Hajfa

[niecodziennik]

[Anna Wieser, „CV”, {w:} „Delta”, WBPiCAK, Poznań 2009, str. 33.]

CV

W tym śnie prowadzą mnie do hotelu

To tylko jedna doba z kimś kogo znałam

plus quiz czterech prób w których okaże się

Co jest?

Siedzimy na swoich łóżkach

nie wyjmując niczego z walizek

Jesteśmy nieufni i czujni

Zamykamy drzwi zasłaniamy okna

Na balkonie stoi

Czarna gruba skórzana Oprah w kiecce z kryształkami

Oprah zarzuca nogi na stół

wyjmuje gumę z ust i zakleja

dziurę w mojej głowie

otwiera puderniczkę sypie do kawy

proszki na wychodzenie z domu

Przy stole na krzesłach

żółte samoprzylepne karteczki

Sprawy dzielone na pół

zeskanowane dziwki szklanki

upiorni cyrkowcy pożeracze chińskich kul

co jakiś czas robią meksykańską falę

śpiewając Oh, what the night

W zlewie niedzielne obiady spięte jak dzienniki

Dowody na to że jedliśmy i obracaliśmy w głowach

jak kołki zapytania cholerny quiz czterech prób

Czarna gruba skórzana o nic nie pyta

wlewa w nas zęby jak paraliż

Zasypiamy żegnając się mechanicznie

nad ranem schodzimy w dół

pijąc krystaliczny jogurt Doktora Ernsta


- – -

[Anna Wieser, jedna z „Solistek, której debiutancka książka pt.: „Delta” ukazała się tydzień temu w Poznaniu nakładem WBPiCAK.]

Filed under: Sennisko , , , , , , ,

W namiocie na wyspie

Śpię w małym namiocie. Ledwo się w nim mieszczę. Muszę podkurczać nogi. Słyszę jak pada deszcz, krople uderzają na tropik. Wewnątrz namiotu jest jezioro. Mój granatowy materac unosi się na wodzie, która wlewa się od spodu, jakby pod namiotem biło źródełko. Do prawej dłoni mam przyklejoną swoją Nokię. Co chwilę muszę na nią zaglądać, bo wibruje. Najpierw dzwoni Ołówek. Raz, drugi i trzeci. Nie odbieram. Przecież Ołówek śpi, więc nie może dzwonić, tak sobie myślę. Potem dostaję sms do Karoliny, która pisze, że ma brudne paznokcie, bo wszędzie piasek. „Wyglądam jak córka grabarza”, kończy. Następnie słyszę Jurka Owsiaka, który woła: „UPSYYY WSTAWAĆ! UPSYYY WSTAWAĆ! UPSYYY NA SCENĘ!!!”. Nie widzę go, ale słowa słyszę wyraźnie, tylko ich nie rozumiem. Podjeżdżam wzrokiem, niczym kamerą na wysięgniku, przede mną stoi Jurek Owsiak, ale w ciele siedmio, bądź ośmioletni chłopca. Bez koszulki. Na szyi ma wisiorek z bursztynu w kształcie gołębia. Rzemyk, na którym wisi, jest bardzo długi, gołąbek sięga mu pępka. Chłopak ma gołe stopy. Stoi na kamienistej wyspie. To Korsyka.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[José Saramago, „Miasto ślepców”, przeł. Zofia Stanisławska, wyd. III poprawione, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2009, str. 15-16.]

„Zaczął śnić, że bawi się w dziecięcą grę, gdybym był ślepy, że zamyka i otwiera oczy, za każdym razem czując się tak, jakby wracał z długiej podróży witany przez konkretne, wyraźne i niezmienione przedmioty, przez znany, oswojony świat. Jednak tę spokojną pewność zakłócała niejasna obawa, podejrzenie, że to zwodniczy sen, z którym prędzej czy później musi się rozstać i zaakceptować zupełnie mu nieznaną rzeczywistość. Po chwili, jeśli to właściwe słowo, by opisać słabość trwającą tyle co mgnienie oka, będąc już w stanie połowicznego przebudzenia z zwiastującego powrót do rzeczywistości, zrozumiał, że zamiast bić się z myślami, obudzić się czy nie obudzić, obudzić się czy nie, musi po prostu stawić jej czoło.”


- – -

{przy okazji donoszę, że na stronie PKPzin zamieszczono następujące moje wiersze: „Z nad morza przywieźliśmy”, „Inne łuski”, „Parking, poligon”, „Piesku”, „Dom”; się polecam}

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

Pusty pociąg

Pociąg pędzi pustym polem. Jestem wewnątrz. Jadę, choć nie wiem dokąd. Siedzę na drewnianej ławce. Jest mi niewygodnie, rozglądam się za czymś miękkim. W koszyku/nosidełku mam jedynie czarnego kota, pewnie Dżejmsa, który nie nadaje się na poduszkę. Nie ma innych podróżnych, bym mógł kogoś poprosić o koc. Jestem sam i teraz mi to przeszkadza. Nie wiem, gdzie jadę, ale mam wrażenie, że jadę przez Azję, daleką rosyjską Azję, coś w rodzaju stepu mknie za oknem. Nie widzę wyraźnie, ponieważ okno jest brudne, czy też zaklejone gazetami, okładkami „Bluszcza”. Skład ciągnie lokomotywa na węgiel. Pociąg przewozi perfumy, pełne skrzynki. Mocno, intensywnie, nieprzyjemnie pachnie we wszystkich przedziałach. Chodzę po całym pociągu, by sprawdzić, czy czasem gdzieś nie pachnie lepiej, mniej uciążliwie. Nie. Wszędzie tak samo cuchnie. To już piąty dzień podróży.

Filed under: Moje życie z Dżejmsem, Sennisko , , , , , ,

Salon EMPiK, ul. Franciszka Ratajczaka 44, Poznań, dwa tyg. temu

Nie jestem wielkim znawcą twórczości Stanisława Lema. Nie jestem małym znawcą twórczości Stanisława Lema. Wstyd się przyznać, ale poza książkami typu „lektura szkolna” nigdy nie przeczytałem nic innego tego śp. Autora. Jednakże mimo tego mam wrażenie, że ktoś układając książki dobitnie pomylił regały.

Lem w EMPiK

[Stanisław Lem, „Studium wojskowe dla felczerów prowadzić]

Miałem ostatnio taki sen. Śniłem, że jestem w wojsku. Byłem przekonany, że jestem w wojsku. Byłem młody i byłem w wojsku. Właśnie kończył mi się turnus i miałem wyjść do domu. A tu nagle mi mówią, że ponieważ skończyłem medycynę, to mam zostać jeszcze sześć tygodni, żeby szkolić jakichś felczerów. Tak się tym okropnie zmartwiłem i zirytowałem, że się obudziłem.

{notował Bogdan Zalewski, w: „Studium” nr 4(24) 2000, str. 146.}

Filed under: Lekturki, Porażki, Sennisko , , , , , ,

[Joanna Herman, „Sen z Sosnami”, by @, przesłano dnia: 18 czerwca 2009 20:57.]

„Śniło mi się, że Andrzej Sosnowski kłócił się z Darkiem Sośnickim o to, który z nich ma większe prawo do noszenia przydomku Sosna.”

Filed under: Sennisko, Się , , , , ,

[Tomasz Szewczyk, „020507, Menażeria Disneya”, przesłano by @]

„Dochodzimy do uzdrowiska na przełęczy. Dwa budynki za czerwoną siatką. W dole widać pętlę tramwajową, komin, kawałek miasta, wszystko pięknie zachmurzone. Z prawej, parę kilometrów dalej, nagi, kamienny nawis nad drugim szlakiem. No to możemy sobie chwalić, mówi ktoś, wybraliśmy lepszy, więcej stąd widać. Przechodzimy przez opustoszały plac, budynki są szare, monolityczne. Wychodzimy z tyłu na małe jezioro, otoczone przez skały. Ktoś obok sprzedaje z niego wodę: drewniany kramik, butle szklane, plastikowe, szeroki asortyment. Można wziąć też prysznic w kabinie między skałami; facet skacze, mizdrzy się, zachęca. Próbujemy po kolei. Woda jest chłodna i szklista. Zaraz po tym staję na kamieniu, tak, żeby wszyscy widzieli. Zdejmuję ubranie i daję dyla do jeziorka. Woda w nim jest jednak dużo bardziej zimna, gęsta, całkiem zielona. Zapadam się. W płucach dziwna miękkość. Chciałem powiedzieć wszystkim, że zrobiłem to z miłości, ale nie było już jak.

Z jeziora, widzianego w pięknej, szerokiej panoramie, wynurza się łuskowaty potwór i zaczyna terroryzować pacjentów uzdrowiska. Grupka przypadkowych turystów stawia mu dzielnie opór, chowa się po pokojach, jeździ windami, używa siekier i gaśnic. Wcześniej czytałem bardzo entuzjastyczne recenzje, rzeczywiście, pierwsza połowa filmu jest absolutnie nudna. Ziewamy, czekamy. Wokół ludzie z popcornem, film zdaje się ich bawić, straszyć, wszystko jak należy. W końcu potwór daje nura w jeziorko, turyści są horrendalnie zmęczeni, wymieniają numery, adresy z pacjentami, wracają do miasta. Dwójka z nich idzie do kina. Siadają w trzecim rzędzie, chłopak i dziewczyna, oglądają film o potworze z jeziorka i dzielnych turystach. Od tego momentu kadr jest statyczny; widzimy parę od przodu, wokół ciemność, fotele, pojedynczy widzowie, widzimy światło ekranu, odbijające się blado w ich twarzach. Nic się nie dzieje. Mijają minuty. Ktoś z naszej widowni zaczyna gwizdać. Byłem na to przygotowany, czytałem w końcu te recenzje, pisano o tym; gdyby pierwsza połowa filmu była ciut lepsza, pewnie bardziej by mi się podobała druga, recenzenci jak zwykle przesadzili. Ktoś wstaje, trzaska oparcie w fotelu, wstają następni, gwizdy, pokrzykiwania, ludzie wychodzą. Obsłudze kina też to wszystko nie w smak, słychać głosy w kabinie projekcyjnej, zapalają się światła. Siedzimy. Film leci dalej. Gośka chce już iść, przytrzymuję ją, w końcu zapłaciliśmy, no i na sam koniec ma być ponoć coś ciekawego. Wychodzą ostatni widzowie. Zostajemy zupełnie sami. Wszechobecne światło mierzi, zaczynamy się krępować. Na ekranie dalej to samo. No dobra, mówię. Zbieramy się. Gośka ciągnie mnie za rękaw do wyjścia, ja się ociągam, przystaję, patrzę w ekran, sekundkę, mówię. Para w kinowych fotelach znika, zmiana tła, wielkie, wystawne sale, kandelabry, marmurowe schody, kamera rusza w tył, przed kamerą kroczy najlepszy rysownik Walta Disneya, starszy, siwy pan w jasnym garniturze. Opowiada coś, strzela różdżką w lewo, prawo, gwiazdki, wyczarowuje jelonka Bambi, siedmiu krasnoludków, Alladyna, kaczora Donalda. Cała menażeria bryka po tapetach, wbiega przed rysownika, podkłada mu nogi czy co tam ma, wskakuje na ramiona, zasłania oczy. Rysownik się otrząsa, otrzepuje z nich raz po raz, kontynuuje wędrówkę, kontynuuje opowieść, uśmiechając się bez przerwy i wywijając różdżką. Kiedy nieopatrznie wyczarowuje Bugsa i Duffy’ego, ci odchodzą od całej menażerii i szepcą do siebie na stronie. Po krótkiej naradzie odwracają się do rysownika. Naśladując żołnierski krok, stają przed nim z grobowymi minami. Rysownik nie traci rezonu i wali w nich parasolem. Z rozpłaszczonego na ścianie Bugsa cieknie jucha.”


{i przy okazji informuję, że na niedoczytania.pl pojawił się oniryczny zestaw z Julią Hartwig}

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

Delfin

Gosia idzie przodem, my za nią, prowadzi nas na jacht. Z pomostu, który stoi na betonowych słupach, więc jest stały, przeskakujemy na chyboczącą się łódkę. Czuję się niepewnie, boję się, że wpadnę do wody. Patrzę w dół, chyba nie jest głęboko, gdyż widzę dno, Widzę dno, mówię. Na co Gosia odpowiada, To złudne, woda jest tu pierwszej klasy czystości. Ania łapie mnie pod ramię, abym nie upadł. Gosia wydaje komendy jak prawdziwy kapitan statku. Niewiele rozumiem, gdyż używa takich słów jak „fok”, „sterburta”, „grot”, „pawęż”, „bulaj”, „lewy hals”, „prawy hals”, „kokpit”. Ech, tak mało człowiek słów zna. Staram się wykonywać, to co nakazuje, ale raczej na podstawie gestykulacji, wiem co robić. Później: Leże w płytkiej kałuży nad brzegiem oceanu. Słyszę szum fal, jest banalnie miło. Piasek jest żółty jak złoto. Woda w kałuży jest bardzo ciepła, wręcz gorąca. Całe ciało mam w niej zanurzone, ponad lustro wystaje mi tyle część twarzy. Słońce świeci mocno, mam zamknięte oczy. Tak trwa to jakiś czas, gdy otwieram oczy, widzę stojącego nade mną delfina. Stoi na tylniej płetwie, jakby stał na nogach. Płetwami grzbietowymi podpiera się pod boki á la krakowiaczek-ci-ja. Wygląda zabawnie i dobrodusznie, więc się do niego uśmiecham, Mogę ci jakoś pomóc, pytam.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[Dave McKean, „Decydujący sen”, {w:} Neil Gaiman & Dave McKean, „Sygnał do szumu”, tłum. Michał Cetnarowski, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009, str. 13.]

„(…) Byłem w Londynie i postanowiłem wpaść do wydawcy, oficyny Victor Gollancz, zobaczyć, czy egzemplarze sygnalne ksiązki nie przyszły z drukarni. Widząc mnie, wszyscy byli zaskoczeni, chociaż Neil już tam był. Spytałem, czy mogę zobaczyć album. Był dużo większy, niż się spodziewałem; wydawał się bardziej grubym, cięższym tomiszczem, przynajmniej 500-stronnicowym. Zacząłem go przeglądać. Najpierw nie mogłem odnaleźć Sygnału. Były tam na początku jakieś inne historie, które okazały się komiksami o starym superbohaterze z DC Comics, Flashu. Zapytałem Neila, co to jest, a on powiedział mi, że napisał je, zanim się spotkaliśmy i pomyślał, że moglibyśmy je włączyć do ksiązki, żeby była trochę atrakcyjniejsza. Szukałem dalej historii, którą zilustrowałem, ale zamiast niej znajdowałem tam dużo innych materiałów z archiwum Neila. Szkice, notatki, po prostu rzeczy, które znalazł w swoim gabinecie i zamieścił w albumie. Wreszcie znalazłem Sygnał, dokładnie na końcu tomu. Zajmował tylko kilka stron. Byłem pewny, że historia była dłuższa, ale może coś źle zapamiętałem. Wtedy zamknąłem książkę i spojrzałem na okładkę. Myślałem, że to ja ją zrobiłem, ale w rzeczywistości była to twarz narysowana czerwoną kredką świecową na brązowej tekturze. Neil powiedział, że namalował ją jego mały syn, Mike.”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[Darek Foks, „Półsen w Trójmieście”, za: Magazyn „Cegła”, nr 12.]

Podczas mojego ostatniego pobytu w Gdańsku mieszkałem w hotelu „Wolne Miasto” na ulicy Św. Ducha. Przyjechałem na otwarcie wystawy „Opowiedziane inaczej…”, która mówiła o opowiadaniu inaczej. Przyjąłem zaproszenie, ponieważ od czasu do czasu dorabiam jako opowiadający inaczej. Po udanym wernisażu i kolacji udałem się do hotelu. Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę. Było gorąco. Klimatyzacji nie było. Chciałem zasnąć, więc nie zamknąłem okna, bo zasypiam tylko przy otwartym. Jednak nie dało się spać. Z baru wietnamskiego naprzeciwko co jakiś czas dobiegało tajemnicze „Niechpan sypkoje!”, po czym następował rechot nieustępliwych klientów, którym nie chciało się spać. Zebrałem się w sobie, ubrałem i wyszedłem na ulicę. Podszedłem do Wietnamczyka, ścisnąłem mocno jego ramiona i bardzo wolno wysyczałem: „Niech pan szybko je”. Przestraszył się. Powiedziałem łagodnie: „Powtórz”. Skupił się i powiedział: „Niech pan szybko je”. Uśmiechnąłem się szczerze, puściłem go i wróciłem do łóżka. Wietnamczyk przemówił poprawnie, klienci zjedli, zapłacili i poszli sobie. Bar został zamknięty. Rano wyruszyłem na dworzec. Pod „Wolnym Miastem” stał Wietnamczyk, który szeroko uśmiechnął się do mnie na pożegnanie i krzyknął: „Niech pan szybko jedzie!”. Pomachałem mu i odkrzyknąłem: „Trzymaj się, Niechpan!”.

7 czerwca 2008, {cytat za: http://www.magazyn-cegla.net}


Filed under: Sennisko , , , , , ,

[#17 by K. Dz., zaczerpnięto ze strony: http://greatstaystill.blogspot.com.]

„A dziś śniło mi się, że spotkałem Krzysztofa Kieślowskiego. Okazało się, że nie umarł z powodu problemu z sercem, ale w wypadku. Wypadku w którym jego twarz uległa zniekształceniu. Miał ogromne blizny przecinające wargi. Zaczęliśmy rozmawiać i nawet nie wiem kiedy zacząłem robić mu zdjęcia. Jego twarz na tle pól i drzew ułożonych w geometryczny sposób. Gdy wyszło słońce żałowałem, że mam w mojej Smenie czarno-biały film, ale pomyślałem że tak trzeba, że to Kieślowski. Miałem problemy z ustawieniami czasu i przysłony, bo to przecież Smena i nigdy nic nie wiadomo. Przestraszyłem się, że może lepiej było użyć Zenitha, wiedziałem że mam bardzo mało czasu, chciałem zrobić jak najwięcej zdjęć. Czasu było naprawdę bardzo mało, bo przecież on nie żył. W pewnym momencie spytał: -A jeśli te zdjęcia będą naprawdę dobre? mimo swojego wrodzonego ironicznego tonu głosu dał mi do zrozumienia, że we mnie wierzy. -Wtedy je opublikuję. odpowiedziałem. Krzysztof zaśmiał się bardzo głośno z papierosem w ustach, patrzył mi prosto w oczy, a ja pomyślałem, że to się już nigdy nie powtórzy.”

Filed under: Sennisko , , , , ,

[Zeruya Shalev, „Mąż i żona”, przeł. Agnieszka Jawor-Polak, wyd. I, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004, str. 80.]

„(…) nim padnę na skraju łóżka i zasnę, zauważam, jak na jej talerzu olbrzymieje sznycel, cały, nietknięty, przypomina kształtem daleki, opustoszały kraj, umęczony, podbity, stąpam bosymi stopami po sznyclu, jest wielki i palący, całymi dniami nie widzę żywej duszy, wreszcie spotykam mnicha w czerwonej szacie, ten szepcze przez spierzchnięte wargi, uciekaj stąd, ratuj duszę, kogo tu złapią, tego zmuszają do zmiany wyznania, pytam go, gdzie jestem, co to za kraj, a on mówi, Konwersja, nie słyszałaś o Krainie Konwersji?”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Ledwo zdążyłem

Już kierowca drzwi zamykał, ciche psssyt doleciało do mnie, gdy wbiegłem na peron. Z daleka widziałem jak wrzucał wsteczny bieg i zaczynał kręcić kierownicą, aby wydostać się szeregu innych autobusów. Byłem spocony, ale już spokojny, wiedziałem, że dopadnę do niego, nim się wydostanie i porządnie ruszy. Zresztą pilot już do mnie machał i coś mówił do kierowcy, który, mam wrażenie, spojrzał w moim kierunku dość niechętnie. Ładnie się przedstawiłem pilotowi, pokazałem bilet i rezerwację. „Ma pan szczęście, musieliśmy już ruszać, miejsce parkingowe było wykupione tylko na 15 minut” – powiedział, jakby się tłumacząc, ale raczej sobie, bo na mnie wcale nie patrzył. Potem dodał: „Plecak proszę wziąć ze sobą na siedzenie, wrzuci pan go do luku na najbliższym postoju”. Przechodząc między fotelami nie mogłem sobie z nim poradzić, musiałem go zdjąć i ciągnąć za sobą. Nie patrzyłem na pasażerów, za to wiedziałem, czułem, oni przyglądają mi się pilnie, jakby mnie oceniali, czy osądzali. Prawie słyszałem ich myśli: „To przez tego dupka mamy 15 minut spóźnienia”. Za połową były już wolne miejsca, plecak rzuciłem na siedzenie pod okno, a sam usiadłem na tym drugim. Rozebrałem się ze wszystkich zbędnych ciuchów, zostałem w samym przepoconym tiszercie. Dopiero jak udało mi się unormować oddech, zacząłem się rozglądać i przyglądać współpasażerom. Same pary. „Super”, pomyślałem. Nagle usłyszałem jakiś znajomy, męski głos, dobiegał z przodu. Chwilę trwało nim sobie uświadomiłem, do kogo należy, „Tak, to na sto procent Jacek”, pomyślałem radośnie. Teraz mi się przypomniało, mówił mi, jedzie razem z żoną do Neapolu, ale nie przypuszczałem, że będziemy jechać razem na wycieczkę z tego samego biura. Uznałem, teraz mogę trochę pospać, skoro wiem, nie będę całkiem sam wśród obcych.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[Pierre Péju, „Siostrzyczka Ewa od kartuzów”, przeł. Magdalena Pluta, Wydawnictwo Sic! s.c., Warszawa 2005, str. 57-58 & 67.]

#1 „Często śni mi się taki koszmar: jestem sam w samochodzie, straciłem nad nim panowanie i mam za krótkie nogi, żeby dosięgnąć pedałów; zaraz rozjadę drobniutką postać o woskowej twarzyczce, z której wyzierają rozszerzone strachem oczy. Czasem śnią mi się też tysiące książek, pośród których upłynęło życie Vollarda, teksty gromadzone od czasu dzieciństwa w jego wspaniałej pamięci”

#2 „Czy to właśnie tamtej nocy śniło mi się, że się do niego zbliżam, że rozmawiamy? Stał samotny pod drzewem. Czytał z tym swoim grymasem na twarzy, mając otwarte usta i ściągnięte brwi. Kiedy jakiś trzask wyjawił mu, że tam jestem, podniósł głowę i obdarzywszy mnie swoim jasnym uśmiechem, jakby się ucieszył na mój widok. W moim śnie nie rozmawialiśmy, tylko gestem wskazał mi ukryte w zagłębieniu drzewa wspaniałe książki. Ruchem podbródka zdawał się zachęcać mnie, żebym je sobie wziął i przeczytał.”

Filed under: Sennisko , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!