Hajfa

[niecodziennik]

Pomocny, pomocny niczym Abraham

Patrzę przez okno. Taki powolny obrazek: przed „Smakownią” parkuje mały samochód, wysiadają z niego dwie długonogie dziewczyny, które tak wzruszyły mężczyznę, stojącego pod srebrną markizą „Gobszo”, że do czasu, gdy nie znikną w bramie „Gołębnika”, zapomina żuć gumę, którą ma w ustach. Pewnie zaschło mu w gardle. Ślina zakrzepła pod językiem. Może powinienem przyjść mu z pomocą i zejść na dół ze szklanką wody?

Filed under: Opowiadania, Porażki , , , , , ,

To było we wrześniu

Dziś premiera „Nieludzkiej komedii” Jurka Franczaka. Pierwszy dzień na wystawce w Empiku, niczym pierwszy dzień w szkole. Książka wstydliwie szczerzy się do mnie, została upchnięta między Saramago a Brownem w dziale Polecamy! Kartkuję [„Niestety, nie ma poważnych pokus, ani z zaświatów, ani z tego świat; nie ma żadnych objawień, w których istność ziszcza się na amen – jest tylko milczenie.”], choć dobrze wiem, że dziś jej nie kupię. Nie kupuję książek w Empiku. W prawej kieszeni spodni wibruje telefon, wychodzę na zewnątrz, by przeczytać wiadomość. Justyna przysłała esemesa: „Jesienią się nie tańczy, albowiem jesień to żałoba i żal”. Stoję pod rozłożystym platanem na placu Wolności. Deszcz padał. Padał przed chwilą, gdy byłem wewnątrz. Palę papierosa. Z gałęzi spadają pojedyncze krople prosto na papierosa, mocząc go i uniemożliwiając dalsze palenie. Wyciągam następnego, ale jego żywot jest równie krótki. Muszę wybrać – albo stanę pięć metrów dalej, tam pod daszkiem, albo zrezygnuję z palenia. Na szczęście nie muszę sam o tym decydować, dwóch przerośniętych gimnazjalistów uwalnia mnie od prawie pełnej paczki. Oddałem im ją ochoczo. Może to pierwszy krok, by rozstać się z nałogiem? Czarno wszędzie. Żałobna czerń dominuje. Wszystkie kobiety mają paznokcie pomalowane czarnym lakierem. Ta, która stoi w pobliżu, czarnym paznokciem palca wskazującego prawej ręki, stuka w szybę, by wywołać na zewnątrz tymczasową miłość swojego życia. Czarne czapki, czarne berety, czarne płaszcze, czarne rękawiczki. Czarno widzę. Czarne sukienki powiewają na wietrze. Czarne szale ciągnięte są po chodnikach. Wszyscy mają farbowane, czarne włosy. Wsiadam do tramwaju, który zawiezie mnie na Ogrody. Stojąc na przednim pomoście, nie stąd ni zowąd, przypomina mi się twarz matki, nie matka, sama twarz jedynie, która śniła mi przez całą noc. Na głowie nie miała włosów. Nie miała także rzęs. Nie miała brwi. Chciała coś powiedzieć, ale nie poruszyła ustami, jej głos usłyszałem w głowie. „Synku, jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!” Nie rozumiałem, bo nie chciałem rozumieć. Z odrętwienia wyrwał mnie kolejny esemes od Justyny: „Pamiętaj, szlagiery zimują w zielniku”.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Trzy dni temu

To było w piątek. Wybiła godzina i koniec. Koniec pracy. Koniec pracowniczego tygodnia, czas odpocząć. W końcu można nastawić autoodpowiedź w Outlooku, wyłączyć komputer, zamknąć biuro, zejść na parking. Jacek już czeka przy swoim Citroënie (nie znam się na samochodach, ale ten znaczek to nawet ja rozpoznaję). Kończy palić, strzela niedopałkiem w stronę drzew, wsiadamy. Jacek przekręca kluczyk w stacyjce, odzywa się radio TOK FM, pani miłym głosem/miła pani/ mówi: „Teraz możemy spokojnie porozmawiać”. To prawda. Jacek włącza klimatyzację, radio na chwilę milknie, ale odzywa się ponowie, tym samym miłym głosem: „Tak na poważnie”. Obaj nagle zamarliśmy. Spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy nerwowym śmiechem, bo cóż innego mielibyśmy zrobić?

Filed under: Porażki , , , , , ,

Salon EMPiK, ul. Franciszka Ratajczaka 44, Poznań, dwa tyg. temu

Nie jestem wielkim znawcą twórczości Stanisława Lema. Nie jestem małym znawcą twórczości Stanisława Lema. Wstyd się przyznać, ale poza książkami typu „lektura szkolna” nigdy nie przeczytałem nic innego tego śp. Autora. Jednakże mimo tego mam wrażenie, że ktoś układając książki dobitnie pomylił regały.

Lem w EMPiK

[Stanisław Lem, „Studium wojskowe dla felczerów prowadzić]

Miałem ostatnio taki sen. Śniłem, że jestem w wojsku. Byłem przekonany, że jestem w wojsku. Byłem młody i byłem w wojsku. Właśnie kończył mi się turnus i miałem wyjść do domu. A tu nagle mi mówią, że ponieważ skończyłem medycynę, to mam zostać jeszcze sześć tygodni, żeby szkolić jakichś felczerów. Tak się tym okropnie zmartwiłem i zirytowałem, że się obudziłem.

{notował Bogdan Zalewski, w: „Studium” nr 4(24) 2000, str. 146.}

Filed under: Lekturki, Porażki, Sennisko , , , , , ,

Porządki

Rano jakobe m. przysłał info, że moje oniryczne opowiadanie „Tu Luiu bekniesz” wisi już na stronie „Z ojcem”. Pomyślałem, że wypada coś z tą wiedzą zrobić, jakoś ją spożytkować, aby się zaprezentować, pochwalić i wystawić. Całe dopołudnie zbierałem informacje o tym co, gdzie i kiedy wykręciłem. Zebrałem – chyba – wszystkie numery z sieci, które wywinąłem. I pięknie je wyedytowałem i wstawiłem na podstronę „End”, czyli „o mnie”. Przy okazji znalazłem „Odmalowane historie” [str. 43-51], czyli wiersze, które pisałem latem 2002 roku wespół z Edwardem Pasewiczem. Był to projekt, polegający na poetyckim komentarzu „Książeczki do malowania” Marcina Sendeckiego. Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy pisząc te teksty. Był deszczowy sierpień. Mieszkaliśmy wtedy razem na Dolnej Wildzie. Konrad się już wyprowadził, Machnicka właśnie się wprowadzała. Prawie codziennie po robocie szliśmy na jeden, dwa browary do knajpy „Dedo”, wracając wymyślaliśmy te wiersze. W domu Ed robił kanapki, a ja spisywałem to, co wymyśliliśmy po drodze. Po kolacji Ed kładł się na łóżku, a ja siedząc na fotelu przy ołtarzyku Dalajlamy, głośno czytałem bieżącą produkcję. Wprowadzaliśmy jakieś zmiany i zostawialiśmy do weekendu, wtedy raz jeszcze wszystko sczytywaliśmy i po dwóch tygodniach cały tekst był gotowy. „Odmalowane historie” chcieliśmy wydać w formie książeczki. Próbowaliśmy dogadać się z „Undergruntem”, potem „Ha!Artem”, ale nic z tego nie wyszło. Tekst ukazał się w grudniu 2002 w drugim numerze świętej pamięci „Dwukropka”.

Filed under: Opowiadania, Porażki, Się , , , , , ,

Kanarek i inne ptaszki

Bywa i taki czas, w którym, mimo najszczerszych chęci, nic się nie chce. Takie oto zdanie zostało napisane, jest już, stoi, a w nim sprzeczność, logiczna sprzeczność. Skoro są chęci (i to najszczersze!), to jak to jest możliwe, by się nie chciało nic? Jest tak, bądź też inaczej. Przecież nie może być i tak, i tak. Zarazem i razem. Chęci ograniczają się do „wypada” i „należy”. Jednakże sił brak, by wyjść po za „wypada”. Jednakże sił brak, by zrealizować uświadomione chęci. Pozostają nieuświadomione konieczności. Skoro ktoś pisze maila, to chce odpowiedzi. Skoro ktoś wysyła sms, to chce wiadomości zwrotnej. Skoro ktoś dzwoni, to chce porozmawiać. Skoro ktoś gdzieś zaprasza, to chce się spotkać tam i właśnie wtedy. Wiem o tym wszystkim, wiem, że tak właśnie jest, że tak to właśnie działa. Dlatego przepraszam. Przepraszam tych wszystkich, którym nie odpisałem na maila. Przepraszam tych wszystkich, którym nie odpisałem na sms. Przepraszam tych wszystkich, do których nie oddzwoniłem, których telefonu nie odebrałem. Przepraszam za to, że nie przyszedłem na spotkanie(-a). W wyraźny sposób przykro mi. Jednakże nie miałem siły. Obiecuję w najbliższych dniach (tygodniach?) poprawę. Postaram wziąć się w garść i potrząsnąć sobą porządnie, aby skutecznie się uspołecznić. Wypada, wiem. Jednak co zrobić, skoro większość pomysłów i planów wypada z głowy, ponieważ pozawalam im wywietrzeć. Podlatują, chwilę się pokręcą, a potem myk i już ich nie ma, przelatują lekko gdzieś dalej. Nie łapię ich. Nie gonię. Nie chwytam za ogony. Żadnych kanarków w garści. To jakiś zły czas. Pewnie przesilenie wiosenne. Powoli przechodzi. Tylko poproszę więcej słońca.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Rybnik

W czwartek razem z Adamem pojechałem do Rybnika. Pociąg jadący ze Słupska do Zamościa miał spóźnienie, tylko 90 minut, na szczęście w Gliwicach od razu złapaliśmy autobus PKS-u, który zamiast jechać 35 minut, jechał przeszło 80. A musieliśmy się tam obaj, zresztą obok Mariusza i Przemka, i Konrada, i Macieja, pokazać na konkretną godzinę, bo w ramach wieczoru zorganizowanego w cyklu „Pora Poezji”. Nie wiem, jak się udało Rybie namówić mnie na ten wyjazd. Nie pamiętam. Wolę nie pamiętać. Pewnie musiałem mieć chwilowe, a może mam stałe?, zaćmienie umysłu. Czy coś w tym rodzaju. Fakt, faktem nie lubię jeździć do Rybnika, nie lubię tego miasta. Ono nie istnieje! Zostawiłem je za sobą 15 lat temu i nie chcę do niego wracać, nie chcę wracać do nikogo z tego miasta. Nie chcę wracać w żaden sposób, a tu dałem się namówić. Namówić na udział i współudział. Namówić na wystąpienie w roli „pana poety”. Namówić na pokazanie swojej mordy w pierwszym rzędzie. Strasznie się bałem tam jechać. Bałem się. Najbardziej bałem się, że nagle z cienia wyjdą ludzie, o których już nie pamiętam, o których zapomniałem. Przerażała i paraliżowała mnie ta myśl: na sali mogą pojawić się duchy. Na szczęście było jak zawsze, czyli był jedynie Królik i Znajomi Królika, żadnych zaskoczeń, żadnych niespodzianek. Poważnie mi ulżyło, gdy już było po wszystkim, gdy już można było zacząć rozmawiać.

Gadanie (parafrazując zdeczko MogiłkiPiotra Sommera) to nie moja specjalność, nie jestem w tym dobry, tak naprawdę wolę słuchać, czyli pytać. Dlatego pytam, jak to jest, że czasem wystarczy jeden gest, jedno zdanie, czy nawet słowo i rozpada się wspaniała konstrukcja rozmowy? Wystarczy brak jednego strzelistego aktu szczerości i wszystkie cegły, cegiełki oraz pustaki, które tak sprawnie lepione były ze sobą, rozpadają się. Leżą pod stopami. Zbędna kupa gruzów. Nikomu już nie jest potrzebna. Czy tak? Tak, pewnie tak, skoro leżą i walają się wszędzie. Nie da się ich na powrót ze sobą poskładać. Zaprawa, która je ze sobą jednoczyła, zdążyła wyparować. To był moment.

W pociągu powrotnym chciałem spać. Taki miałem cny plan. Chciałem odespać nocną rozmowę. Z Gliwic do Poznania jest przeszło pięć godzin wolnego czasu, pięć godzin bezczynności, którą sobie rozplanowałem: trochę poczytam „Męża i żonę”(Nat., jeszcze raz dzięki za prezent, ale, wiesz, nie mogę, nie jestem w stanie czytać tej książki w ciągu, zwykle po przeczytaniu 20-30 stron muszę ją odłożyć, ponieważ zbyt silnie ona na mnie działa, na dokładkę nie jest to miła książka, chwilami bardzo mnie wkurza, gdyż introspekcja głównej bohaterki sięga za głęboko, ludzie tak nie spoglądają na/w siebie, nie dbają aż tak mocno o wszystkie wypowiadane słowa, czynione gesty i posunięcia, nie odczuwają tak silnie wszystkich emocji, nie analizują ich tak dogłębnie i to ze wszystkich stron, nie mają aż takiej świadomości, działają raczej instynktownie, intuicyjnie i nawet po fakcie nie potrafią powiedzieć, dlaczego tak a nie inaczej postąpili.), a trochę nowy numer „Tygodnika Powszechnego”, a potem będę spał aż do samego Poznania. Taki miałem cny plan na podróż powrotną. Chciałem spać, ale nie mogłem zasnąć, bo fryzjerki (ups, stylistki!) plotkowały/rozmawiały (???) całą drogę. Wracały z kursu cięcia, no i miały sobie tyle do powiedzenia. Nie nagadały się przez cały tydzień, jaki ze sobą spędziły w hotelu w Krakowie. Dodatkowo jedna z nich, ta młodsza, miała tak drażniący głos i śmiech, że myślałem: „Uduszę ją, tak uduszę. Za chwilę ją uduszę. Niech się zamknie, bo ją uduszę”. Nie udusiłem. Nie przesiadłem się do innego przedziału. Nie spałem. Nie czytałem. Przetrwałem, przetrwałem tylko dzięki muzyce prosto z ipoda w uszy.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Nieudana, ach, wycieczka do pewnego miasta

Londyn. Londyn to miasto, inne miasto. Londyn to miasto Wełny, tam mieszka Uszy. Miasto, gdzieś tam. Miasto rozłożone na wyspie. Miasto pod śniegiem, tam daleko. Miasto, gdzieś na krańcu drugiego pola. Jedno pole, potem drugie, między nimi woda. Przez wodę należy przesadzić się. Najlepiej samolotem. Z lotniska na lotnisko. Prosto. To nie jest skomplikowane. Wsiada się w jednym mieście, a wysiada w drugim. W czwartek samolocik należący do linii Wizz Air, miał kilka minut po szóstej, wystartować z poznańskiej Ławicy, by półtorej godziny później wylądować na londyńskim Luton. „Miał”, bo nie wystartował. Dzień wcześniej Żaba dzwoniła na infolinię Wizz Air, by się dowiedzieć, czy wystartuje, a miła pani z obsługi powiedziała, że wystartuje, ponieważ Wizz Air lata do Londynu mimo śnieżycy. Emocje, emocje. Pakowanie się. Plany, plany. Wstawanie o czwartej rano. Szykowanie kanapek. Przejazd przez miasto. Port i odprawa. Biała jak śnieg Wiewióra, ponieważ boi się latać. Przecież wszystkim wiadomo: Wiewióry nie latają. Wchodzimy na pokład. Siadamy obok siebie. Dzieci krzyczą. Ludzie się przepychają. Wiewióra, pewnie ze strachu, ma lodowate dłonie. Żaba się przesiada. Kapitan przez głośnik mówi, że tymczasem lotnisko w Luton zamknięte, ale za dwie godziny mają otworzyć. Ostatnie słowa kapitana docierają do mnie przez śnieżną zamieć snu. Zasypiam. Snów nie pamiętam. Budzi mnie ciepły głos kapitana, że lotnisko w Luton zamknięte, ale mają za dwie godziny otworzyć. Czuję się zdeczka zdezorientowany, bo nie wiem, czy ktoś cofnął taśmę, czy u mnie się coś zacięło. Stewardesa przechodząca obok, szerokim gestem i z uśmiechem na twarzy zaprasza, do opuszczenia samolotu. Pięknie, myślę, przynajmniej napiję się kawy. Jednak gdy tylko wchodzimy do budynku, z megafonu odzywa się kolejny ciepły głos, tym razem to nie kapitan, informujący nas, że lot z powodu śnieżycy nad Londynem, został anulowany. Jestem przygnębiony. Wypada przebukować bilety. Kolejka jest długa. Wypada cierpliwie czekać. Udaje się. Wiewióra i ja mamy lot w piątek, Żaba w niedzielę. W piątek znów wstawanie o czwartej. I potem wszystkie czynności takie same. I wszystko tak samo. Tym razem już nie wchodzimy na pokład samolotu, tylko od razu ustawiamy się w kolejce do okienka, by przebukować bilety. Na koniec marca. Mam nadzieję, że wtedy śnieg już nie będzie padał.

Filed under: Porażki, Wycieczki , , , , , ,

Panie, Panie

Panie, gdzie jest mój dom? Nie żebym szukał po świecie, tak tylko pytam. Chciałbym wiedzieć, bo wypada. Latka lecą. Z roku na rok więcej i więcej zmarszczek na twarzy. Nie poznałbym siebie na starym identyfikatorze, dobrze, że mają ważność tylko dwa lata. Boli, boli tak samo i się nie oswoi. Jakbym wdychał na raz za dużo powietrza, jakby moje płuca się z nim nie wyrabiały. Przechodzę od scenki do scenki, żwawo, jako żywo nie jestem w stanie w to uwierzyć, że dziecięce obrazy odpłynęły, teraz wiązanie krawata codziennie rano przed lustrem, gładko wygolone policzki, wiara w korporacyjne instrukcje i procedury (kto to czyta?)(no dobra, ktoś i może czyta, bo musiał napisać, ale ktoś to w życie wprowadza? czy ktoś tym żyje?) Żyję od piątku do piątku, raczej: nie żyję między poniedziałkiem a piątkiem, jestem w te dni kukłą. Kłaniam się, odpowiadam, podejmuję decyzję, naciskam, strofuję, wymagam, ale to nie ja, to tylko powłoka: buty wypastowane, skarpetki pod kolor, spodnie na kant, koszula czysta (dwa razy sprawdzić), dobrze zawiązać krawat, czasem marynarka, czasem piękny sweterek. Panie!

Filed under: Porażki ,

Kanapka energetyczna

oto energia: zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz poruszzzzzz zz z zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzz zzzzz zzzz zzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz  zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zz zzzz zzzzzz zzzzzzzzz zzzzzzzzz zzzzzzzzzzz  zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz i już zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz z z z zzzzzzzzzzzzzzzzzzzz z z z z z z  zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzzzz z z zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz z zzzzzzz zzzzz zzzz zzz zz z z z z z z  co ruszzzzzz

Filed under: Porażki ,

Piasek

Cały dzień byłem przygnębiony. Cały dzień czułem się podle. Niewiele rozumiejąc ze swego samopoczucia, chciałem odmienić los, zrobić coś pozytywnego. Za różne rzecz się zabierałem, ale urywałem nawet nie w połowie i nie dlatego, że mnie nudziły, ale dlatego, iż sens się gubił po przysłowiowych „dwóch zdaniach”, dwóch krokach. Nie potrafiłem sobie z tym i z sobą poradzić. Potem wracam do domu, czytam list i chcę odpowiedzieć, bo przecież ciężko pominąć, ciężko zignorować, ciężko się nie odnieść, ciężko zostawić samo sobie. Jednakże słowa do niczego się nie nadają, trafiają w pustkę, nie układają się w żaden wzór. Słowa, to tylko piasek, morze piasku, który zalewa mi usta. Oczy też. Uszy również. Chociaż szufluję łopatą, przerzucam go za siebie, ale wciąż zsuwa się w dół, zasypując wszystkie dobre chęci i potrzeby. I z poczuciem klęski idę spać.

Filed under: Porażki , ,

Kolejny tydzień

Całkiem kopnięty jest ten tydzień. Nie pasuje mi ani trochę. Nie mogę się w nim odnaleźć, co rusz odbijam się o jakiegoś muru. Mam wrażenie, że stoję w miejscu albo i gorzej, że się cofam. Wiem, jest to złudne rozpoznanie. Jednakże nie czuję się przekonany. Zaczęło się od złego poniedziałku. Wstałem za późno, by dojechać do pracy na zwykłą godzinę, więc wsiadłem do taksówki i pojechałem, przez całe bycie tam miałem święte przekonanie, że to jest bez sensu, bo po przeczytaniu wszystkich firmowych mejli, nie miałem co robić, a nie wypadało wychodzić. Z nudów zacząłem spisywać „Dziennik marokański”. Wyszedłem po pięciu godzinach. Wtorek był straconym dniem, nawet nie wiem, przyznaję: nie pamiętam co robiłem. W środę stałem na rondzie Śródka przez 40 minut i czekałem na autobus, najprościej powiedzieć: dwa nie jechały, wypadły, ale wcale nie jestem tego tak pewien, być może je przeoczyłem. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo stałem na właściwym peronie i czytałem „Tygodnik Powszechny”, a dokładnie tekst Grzegorza Jankowicza „O pocieszeniu, jakie daje James Bond”. Za to czwartek był bardzo długim dniem, bo pojawili się jacyś panowie z wizytacją. Ale i tak jak wróciłem do domu, to usiadłem przy kompie i pisałem dalej „Dziennik”, nie wiem kiedy uda mi się go skończyć, bo spisałem dopiero trzy dni z wyprawy, a mam już osiem stron. Nie jestem wcale pewien, czy chcę go kończyć, nie widzę większego sensu w spisywaniu go.

Filed under: Porażki ,

Możesz…

Możesz mieć różne pretensje. Możesz mieć dużo pretensji. Możesz wylewać żale na siebie, na innych. Szukasz winnego, tylko po co? Wiem, nie wszystko jest tak, jak byś chciał. Prawdę mówiąc, niewiele spraw układa się po twojej myśli. Od samego początku, po sam koniec. Ale: „Ja nie pchałem się na ten świat”, ależ: „Nikt cię nie zapraszał”. Końca nie widać, możesz go przeczuwać. Jednak nie daj się zwieść, coś cię jeszcze w międzyczasie czeka. Kolejna strzała przeszywająca szyję, bądź udo. Kolejny nóż w plecach. Kolejne stronnice zapisane drobnym, koślawym pismem, którego nie będziesz w stanie odczytać. Kolejne książki kupione i odłożone na półkę, nie przeczytane z powodu braku czasu, chęci czy ambicji. Nie jestem pewien, czy warto, byś z tego powodu płakał. Rafał ci już kiedyś napisał, że ostatnią osobą, która przeczytała „wszystko”, był św. Augustyn, a to było dawno, dawno temu. Możesz kaprysić. Możesz stroić fochy. Składać pisemną skargę, tak jak teraz. Narzekać jest łatwej, prościej. Wszyscy tak robią. Tylko po co podskakiwać? Po co tracić tak cenny czas?

Nie jest prawdą, że życie składa się z samych zmarnowanych szans. Nie jest też prawdą, że życie składa się z niewykorzystanych okazji.

Filed under: Porażki ,

100 różnych biografii

Czy być zupełnie kimś innym, znaczy robić coś całkiem innego? Mając do wyboru 100 (słownie: sto) różnych biografii, wybrać jedną. Jedną nową, czy jedną inną? Jeśli nową, to wcale nie znaczy inną, różną, ale nie inną. Niekoniecznie inną, ale może być i tak. Niczym szpieg z krainy deszczowców iść za kimś, zobaczyć jego dzień, myśli, zmartwienia, konto, sprawy, problemy (żadnych książek w domu?)(żadnych kotów?), przyjaciół, znajomych. Następnego dnia iść za kimś innym. Przyjrzeć się. Zrobić notatki, a potem wybrać. Żyć obcym życiem, zamiast własnym. Wcielić się, wybrać w zamian. Gdyż to jak widzą nas inni, jest różne do tego jak my widzimy siebie. To pewne. Niezaprzeczalne. Banalne. I nawet nie chodzi o to, który z tych obrazów jest bliższy prawdy. Odkrycie, kto się myli ja/oni, czy my/oni, nie jest niezbędne. Chodzi o wiarę. O to w który obraz wierze i czy chcę go zmienić, czy to ma dla mnie jakieś znaczenie. Jeśli ma, to zaczynam wybierać z tej setki biografii. Każdy inny jest skłonny zgłaszać zastrzeżenia i uwagi. Mając do wyboru czy obraz wewnętrzny (własny), czy obraz zewnętrzny (innych), to wybiorę. Gdy wybiorę wewnętrzny, to usłyszę, że jestem samolubny, zbyt pewien siebie, nie przyjmujący krytyki. A jeśli zewnętrzny, to usłyszę, że jestem miękkim dydkiem zrobiony, podatny na wpływy, bez szkieletu, bez kośćca. Więc na czym ma polegać „złoty środek”? Czy tylko na pilnym wysłuchaniu skarg i zażaleń, bo co ma większe znaczenie: wierność sobie, czy wiara w nieomylność większości? [Dałem A. do przeczytania tych kilka zdań, a ona mi na to: „Produkujesz banały, marnujesz słowa, nie myśl sobie, żeś odkrył Amerykę”. Nie, nie myślę. Wcale nie myślę, piszę.]

Filed under: Porażki ,

Dzień z kawą

po takim dniu jak dzisiejszy, chyba przestanę pić kawę; ewidentnie wszystko się dziś sprzysięgło przeciw mojej kawie, pierwszej, drugiej i każdej kolejnej; zaczęło się o 06:00, gdy powinienem wypić pierwszą, poranną, taką na przebudzenie, wstawiłem imbryczek i poszedłem umyć zęby, jak wróciłem, to sobie do filiżaneczki nalałem, miała być pyszna, a była kwaśna, to pewnie przez odkamieniacz, który nie w pełni został wypłukany; drugą powinienem wypić w pracy, ale okazało się, że mleko się zważyło, więc kawa nie nadawała się do picia; zrobiłem trzecią – czarną, takiej zwykle nie pijam – upiłem tylko ¼ i nie byłem w stanie pić dalej; wróciłem do domu, wypłukałem dokładnie imbryczek, kawa się zrobiła, dolałem mleka i się zważyło, nie miałem czasu iść do sklepu po nowe, bo wychodziłem na konferencję prasową (po co?); po konferencji podano kawę i ciastka, niestety nie było mleka do kawy… jest 18:40, a ja piję pierwszą kawę tego dnia, a powinienem już mieć cztery za sobą.

Filed under: Porażki ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!