autorskim w Poznaniu Herta Müller opowiadała o intuicyjnej różnicy jaką „widzi” jej ucho, gdy wypowiada wyraz morela w języku rumuńskim, a następnie w języku niemieckim. Rumuńskie caisa jest ciasne, twarde, zwarte, obnażone i nagie. Nie zostawia miękkiej przestrzeni (po)między. Bardziej „widzi” męskie, ściśnięte pośladki, niż kobiece, pulchne piersi. Za to niemieckie Aprikose jest miękkie, subtelne, delikatne, pokryte jasnymi włoskami. Puszyste, ale nie pulchne. Jakby się to słowo wzięło do ręki i mocniej ścisnęło, to pewnie po palcach pociekłby słodki i lepki sok. Dziewczyna, która tłumaczyła, zaczerwieniła się po ostatnim zdaniu. Krew napłynęła jej do twarzy. Rumieniec dla niej samej był zaskoczeniem, był bezwiedny, był przypadkowy. Mimo swych około dwudziestu sześciu lat spuściła głowę i uciekła wzrokiem, chociaż chciałem spojrzeć jej w oczy. […]

- – -

Cały tekst znajduje się na stronie niedoczytania.pl

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Się, Wyjątki , , , , , ,

Od Andrzeja do Andrzejka

Wchodząc do domu, słodkim głosem mówi, Cześć, Andrzejku!. A czarna Sierść ociera się o jej nogi. Plącze się, utrudnia przejście do małego pokoju. Przywykłem do tego, że wchodząc do domu ona mówi, Cześć, Giera!. Jestem zniesmaczony i zaskoczony, oniemiały, głos mi obumarł. Chciałem ostro zareagować, na takie krzywdzące traktowanie mojej osoby, krzyknąć, stłuc kubek, przewrócić krzesło. Zrobić coś widocznego, głośnego, cokolwiek, by tylko zwrócić jej uwagę na siebie. Upomnieć się o szczyptę czułości. Niech mnie także zauważy. Dlatego odkładam książkę, wstaję i idę do kuchni, ale nim tam dojdę, już jej nie ma, wyszła do łazienki. Gdy wraca, bierze Sierść na ręce i przytula do lewego policzka. Aleś miły w dotyku i taki miękki, Andrzejku. Mój piękny Andrzejku, szepcze. No, to już jest autentyczna przesada, abym musiał rywalizować z czarną Sierścią o jej uwagę! Chyba będę musiał się śmiertelnie obrazić i to aż na całe cztery lata. Pozostałe Sierści także mają jej za złe niezdrowe zainteresowanie okazywane Andrzejowi, nie przyszły się nawet przywitać, siedzą ukryte w swoich kątach. Miałem już tego dość, złapałem ją za rękę i splunąłem pod nogi. A ona na to, To wszystko przez ciebie, ty go uczłowieczyłeś, gdy wczoraj powiedziałeś do niego Andrzej. Odpowiadam, Ale przecież tylko się przejęzyczyłem, przecież chciałem krzyknąć tak jak zawsze: Dżejms spierdalaj ze stołu, a mi nie wyszło. Nie wyszło mi, teraz cierpię, bo jestem zazdrosny.


- – -

[inne opowieści z cyklu: „Moje życie z Dżejmsem” można przeczytać na stronie Neuro, zapraszam]

Filed under: Moje życie z Dżejmsem, Się , , , , , ,

Cafe Inferno

Niebieskie wnętrze Cafe Inferno na ulicy Jaskółczej, wewnątrz jest ciemnawo, gra muzyka, jakieś swojskie techno. Przychodzę po południu, by sprawdzić, zbadać teren. Zaraz przy wejściu dwóch osiłków, w białych lub kremowych puchowych kurtkach, łapie mnie pod ramiona. Nie stawiam się, jestem tu obcy, niemile widziany. Każdy z obecnych zna moją historię. Widzę, jak pokazują mnie sobie wzrokiem i coś szeptają do siebie. Mili panowie wykręcają mi ręce za plecy, związują, czy też zakładają kajdanki z plastiku, może opaskę, nie wiem, w każdym razie boli. Po kilku minutach ból w nadgarstkach wydaje się nie do zniesienia. Panowie popychają na niebieską kanapę, ze skóry, rozdartą na oparciu. Siedzę, przyglądam się szparze, z której wyłazi żółta gąbka, mam jedynie erotyczne skojarzenia. Jest mi niewygodnie, ale mimo to zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie kopniak w piszczel, boli. Cafe jest już puste, nie ma nikogo, prócz mych przemiłych towarzyszy. Jeden z nich, ten młodszy, mówi: Wstawaj, kochasiu, idziemy. Unoszą mnie i stawiają na nogi. Nie czuję dłoni. Faktycznie wychodzimy z knajpy, idziemy tylko kawałek. Lewa noga mnie boli jak cholera. Wpychają mnie do najbliższej bramy, potem po schodach. Wchodzimy do mieszkania, gdzie trwa impreza. Dużo ludzi, muzyka głośno, znowu techno. Prowadzą mnie dalej w głąb, na sam koniec mieszkania. Wchodzimy do długiej łazienki, jest wąsko, ale „optycznie” szeroko, gdyż na obu ścianach wiszą lustra. Na końcu na podwyższeniu jest sedes, na którym siedzi facet, ma może 14 lat, przed nim klęczy dziewczyna. Widzę ją z tyłu. Ubrana w futro ze srebrnych lisów, robi szczeniakowi loda. Całkiem sprawnie jej idzie, gdy facet wydycha z siebie ostateczny syk rozkoszy, ona odwraca w moim kierunku głowę. Widzę, jak trzyma w dłoni jego fiuta, na twarzy ma spermę, we włosach też, uśmiecha się, jest „zadowolona” ze swego dzieła, znam dobrze tę dziewczynę, to Teresa… Nie rozpoznaje mnie. Pyta kolesi, którzy mnie przyprowadzili: Jeszcze jeden? Dawajcie mi go tuta, ale szybko, bo za chwilę mam randkę.


{przy okazji donoszę, że na stronie „zojcem”, można przeczytać moje opowiadanie „Przedsionek”}

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

[José Saramago, „Miasto ślepców”, przeł. Zofia Stanisławska, wyd. III poprawione, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2009, str. 15-16.]

„Zaczął śnić, że bawi się w dziecięcą grę, gdybym był ślepy, że zamyka i otwiera oczy, za każdym razem czując się tak, jakby wracał z długiej podróży witany przez konkretne, wyraźne i niezmienione przedmioty, przez znany, oswojony świat. Jednak tę spokojną pewność zakłócała niejasna obawa, podejrzenie, że to zwodniczy sen, z którym prędzej czy później musi się rozstać i zaakceptować zupełnie mu nieznaną rzeczywistość. Po chwili, jeśli to właściwe słowo, by opisać słabość trwającą tyle co mgnienie oka, będąc już w stanie połowicznego przebudzenia z zwiastującego powrót do rzeczywistości, zrozumiał, że zamiast bić się z myślami, obudzić się czy nie obudzić, obudzić się czy nie, musi po prostu stawić jej czoło.”


- – -

{przy okazji donoszę, że na stronie PKPzin zamieszczono następujące moje wiersze: „Z nad morza przywieźliśmy”, „Inne łuski”, „Parking, poligon”, „Piesku”, „Dom”; się polecam}

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

Anons

Uprzejmie donoszę, że w ramach akcji „Wiersz na nowy tydzień”, która od kilku tygodni realizowana jest przez regionalne, poznańskie wydanie „Gazety Wyborczej”, w dniu dzisiejszym na ostatniej, dwunastej stronie ukazał się mój wiersz „Zimne kłamstwa”. Jeśli komuś nie udało się mnie kupić, to nic nie stracił, ponieważ poniżej podaję go w poprawnym łamaniu, gdyż w druku, pewnie przez przypadek, ociupinę się ono rozjechało.

Zimne kłamstwa

Uwolniłem się od namacalnej, brudzącej kasy.

Nadal są ciśnienia, ale innego typu.

Dzień bez ciśnień to dzień stracony.

W domu jak w Rumunii,

dwa pokoje

dwie osoby po nocce.

Mówią, że popierają błędy.

W błędach jest o wiele więcej seksu

niż gdzie indziej.

Ciężko się z nimi zgodzić, dlatego

wychodzę. Dawniej lubiłem pogrzeby,

teraz mniej chętnie chodzę. Robię

inne rzeczy.

Myślę o tym, że przejścia nie ma,

wprawdzie jest pobocze i ścieżka rowerowa,

jednak przejścia nie ma.

Nie jestem pewien czego szukam.

Wylatuje ze mnie dym.

Dwaj panowie w krawatach,

przyjezdni z Warszawy,

to nie są moi ulubieńcy,

choć z nimi rozmawiam,

choć do nich się uśmiecham.

- – -

Dotychczas w akcji „Wiersz…” ukazały się teksty: Marty Grundwald, Joanny Roszak, Szczepana Kopyta, Adama Kaczanowskiego, ale to nie koniec, proponuję śledzić stronę www lub kupować co poniedziałek „Gazetę”.

Filed under: Się , , , , , ,

[Joanna Herman, „Sen z Sosnami”, by @, przesłano dnia: 18 czerwca 2009 20:57.]

„Śniło mi się, że Andrzej Sosnowski kłócił się z Darkiem Sośnickim o to, który z nich ma większe prawo do noszenia przydomku Sosna.”

Filed under: Sennisko, Się , , , , ,

Czy teksty piosenek są poezją?

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym, prostym słowem na zdane w tytule pytanie, to brzmiałoby ono: „Tak!”. Tak, są poezją. Jednakże nie zawsze teksty piosenek są wierszami. Wiersz rządzi się swymi specyficznymi (niekoniecznie specjalnymi, bo w takim wypadku poeta ociera się o system troskliwiej opieki społecznej) prawami, które nie są do spełnienia w piosence. Nie wszystkie prawa i zasady da się spełnić, zrealizować w tekście piosenki. Dlaczego? Ponieważ piosenka musi być komunikatywna i zrozumiała na ‘pierwsze ucho’, przy pierwszym, czy też drugim słuchaniu. I to jest główna i zasadnicza różnica, gdyż wiersz nie zawsze musi być zrozumiały, jasny i przejrzysty. Jeśli miałbym przywołać autora/tekściarza, którego teksty są poezją, to od razu przychodzi mi do głowy niejaka Ursula Rucker. Chociaż to nie jest dobry przykład, gdyż ona po prostu jest amerykańską poetką…

{cały tekst dostępny na stronie http://niedoczytania.pl}

{dodatkowo informuję, że opowiadanie „Trzech mężczyzn” dostępne na stronie Ojca}

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

[Tomasz Szewczyk, „020507, Menażeria Disneya”, przesłano by @]

„Dochodzimy do uzdrowiska na przełęczy. Dwa budynki za czerwoną siatką. W dole widać pętlę tramwajową, komin, kawałek miasta, wszystko pięknie zachmurzone. Z prawej, parę kilometrów dalej, nagi, kamienny nawis nad drugim szlakiem. No to możemy sobie chwalić, mówi ktoś, wybraliśmy lepszy, więcej stąd widać. Przechodzimy przez opustoszały plac, budynki są szare, monolityczne. Wychodzimy z tyłu na małe jezioro, otoczone przez skały. Ktoś obok sprzedaje z niego wodę: drewniany kramik, butle szklane, plastikowe, szeroki asortyment. Można wziąć też prysznic w kabinie między skałami; facet skacze, mizdrzy się, zachęca. Próbujemy po kolei. Woda jest chłodna i szklista. Zaraz po tym staję na kamieniu, tak, żeby wszyscy widzieli. Zdejmuję ubranie i daję dyla do jeziorka. Woda w nim jest jednak dużo bardziej zimna, gęsta, całkiem zielona. Zapadam się. W płucach dziwna miękkość. Chciałem powiedzieć wszystkim, że zrobiłem to z miłości, ale nie było już jak.

Z jeziora, widzianego w pięknej, szerokiej panoramie, wynurza się łuskowaty potwór i zaczyna terroryzować pacjentów uzdrowiska. Grupka przypadkowych turystów stawia mu dzielnie opór, chowa się po pokojach, jeździ windami, używa siekier i gaśnic. Wcześniej czytałem bardzo entuzjastyczne recenzje, rzeczywiście, pierwsza połowa filmu jest absolutnie nudna. Ziewamy, czekamy. Wokół ludzie z popcornem, film zdaje się ich bawić, straszyć, wszystko jak należy. W końcu potwór daje nura w jeziorko, turyści są horrendalnie zmęczeni, wymieniają numery, adresy z pacjentami, wracają do miasta. Dwójka z nich idzie do kina. Siadają w trzecim rzędzie, chłopak i dziewczyna, oglądają film o potworze z jeziorka i dzielnych turystach. Od tego momentu kadr jest statyczny; widzimy parę od przodu, wokół ciemność, fotele, pojedynczy widzowie, widzimy światło ekranu, odbijające się blado w ich twarzach. Nic się nie dzieje. Mijają minuty. Ktoś z naszej widowni zaczyna gwizdać. Byłem na to przygotowany, czytałem w końcu te recenzje, pisano o tym; gdyby pierwsza połowa filmu była ciut lepsza, pewnie bardziej by mi się podobała druga, recenzenci jak zwykle przesadzili. Ktoś wstaje, trzaska oparcie w fotelu, wstają następni, gwizdy, pokrzykiwania, ludzie wychodzą. Obsłudze kina też to wszystko nie w smak, słychać głosy w kabinie projekcyjnej, zapalają się światła. Siedzimy. Film leci dalej. Gośka chce już iść, przytrzymuję ją, w końcu zapłaciliśmy, no i na sam koniec ma być ponoć coś ciekawego. Wychodzą ostatni widzowie. Zostajemy zupełnie sami. Wszechobecne światło mierzi, zaczynamy się krępować. Na ekranie dalej to samo. No dobra, mówię. Zbieramy się. Gośka ciągnie mnie za rękaw do wyjścia, ja się ociągam, przystaję, patrzę w ekran, sekundkę, mówię. Para w kinowych fotelach znika, zmiana tła, wielkie, wystawne sale, kandelabry, marmurowe schody, kamera rusza w tył, przed kamerą kroczy najlepszy rysownik Walta Disneya, starszy, siwy pan w jasnym garniturze. Opowiada coś, strzela różdżką w lewo, prawo, gwiazdki, wyczarowuje jelonka Bambi, siedmiu krasnoludków, Alladyna, kaczora Donalda. Cała menażeria bryka po tapetach, wbiega przed rysownika, podkłada mu nogi czy co tam ma, wskakuje na ramiona, zasłania oczy. Rysownik się otrząsa, otrzepuje z nich raz po raz, kontynuuje wędrówkę, kontynuuje opowieść, uśmiechając się bez przerwy i wywijając różdżką. Kiedy nieopatrznie wyczarowuje Bugsa i Duffy’ego, ci odchodzą od całej menażerii i szepcą do siebie na stronie. Po krótkiej naradzie odwracają się do rysownika. Naśladując żołnierski krok, stają przed nim z grobowymi minami. Rysownik nie traci rezonu i wali w nich parasolem. Z rozpłaszczonego na ścianie Bugsa cieknie jucha.”


{i przy okazji informuję, że na niedoczytania.pl pojawił się oniryczny zestaw z Julią Hartwig}

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

Zapalniczka Zippo

Miejsce Japonek jest w Japonii. To oczywiste. To bezdyskusyjne. Dlatego dziewczyna Łukasza wczoraj odleciała do kraju kwitnącej wiśni samolotem linii KLM Royal Dutch Airlines. Wylatywała do Osaki z Okęcia. Do Warszawy jechała pociągiem. Piękny Lolo nie próbował jej zatrzymać. Myślę, że bardzo cierpiał, bo nie mógł z nią zaznać rozkoszy miłości oralnej. Nawet na dworzec jej nie odprowadził. Sama musiała dźwigać swoje bagaże. Szansę na prawdziwe szczęście przy boku Łukasza wykorzystała Jola, która, gdy tylko rozeszła się po firmie pogłoska o wylocie Tsujiko, podeszła do niego i przy wszystkich bez skrępowania oświadczyła: „Kocham cię. Kocham cię. Od zawsze cię kocham, całe dwadzieścia lat na ciebie czekałam. Rozumiesz? Więcej nie chcę czekać. Będę ci wierna, zobaczysz, i będę robić tobie te wszystkie rzeczy, których nie robiło to skośnookie dziwadło. Bądź ze mną, proszę.” Dobrze, odpowiedział Łukasz. Potem przytulili się, pocałowali i każde z nich wróciło do swoich firmowych zadań. Piękny Lolo do czyszczenia tokarek, a Jola do wystawiania faktur. Jola była młodą i zdrową dziewczyną. Najzupełniej normalną. Miała usta, zęby i język. Dla Pięknego Lola musiała, to być wielka odmiana. Przez cały tydzień chodził jak zaczarowany z podkrążonymi oczami. Był taki szczęśliwy. Trochę mu zazdrościłem. W piątek wieczorem podszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, życzę ci, by ktoś ciebie tak kochał jak ona mnie. Tak mocno i prawdziwie.” Dziękuję, odpowiedziałem. Co innego miałem odpowiedzieć? Nowa dziewczyna Łukasza paliła papierosy. A on nigdy nie palił, bo był biegaczem. Paliła dużo, jak sama mówiła, do trzech paczek dziennie, ale tylko cienkie i miętowe. Łukasz bardzo ją kochał i dlatego nie miał nic przeciwko temu, by paliła nadal, nie kazał jej rzucić. By pokazać, że akceptuje ją właśnie taką – wciąż i wciąż z papierosem w dłoni, kupił jej benzynową zapalniczkę (z wieczystą gwarancją) firmy Zippo. Kupił w internetowym sklepie Efco.pl. Kazał wygrawerować na niej napis piękną, gotycką czcionką: „Mojemu kochanie, by się zawsze na mnie paliła”.

Miesiąc później, okazało się, że Jola nie kocha już Łukasza, że kocha kogoś innego. Kocha tak mocno, że nie może dłużej spotykać się z Pięknym Lolem. Na znak ostatecznego rozstania, Łukasz chciał od niej odebrać darowaną zapalniczkę Zippo. Ona nie chciała oddać, mówiąc, że jest wieczną pamiątką po pięknych chwilach. Jednak Łukasz się upierał. Ona obstawała przy swoim. Nie mogli dojść do porozumienia. Zaczęli na siebie krzyczeć. Ostatecznie Łukasz powiedział „To spierdalaj suko” i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Jola wyszła za nim, poszła na dwór, zapalić, tak się zdenerwowała. Oczywiście przypalała papierosa zapalniczką Zippo. Piękny Lolo, który skrył się za rogiem budynku, tylko na to czekał. Podbiegł do niej i chciał wyrwać swoją zapalniczkę Zippo z jej dłoni. Ona trzymała mocno, trochę się szarpali. Kopnęła go w jądra, bolało, skulił się. Wyprostował się po chwili i uderzył pięścią w twarz. Jolę oszołomił cios, przewróciła się na plecy jak długa, na szczęście upadła na trawę obok pomarańczowego kosza na śmieci z logiem Vox. Usiadł na niej okrakiem, na biodrach. Bił tak długo pięściami po twarzy, aż zaczęła pluć krwią i zębami. Zapalniczka Zippo wypadła z dłoni Joli przy upadku, leżała jakiś metr do nich. On tego nie zauważył. Wstał z niej zmęczony, ze spoconą twarzą i mokrymi włosami. „Mogłaś mi ją oddać, należy do mnie, tak jak ty kiedyś”, wycedził szeptem przez zaciśnięte zęby. Czekała na chwilę, gdy tylko będzie wolna od jego ciężaru. Sprawnie chwyciła zapalniczkę w obie dłonie i skuliła się. Wtedy ją kopnął. Coś nieprzyjemnie gruchnęło. Wzdrygnął się, chyba zawahał. „Jest moja. Dałeś mi. Nie oddam”, wymamrotała Jola, wyraźnie sepleniąc. Wtedy kopnął ją drugi raz i trzeci. Nie przestawał jej kopać, sapał i zipał, taki był zmęczony. Następnego dnia Jola nie przyszła do pracy i nikt nie wiedział dlaczego.

[To i inne 6 opowiadań można przeczytać na stronie: http://neurokultura.pl ; się polecam.]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Porządki

Rano jakobe m. przysłał info, że moje oniryczne opowiadanie „Tu Luiu bekniesz” wisi już na stronie „Z ojcem”. Pomyślałem, że wypada coś z tą wiedzą zrobić, jakoś ją spożytkować, aby się zaprezentować, pochwalić i wystawić. Całe dopołudnie zbierałem informacje o tym co, gdzie i kiedy wykręciłem. Zebrałem – chyba – wszystkie numery z sieci, które wywinąłem. I pięknie je wyedytowałem i wstawiłem na podstronę „End”, czyli „o mnie”. Przy okazji znalazłem „Odmalowane historie” [str. 43-51], czyli wiersze, które pisałem latem 2002 roku wespół z Edwardem Pasewiczem. Był to projekt, polegający na poetyckim komentarzu „Książeczki do malowania” Marcina Sendeckiego. Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy pisząc te teksty. Był deszczowy sierpień. Mieszkaliśmy wtedy razem na Dolnej Wildzie. Konrad się już wyprowadził, Machnicka właśnie się wprowadzała. Prawie codziennie po robocie szliśmy na jeden, dwa browary do knajpy „Dedo”, wracając wymyślaliśmy te wiersze. W domu Ed robił kanapki, a ja spisywałem to, co wymyśliliśmy po drodze. Po kolacji Ed kładł się na łóżku, a ja siedząc na fotelu przy ołtarzyku Dalajlamy, głośno czytałem bieżącą produkcję. Wprowadzaliśmy jakieś zmiany i zostawialiśmy do weekendu, wtedy raz jeszcze wszystko sczytywaliśmy i po dwóch tygodniach cały tekst był gotowy. „Odmalowane historie” chcieliśmy wydać w formie książeczki. Próbowaliśmy dogadać się z „Undergruntem”, potem „Ha!Artem”, ale nic z tego nie wyszło. Tekst ukazał się w grudniu 2002 w drugim numerze świętej pamięci „Dwukropka”.

Filed under: Opowiadania, Porażki, Się , , , , , ,

Dwie książki Eco [fragm.]

(…) Wrócił do domu po miesiącu. Wszedł do pokoju, który dzielił z siostrą. Dzielił dosłownie, w poprzek stała meblościanka, która rozdzielała pokój na dwie nierówne części. Do niego należała ta z oknem, a do siostry ta z drzwiami. Był zmęczony. Zwalił się do łóżka w ubraniu. Nim zasunął, zauważył jeszcze, że na półce brakuje dwóch książek Umberto Eco. Następnego dnia przeszukał pokój, bo pomyślał, że może siostra się nawróciła i zaczęła czytać, jednak nigdzie nie znalazł „Imienia róży” ani „Wahadła Foucaulta”. A przecież były to bardzo charakterystyczne książki. Grube, w twardej czarnej oprawie. Wyglądały trochę jak Biblia babci Marii. Zapytał matkę, co się stało z jego książkami. Musisz pogadać z ojcem – odpowiedziała mu. A co on ma z tym wspólnego?, dopytywał, Przecież ojciec nie czyta nic poza „Przewodnikiem krzyżówkowicza”. Sam musisz z nim porozmawiać, autorytarnie stwierdziła matka. Czekał na ojca przed blokiem do wieczora. Jak tylko go spostrzegł, wychodzącego zza rogu, podbiegł do niego i zapytał: Gdzie są moje książki? Spaliłem – odpowiedział ojciec zmęczonym głosem. Jak to spaliłeś?, dopytywał. Normalnie. Wrzuciłem do pieca, podlałem rozpuszczalnikiem i podpaliłem, odpowiedział. Ojciec się nawet nie zatrzymał. Nie spojrzał na niego. Szedł dalej, zaczynał właśnie wchodzić po schodach do domu. Złapał go za ramię i odwrócił do siebie. Dlaczego je kurwa spaliłeś!? To były moje ksiązki! Sam je sobie kupiłem, za swoje pieniądze!, krzyczał do niego. W odpowiedzi usłyszał: Przez nie do domu wszedł Szatan. Zrozum, musiałem je spalić – spokojnie odpowiedział ojciec. Co? – zapytał zbity z tropu. Nie chce mi się teraz gadać. Muszę coś zjeść i się przespać. – Jak to nie chce ci się gadać? Spaliłeś moje dwie książki! Ojciec odpowiedział: Synu, a jak by tobie cały dzień pot w pracy ciekł po jajach, to potem chciałoby ci się gadać? Dał spokój. Pozwolił mu iść do domu. A sam poszedł nad staw. Nic z tego nie rozumiał. Jaki Szatan? Co za Szatan? Co on ma wspólnego z książkami Eco. Chciał się utopić w bagnie, ale było za płytkie. Wciągnęło go jedynie po kolana. Kiedyś, jak był małym chłopcem, myślał, że bagno jest bardzo głębokie. Chłopaki zza torów gadali, że krowy Kalinowskiego się w nim topiły. Teraz już wiedział, że to nie była prawda, że jedynie szydziły z jego łatwowierności. Ojciec czekał na niego w kuchni. – Siadaj – powiedział, nie zwracając uwagi na jego brudne spodnie i buty. – Tydzień po twoim wyjeździe na egzaminy i kolonie, zacząłem strasznie pić. Wpadłem w ciąg. Nie potrafiłem przestać. Matka nie mogła tego wytrzymać. Wzięła ze sobą twoją siostrę i przeniosła się do babci. Babcia, oczywiście jak zawsze, zaczęła ją nawracać. Czytała jej fragmenty Pisma Świętego. Opowiadała o Raju i Armagedonie. Zresztą sam wiesz, jak to wygląda. Wysłały do mnie dwóch Starszych ze zboru w Orzeszu, którzy przyszli wcześnie rano. Teraz myślę, że tak to sobie zaplanowali, bym był choć trochę trzeźwy. Pół dnia z nimi rozmawiałem. Znaczy się oni odpowiadali na moje wszystkie pytania. Mówili tak sensownie, że aż mi się ciepło robiło na sercu. Zapomniałem o tym, by się napić. Zacząłem płakać. Przepraszać. Mówiłem, że nie byłem sobą. I wtedy oni bardzo się zainteresowali. Zaczęli mnie wypytywać o to, co czułem i jak. W końcu powiedzieli, że zostałem opętany. Widzą, że jestem dobrym człowiekiem, dlatego moje opętanie musiało mieć źródło zewnętrzne. Przeszukali cały dom. Znaleźli te twoje dwie ksiązki. Obejrzeli dokładnie okładki. Przeczytali kilka stron i powiedzieli, że zostały podyktowane przez Szatana i że trzeba je spalić, by Zły z nich już więcej nie wychodził. Zatkało go całkiem. Nie wiedział, co odpowiedzieć ojcu, ale ten przyszedł mu z pomocą. – Robię sobie herbaty, chcesz też?

- – -

[się chwalę, się polecam: całe opowiadanie oraz 5 innych można przeczytać w najnowszym – czternastym – numerze sopockiego magazynu holograficzno-literackim „Korespondencja z Ojcem”]

[opowiadania pochodzą z niewydanego zbioru opowiadań „Wycieczka do Hajfy”; zbiór ten pewnie się nigdy nie ukaże, gdyż żadne z wydawnictw, do których go słałem, nie wykazało chęci wydania go; dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany przeczytaniem całości, to proszę zostawić informację w komentarzu, a prześlę maszynopis; bez odbioru]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Promocja „Cegły”

tak przy okazji, jakiej znowu okazji? są jeszcze jakieś okazje? bywają? miewasz? dobrze, dajmy na to, że przy okazji dzisiejszej niedzieli, niedzieli w Poznaniu, gdy za oknem świeci słońce, gdy za oknem wieje wiatr i podobno jest dość chłodno, nie wiem, nie byłem na polu, choć wypada wyjść, ale to potem, teraz okazja: przy tej niedzielnej sposobności subtelnie donoszę o mojej wizycie we Wrocławiu, prawie dwa tygodnie temu, za dwa dni we wtorek będzie równo dwa tygodnie, razem z Adamem Kaczanowskim pojechaliśmy na spotkanie Szerokość Poetycka Zero, promujące 15 numer Magazynu Materiałów Literackich „Cegła – Spisek”, promowaliśmy m.in. siebie i magazyn, obok nas byli też inni promujący: Darek Foks, Kamil Zając, Konrad Góra; ja promowałem po Kamilu, a po mnie promował Adam, promowałem dwa opowiadania, które zostały wydrukowane w bieżącym numerze „Cegły”: „Przedsionek” oraz „Zanikanie”, proponuję poczytać.


Filed under: Opowiadania, Się, Wycieczki , , , , , , ,

[158. 02] Sándor Márai, „Księga ziół”, przeł. Feliks Netz, wyd. III, Spółdzielnia Wydawnicza CZYTELNIK, Warszawa 2008.

1. Sto pięćdziesiąt dwie strony „Księgi ziół” Sándora Máraiego czytałem prawie trzy miesiące. I jest to najdłużej czytane przeze mnie sto pięćdziesiąt dwie strony jakiejkolwiek książki. Nie ma się czym chwalić. Oczywiście, gdybym się przyłożył (a co, nie przykładałem się?), to mógłbym tę książkę przeczytać w jeden wieczór, a nawet w pół. Tylko takie czytanie tej książki nie miałoby większego sensu. Dlaczego? Ponieważ w pędzie czytania, pogubiłbym sensy i treści, zawarte w krótkich powiastkach, powiastkach zawsze „o czymś”, Máraiego.

2. Przez cały czas „Księga ziół” leżała na stoliku przy łóżku, obok tomiku leżał także ołówek. Zwykle przed snem pochłaniałem maksymalnie trzy-cztery powiastki-notatki. Nie pamiętam, kiedy ostatni czytałem z ołówkiem w ręku. Chyba w czasie studiów. Jednakże wtedy raczej z przymusu, niż dla przyjemności. Nie powiem, bym się rozsmakowywał w każdym fragmencie „Księgi”. Chwilami miałem jej dość, wydawała mi się pretensjonalna i banalna. Ponieważ pewnie taka jest. Pewnie taka jest, jeśli za dużo się przeczyta na raz. Natomiast jeśli się ją sobie aplikuje w małych, „medytacyjnych” dawkach, to ma się wrażenie, to wierzy się w mądrość, słuszność i nieomylność słów węgierskiego autora. Myślę, że specjalnie jest, tak skonstruowana, by z nią polemizować, by się nie zgadzać, by się z nią sprzeczać. „Księga ziół” to nie księga mądrości nad mądrościami, raczej szczera próba pogodzenia się z życiem, jego ograniczeniami, prawami, przymusami, normami. Piszący ją nie chciał pouczać, lecz sam się uczyć.

3. Nie wiem dokładnie, ile jest powiastek-notatek w tej książce, nie przeliczyłem. Niektóre z przemyśleń i refleksji są bardzo mądre i dojrzałe. Niektóre wskazówki są śmieszne i bezużyteczne. Márai dba o to, by nad jego zapiskami unosił się bierny duch stoików, we wstępie dedykacyjnym powołuje się na Senekę, Epikteta i Marka Aureliusza. Przypomina mi się Horacjańskie „nie-dziwienie-się-niczemu” (z szóstego listu „Do Numiciusa” w pierwszej księdze listów), o którym ostatnio czytałem w tekście Markowskiego, czyli nie uleganie chwilowym stanom umysłu, czy też duszy, czy też ciała, jest drogą, która jedynie w duchu równowagi szczęście zapewnić może. Namiętności należy trzymać na krótkim postronku. Nie należy oglądać się na cudze sądy, bądź też na groźby i kary, ale postępować z pełnym rozeznaniem cnoty, a wtedy dopiero człowiek będzie wolnym i dzielnym.

4. „Księga ziół” została wydana w Budapeszcie 1943 roku, gdy Márai ma 43 lata, a czytając ma się wrażenie, że ta książka została napisana przez starszego pana, doświadczonego i błyskotliwego starszego pana. W tym samym roku zaczyna systematycznie spisywać notatki, które potem umieści w „Dzienniku”. Nie czytałem jeszcze „Dzienników”, leżą na stoliku przy łóżku i czekają na swoją kolej, ale jestem ciekaw, bardzo ciekaw, czy wpisy do „Księgi” znajdą potwierdzenie w nim.

5. Na zakończenie mały cytat: „(…) jeśli poczujesz ból (…) pomyśl o tym, że to naturalne, ponieważ jesteś człowiekiem. A coś ty sobie wyobrażał? Jesteś człowiekiem, przeto umrą twoje kochanki, opuszczą cię przyjaciele, i wszystko to, co zbierałeś i kochałeś, uleci niczym pył na wietrze. Nic w tym dziwnego, jeśli wszystko dzieje się w zgodzie z porządkiem natury (…). Jesteś człowiekiem, musisz więc cierpieć; a cierpienie twoje nie trwa wiecznie, ponieważ jesteś człowiekiem”. Sándor Márai popełnił samobójstwo 22 lutego 1989 roku w San Diego.


- – -

[tekst, odrobinę poszerzony i pod tytułem „O węgierskich ziołach", ukazał się na stronie Przystani Literackiej.]

Filed under: Lekturki, Się , , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

grudzień 2009
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!