Hajfa

[niecodziennik]

Pomocny, pomocny niczym Abraham

Patrzę przez okno. Taki powolny obrazek: przed „Smakownią” parkuje mały samochód, wysiadają z niego dwie długonogie dziewczyny, które tak wzruszyły mężczyznę, stojącego pod srebrną markizą „Gobszo”, że do czasu, gdy nie znikną w bramie „Gołębnika”, zapomina żuć gumę, którą ma w ustach. Pewnie zaschło mu w gardle. Ślina zakrzepła pod językiem. Może powinienem przyjść mu z pomocą i zejść na dół ze szklanką wody?

Filed under: Opowiadania, Porażki , , , , , ,

Cafe Inferno

Niebieskie wnętrze Cafe Inferno na ulicy Jaskółczej, wewnątrz jest ciemnawo, gra muzyka, jakieś swojskie techno. Przychodzę po południu, by sprawdzić, zbadać teren. Zaraz przy wejściu dwóch osiłków, w białych lub kremowych puchowych kurtkach, łapie mnie pod ramiona. Nie stawiam się, jestem tu obcy, niemile widziany. Każdy z obecnych zna moją historię. Widzę, jak pokazują mnie sobie wzrokiem i coś szeptają do siebie. Mili panowie wykręcają mi ręce za plecy, związują, czy też zakładają kajdanki z plastiku, może opaskę, nie wiem, w każdym razie boli. Po kilku minutach ból w nadgarstkach wydaje się nie do zniesienia. Panowie popychają na niebieską kanapę, ze skóry, rozdartą na oparciu. Siedzę, przyglądam się szparze, z której wyłazi żółta gąbka, mam jedynie erotyczne skojarzenia. Jest mi niewygodnie, ale mimo to zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie kopniak w piszczel, boli. Cafe jest już puste, nie ma nikogo, prócz mych przemiłych towarzyszy. Jeden z nich, ten młodszy, mówi: Wstawaj, kochasiu, idziemy. Unoszą mnie i stawiają na nogi. Nie czuję dłoni. Faktycznie wychodzimy z knajpy, idziemy tylko kawałek. Lewa noga mnie boli jak cholera. Wpychają mnie do najbliższej bramy, potem po schodach. Wchodzimy do mieszkania, gdzie trwa impreza. Dużo ludzi, muzyka głośno, znowu techno. Prowadzą mnie dalej w głąb, na sam koniec mieszkania. Wchodzimy do długiej łazienki, jest wąsko, ale „optycznie” szeroko, gdyż na obu ścianach wiszą lustra. Na końcu na podwyższeniu jest sedes, na którym siedzi facet, ma może 14 lat, przed nim klęczy dziewczyna. Widzę ją z tyłu. Ubrana w futro ze srebrnych lisów, robi szczeniakowi loda. Całkiem sprawnie jej idzie, gdy facet wydycha z siebie ostateczny syk rozkoszy, ona odwraca w moim kierunku głowę. Widzę, jak trzyma w dłoni jego fiuta, na twarzy ma spermę, we włosach też, uśmiecha się, jest „zadowolona” ze swego dzieła, znam dobrze tę dziewczynę, to Teresa… Nie rozpoznaje mnie. Pyta kolesi, którzy mnie przyprowadzili: Jeszcze jeden? Dawajcie mi go tuta, ale szybko, bo za chwilę mam randkę.


{przy okazji donoszę, że na stronie „zojcem”, można przeczytać moje opowiadanie „Przedsionek”}

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Czy teksty piosenek są poezją?

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym, prostym słowem na zdane w tytule pytanie, to brzmiałoby ono: „Tak!”. Tak, są poezją. Jednakże nie zawsze teksty piosenek są wierszami. Wiersz rządzi się swymi specyficznymi (niekoniecznie specjalnymi, bo w takim wypadku poeta ociera się o system troskliwiej opieki społecznej) prawami, które nie są do spełnienia w piosence. Nie wszystkie prawa i zasady da się spełnić, zrealizować w tekście piosenki. Dlaczego? Ponieważ piosenka musi być komunikatywna i zrozumiała na ‘pierwsze ucho’, przy pierwszym, czy też drugim słuchaniu. I to jest główna i zasadnicza różnica, gdyż wiersz nie zawsze musi być zrozumiały, jasny i przejrzysty. Jeśli miałbym przywołać autora/tekściarza, którego teksty są poezją, to od razu przychodzi mi do głowy niejaka Ursula Rucker. Chociaż to nie jest dobry przykład, gdyż ona po prostu jest amerykańską poetką…

{cały tekst dostępny na stronie http://niedoczytania.pl}

{dodatkowo informuję, że opowiadanie „Trzech mężczyzn” dostępne na stronie Ojca}

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Zapalniczka Zippo

Miejsce Japonek jest w Japonii. To oczywiste. To bezdyskusyjne. Dlatego dziewczyna Łukasza wczoraj odleciała do kraju kwitnącej wiśni samolotem linii KLM Royal Dutch Airlines. Wylatywała do Osaki z Okęcia. Do Warszawy jechała pociągiem. Piękny Lolo nie próbował jej zatrzymać. Myślę, że bardzo cierpiał, bo nie mógł z nią zaznać rozkoszy miłości oralnej. Nawet na dworzec jej nie odprowadził. Sama musiała dźwigać swoje bagaże. Szansę na prawdziwe szczęście przy boku Łukasza wykorzystała Jola, która, gdy tylko rozeszła się po firmie pogłoska o wylocie Tsujiko, podeszła do niego i przy wszystkich bez skrępowania oświadczyła: „Kocham cię. Kocham cię. Od zawsze cię kocham, całe dwadzieścia lat na ciebie czekałam. Rozumiesz? Więcej nie chcę czekać. Będę ci wierna, zobaczysz, i będę robić tobie te wszystkie rzeczy, których nie robiło to skośnookie dziwadło. Bądź ze mną, proszę.” Dobrze, odpowiedział Łukasz. Potem przytulili się, pocałowali i każde z nich wróciło do swoich firmowych zadań. Piękny Lolo do czyszczenia tokarek, a Jola do wystawiania faktur. Jola była młodą i zdrową dziewczyną. Najzupełniej normalną. Miała usta, zęby i język. Dla Pięknego Lola musiała, to być wielka odmiana. Przez cały tydzień chodził jak zaczarowany z podkrążonymi oczami. Był taki szczęśliwy. Trochę mu zazdrościłem. W piątek wieczorem podszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, życzę ci, by ktoś ciebie tak kochał jak ona mnie. Tak mocno i prawdziwie.” Dziękuję, odpowiedziałem. Co innego miałem odpowiedzieć? Nowa dziewczyna Łukasza paliła papierosy. A on nigdy nie palił, bo był biegaczem. Paliła dużo, jak sama mówiła, do trzech paczek dziennie, ale tylko cienkie i miętowe. Łukasz bardzo ją kochał i dlatego nie miał nic przeciwko temu, by paliła nadal, nie kazał jej rzucić. By pokazać, że akceptuje ją właśnie taką – wciąż i wciąż z papierosem w dłoni, kupił jej benzynową zapalniczkę (z wieczystą gwarancją) firmy Zippo. Kupił w internetowym sklepie Efco.pl. Kazał wygrawerować na niej napis piękną, gotycką czcionką: „Mojemu kochanie, by się zawsze na mnie paliła”.

Miesiąc później, okazało się, że Jola nie kocha już Łukasza, że kocha kogoś innego. Kocha tak mocno, że nie może dłużej spotykać się z Pięknym Lolem. Na znak ostatecznego rozstania, Łukasz chciał od niej odebrać darowaną zapalniczkę Zippo. Ona nie chciała oddać, mówiąc, że jest wieczną pamiątką po pięknych chwilach. Jednak Łukasz się upierał. Ona obstawała przy swoim. Nie mogli dojść do porozumienia. Zaczęli na siebie krzyczeć. Ostatecznie Łukasz powiedział „To spierdalaj suko” i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Jola wyszła za nim, poszła na dwór, zapalić, tak się zdenerwowała. Oczywiście przypalała papierosa zapalniczką Zippo. Piękny Lolo, który skrył się za rogiem budynku, tylko na to czekał. Podbiegł do niej i chciał wyrwać swoją zapalniczkę Zippo z jej dłoni. Ona trzymała mocno, trochę się szarpali. Kopnęła go w jądra, bolało, skulił się. Wyprostował się po chwili i uderzył pięścią w twarz. Jolę oszołomił cios, przewróciła się na plecy jak długa, na szczęście upadła na trawę obok pomarańczowego kosza na śmieci z logiem Vox. Usiadł na niej okrakiem, na biodrach. Bił tak długo pięściami po twarzy, aż zaczęła pluć krwią i zębami. Zapalniczka Zippo wypadła z dłoni Joli przy upadku, leżała jakiś metr do nich. On tego nie zauważył. Wstał z niej zmęczony, ze spoconą twarzą i mokrymi włosami. „Mogłaś mi ją oddać, należy do mnie, tak jak ty kiedyś”, wycedził szeptem przez zaciśnięte zęby. Czekała na chwilę, gdy tylko będzie wolna od jego ciężaru. Sprawnie chwyciła zapalniczkę w obie dłonie i skuliła się. Wtedy ją kopnął. Coś nieprzyjemnie gruchnęło. Wzdrygnął się, chyba zawahał. „Jest moja. Dałeś mi. Nie oddam”, wymamrotała Jola, wyraźnie sepleniąc. Wtedy kopnął ją drugi raz i trzeci. Nie przestawał jej kopać, sapał i zipał, taki był zmęczony. Następnego dnia Jola nie przyszła do pracy i nikt nie wiedział dlaczego.

[To i inne 6 opowiadań można przeczytać na stronie: http://neurokultura.pl ; się polecam.]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Porządki

Rano jakobe m. przysłał info, że moje oniryczne opowiadanie „Tu Luiu bekniesz” wisi już na stronie „Z ojcem”. Pomyślałem, że wypada coś z tą wiedzą zrobić, jakoś ją spożytkować, aby się zaprezentować, pochwalić i wystawić. Całe dopołudnie zbierałem informacje o tym co, gdzie i kiedy wykręciłem. Zebrałem – chyba – wszystkie numery z sieci, które wywinąłem. I pięknie je wyedytowałem i wstawiłem na podstronę „End”, czyli „o mnie”. Przy okazji znalazłem „Odmalowane historie” [str. 43-51], czyli wiersze, które pisałem latem 2002 roku wespół z Edwardem Pasewiczem. Był to projekt, polegający na poetyckim komentarzu „Książeczki do malowania” Marcina Sendeckiego. Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy pisząc te teksty. Był deszczowy sierpień. Mieszkaliśmy wtedy razem na Dolnej Wildzie. Konrad się już wyprowadził, Machnicka właśnie się wprowadzała. Prawie codziennie po robocie szliśmy na jeden, dwa browary do knajpy „Dedo”, wracając wymyślaliśmy te wiersze. W domu Ed robił kanapki, a ja spisywałem to, co wymyśliliśmy po drodze. Po kolacji Ed kładł się na łóżku, a ja siedząc na fotelu przy ołtarzyku Dalajlamy, głośno czytałem bieżącą produkcję. Wprowadzaliśmy jakieś zmiany i zostawialiśmy do weekendu, wtedy raz jeszcze wszystko sczytywaliśmy i po dwóch tygodniach cały tekst był gotowy. „Odmalowane historie” chcieliśmy wydać w formie książeczki. Próbowaliśmy dogadać się z „Undergruntem”, potem „Ha!Artem”, ale nic z tego nie wyszło. Tekst ukazał się w grudniu 2002 w drugim numerze świętej pamięci „Dwukropka”.

Filed under: Opowiadania, Porażki, Się , , , , , ,

Dwie książki Eco [fragm.]

(…) Wrócił do domu po miesiącu. Wszedł do pokoju, który dzielił z siostrą. Dzielił dosłownie, w poprzek stała meblościanka, która rozdzielała pokój na dwie nierówne części. Do niego należała ta z oknem, a do siostry ta z drzwiami. Był zmęczony. Zwalił się do łóżka w ubraniu. Nim zasunął, zauważył jeszcze, że na półce brakuje dwóch książek Umberto Eco. Następnego dnia przeszukał pokój, bo pomyślał, że może siostra się nawróciła i zaczęła czytać, jednak nigdzie nie znalazł „Imienia róży” ani „Wahadła Foucaulta”. A przecież były to bardzo charakterystyczne książki. Grube, w twardej czarnej oprawie. Wyglądały trochę jak Biblia babci Marii. Zapytał matkę, co się stało z jego książkami. Musisz pogadać z ojcem – odpowiedziała mu. A co on ma z tym wspólnego?, dopytywał, Przecież ojciec nie czyta nic poza „Przewodnikiem krzyżówkowicza”. Sam musisz z nim porozmawiać, autorytarnie stwierdziła matka. Czekał na ojca przed blokiem do wieczora. Jak tylko go spostrzegł, wychodzącego zza rogu, podbiegł do niego i zapytał: Gdzie są moje książki? Spaliłem – odpowiedział ojciec zmęczonym głosem. Jak to spaliłeś?, dopytywał. Normalnie. Wrzuciłem do pieca, podlałem rozpuszczalnikiem i podpaliłem, odpowiedział. Ojciec się nawet nie zatrzymał. Nie spojrzał na niego. Szedł dalej, zaczynał właśnie wchodzić po schodach do domu. Złapał go za ramię i odwrócił do siebie. Dlaczego je kurwa spaliłeś!? To były moje ksiązki! Sam je sobie kupiłem, za swoje pieniądze!, krzyczał do niego. W odpowiedzi usłyszał: Przez nie do domu wszedł Szatan. Zrozum, musiałem je spalić – spokojnie odpowiedział ojciec. Co? – zapytał zbity z tropu. Nie chce mi się teraz gadać. Muszę coś zjeść i się przespać. – Jak to nie chce ci się gadać? Spaliłeś moje dwie książki! Ojciec odpowiedział: Synu, a jak by tobie cały dzień pot w pracy ciekł po jajach, to potem chciałoby ci się gadać? Dał spokój. Pozwolił mu iść do domu. A sam poszedł nad staw. Nic z tego nie rozumiał. Jaki Szatan? Co za Szatan? Co on ma wspólnego z książkami Eco. Chciał się utopić w bagnie, ale było za płytkie. Wciągnęło go jedynie po kolana. Kiedyś, jak był małym chłopcem, myślał, że bagno jest bardzo głębokie. Chłopaki zza torów gadali, że krowy Kalinowskiego się w nim topiły. Teraz już wiedział, że to nie była prawda, że jedynie szydziły z jego łatwowierności. Ojciec czekał na niego w kuchni. – Siadaj – powiedział, nie zwracając uwagi na jego brudne spodnie i buty. – Tydzień po twoim wyjeździe na egzaminy i kolonie, zacząłem strasznie pić. Wpadłem w ciąg. Nie potrafiłem przestać. Matka nie mogła tego wytrzymać. Wzięła ze sobą twoją siostrę i przeniosła się do babci. Babcia, oczywiście jak zawsze, zaczęła ją nawracać. Czytała jej fragmenty Pisma Świętego. Opowiadała o Raju i Armagedonie. Zresztą sam wiesz, jak to wygląda. Wysłały do mnie dwóch Starszych ze zboru w Orzeszu, którzy przyszli wcześnie rano. Teraz myślę, że tak to sobie zaplanowali, bym był choć trochę trzeźwy. Pół dnia z nimi rozmawiałem. Znaczy się oni odpowiadali na moje wszystkie pytania. Mówili tak sensownie, że aż mi się ciepło robiło na sercu. Zapomniałem o tym, by się napić. Zacząłem płakać. Przepraszać. Mówiłem, że nie byłem sobą. I wtedy oni bardzo się zainteresowali. Zaczęli mnie wypytywać o to, co czułem i jak. W końcu powiedzieli, że zostałem opętany. Widzą, że jestem dobrym człowiekiem, dlatego moje opętanie musiało mieć źródło zewnętrzne. Przeszukali cały dom. Znaleźli te twoje dwie ksiązki. Obejrzeli dokładnie okładki. Przeczytali kilka stron i powiedzieli, że zostały podyktowane przez Szatana i że trzeba je spalić, by Zły z nich już więcej nie wychodził. Zatkało go całkiem. Nie wiedział, co odpowiedzieć ojcu, ale ten przyszedł mu z pomocą. – Robię sobie herbaty, chcesz też?

- – -

[się chwalę, się polecam: całe opowiadanie oraz 5 innych można przeczytać w najnowszym – czternastym – numerze sopockiego magazynu holograficzno-literackim „Korespondencja z Ojcem”]

[opowiadania pochodzą z niewydanego zbioru opowiadań „Wycieczka do Hajfy”; zbiór ten pewnie się nigdy nie ukaże, gdyż żadne z wydawnictw, do których go słałem, nie wykazało chęci wydania go; dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany przeczytaniem całości, to proszę zostawić informację w komentarzu, a prześlę maszynopis; bez odbioru]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Widoczek, jeden z wielu

Wstaję późno, ponieważ do 04:00 czytałem komiksy, „Misterium” i „Chorą miłość”, nic specjalnego, czekam na „Furie”. W kuchni bulgocze kawa. Wypada iść i zalać. Więc idę i zalewam. Wracam do pokoju i staję przed oknem. Podciągam żaluzje. Skąd się biorą te wszystkie robaczki, żuczki i muszki leżakujące spokojnie, już zasuszone, na parapecie? Owadzie cmentarzysko, raczej cmentarzyk, z mojej perspektywy. Otwieram okno. Wychylam się, by popatrzeć. Patrzę i widzę: sobotnia ulica, na pierwszy rzut oka – nic specjalnego. A jednak… Na miejscu parkingowym pod Agencja Inwestycyjną (w sobotę czynne od 09:00 do 17:00) stoi biały Caravan Chrysler Dodge firmy „Usługi Pogrzebowe. W.Dobrowolski-Hernes”, na nim szczerzy się czarny napis: „Międzynarodowy transport zmarłych. 24h”. Chwilę zastanawiam się, dlaczego nie jest napisane „międzynarodowy transport zwłok”, bądź „międzynarodowy transport trupów”? Ale tylko chwilę o tym myślę, gdyż zaraz widzę tęgą matkę, ubraną w kwiecistą sukienkę z wielką plamą potu między piersiami, która wyciąga z vana bocznymi drzwiami małą dziewczynkę, może dwuletnią. Unosi ją wysoko nad głowę, dziewczynka śmieje się radośnie, a matka dyszy z wysiłku. Obok stoi spacerowy wózeczek i przygarbiony pan Janeczek, ubrany jak zwykle w ciemną marynarkę, starą koszulę i wyświechtany krawat, stoi z rękoma splecionymi za sobą na plecach. Pan Janeczek coś mówi do otyłej kobiety, ale ona nie słucha, bądź udaje, że nie słucha. Sadza dziewczynę do wózeczka i odjeżdża w stronę Chwaliszewa. Pan Janeczek zostaje całkiem sam na chodniku, chociaż przechodzą obok kobiety, dziewczyny, faceci i babki, mężczyźni, nastoletni i nastoletnie, tatusiowie z dziećmi, on patrzy za otyłą kobietą i jej córeczką, a ja patrzę na niego.

Filed under: Opowiadania , , , , , ,

Promocja „Cegły”

tak przy okazji, jakiej znowu okazji? są jeszcze jakieś okazje? bywają? miewasz? dobrze, dajmy na to, że przy okazji dzisiejszej niedzieli, niedzieli w Poznaniu, gdy za oknem świeci słońce, gdy za oknem wieje wiatr i podobno jest dość chłodno, nie wiem, nie byłem na polu, choć wypada wyjść, ale to potem, teraz okazja: przy tej niedzielnej sposobności subtelnie donoszę o mojej wizycie we Wrocławiu, prawie dwa tygodnie temu, za dwa dni we wtorek będzie równo dwa tygodnie, razem z Adamem Kaczanowskim pojechaliśmy na spotkanie Szerokość Poetycka Zero, promujące 15 numer Magazynu Materiałów Literackich „Cegła – Spisek”, promowaliśmy m.in. siebie i magazyn, obok nas byli też inni promujący: Darek Foks, Kamil Zając, Konrad Góra; ja promowałem po Kamilu, a po mnie promował Adam, promowałem dwa opowiadania, które zostały wydrukowane w bieżącym numerze „Cegły”: „Przedsionek” oraz „Zanikanie”, proponuję poczytać.


Filed under: Opowiadania, Się, Wycieczki , , , , , , ,

Z nad morza przywieźliśmy

żywe ryby, znaczy się: żyły jeszcze, gdy podpity rybak wkładał je do foliowej torby z logiem „L’Oréal”. Chciał za nie jakieś śmieszne pieniądze, aż wstyd mi było tylko tyle płacić. Na szczęście nie miałem drobnych, a on nie miał jak wydać. Minął rok, a ja nadal pamiętam jego szorstkie dłonie. Ryby, to były chyba flądry. Nie znam się na tym, ale tak mi się wydaje. Nie chciałaś na nie patrzeć, one na ciebie zresztą też nie. Patrzyły gdzieś na bok, tym swoim krzywym okiem. Przestałem mielić. Pracuję nad swoją śmiercią. Od urodzenia? Nie znam twarzy o swoim imieniu. Mówią o mnie, jakby mówili o mnie. I taki refren śpiewany głośno do lustra: „Byłam głęboko/przekonana”. I ja również? Denna była zima, ani grama śniegu. I pogoda była denna. I skończyło się, choć tym razem miało się obyć bez końca. Tym razem mieliśmy się obyć bez końca.

Filed under: Opowiadania , , , , ,

Apokryf (z Lecha D.)

To mogło być w tym słynnym 1984 roku, mieszkałem wtedy z rodzicami na Śląsku. Dwa lata wcześniej widziałem czołgi na ulicach prowincjonalnego miasteczka na Kaszubach: na rozgrzanym asfalcie głębokie ślady gąsienic. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec pracował od pięciu lat jako górnik w KWK „Jankowice”, matka pracowała od roku jako lakiernik w Hucie „Silesia”. Ojciec należał do „Solidarności”, a matka do OPZZ. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec przywoził z pracy szczapy drewna, a matka zupy w słojach. Matka nie chodziła do kościoła, a ojciec nie chodził do sali królestwa Świadków Jehowy. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Któregoś wieczoru, w tym słynnym 1984 roku, ojciec nie wrócił po pracy do domu, więc matka poszła go szukać. Osiedle nieduże, nie mógł się głęboko zaszyć, tak pewnie myślała. Wrócili razem nad ranem. Ojciec usiadł na krześle w kuchni, zdjął koszulę a matka zaczęła mu obmywać plecy wywarem z rumianku. Stałem w drzwiach swego pokoju i nie miałem odwagi o nic pytać. Starałem się nie patrzeć na jego sine plecy. Tego dnia, następnego zresztą także, nie poszedłem do szkoły, ojciec mi zakazał. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć.

Filed under: Opowiadania , , , , , ,

Psia ferma

Przez przypadek natknął się w necie na artykuł o mężczyźnie z Teremisek, który za 450 zł na miesiąc musiał utrzymać siebie i swoją ułomną ciotkę. Musieli sobie jakoś radzić, dlatego 50-letni mężczyzna założył przydomowe schronisko dla bezdomnych psów. Sąsiedzi z okolicznych wiosek często przyprowadzali mu znalezione lub niechciane kundle, chociaż dobrze wiedzieli co się z nimi stanie. Pewnie między sobą rozmawiali o bestialskim postępowaniu ze zwierzętami. Jednak nie miał innego wyjścia, przecież musiał zabić, obedrzeć ze skóry, poćwiartować, ugotować, by potem razem z ciotką zjeść je na obiad. Podobno, żeby mięso było smaczne i łatwo odchodziło od kości, przed zabiciem trzymał psiaki w workach i bił drewnianą pałką. Na posesji za domem policjanci (bo w końcu ktoś doniósł na niego władzy) odkryli 25 drewnianych kojców. Wewnątrz znajdowało się 17 żywych psów. W zamrażalce w piwnicy znaleźli poćwiartowane szczątki 2 lub 3 psów, nie udało się tego jeszcze dokładnie ustalić. Na jutro zamówiona jest ekipa, która przekopie sad w poszukiwaniu psich grobów. Po przeczytaniu artykułu, głośno pomyślał: „Ciekawe jak smakuje mięso z psa?”. „A ciebie to już całkiem pojebało, co?” – odpowiedziała, choć wcale jej nie pytał. Wyszedł do kuchni, by spokojnie przemyśleć pomysł złotego interesu, który powoli zaczynał kiełkować w jego głowie. „A może tak, zamiast kurzej fermy i ubojni drobiu, którą próbuje mi sprzedać Ka., zainwestować i otworzyć fermę psów razem z ubojnią? Polskiego rynku pewnie bym nie podbił. Polacy nie są gotowi jeść psie mięso. Chociaż jedzą jagnięcinę, wołowinę, koninę, baraninę, sarninę, cielęcinę. Mięso z dzików, królików, gołębi, strusi. Chociaż można w naszym kraju kupić nutrie żywe i ich mięso, kiełbasy i jadalne podroby nutriowe. Polacy pewnie psiego mięsa lub kiełbasy by nie tknęli, w końcu pies to przyjaciel człowieka, może nie taki wielki jak koń, jednak przyjaciel. Nie ma potrzeby bym się martwił o rynek zbytu, bo Żółty Daleki Wschód stoi otworem. Całość uboju pójdzie na eksport. Podbiję dalekowschodnie rynki świeżym towarem. I tanim! A w naszym kraju zniknie problem bezpańskich psów. Będzie można pozamykać wszystkie schroniska dla kundli, które właściwie są przecież hospicjami. A nadwyżkę świeżego mięsa będę sprzedawać jako karma z psów dla kotów.” „Co robisz w kuchni? Może byś herbaty zrobił, jak tam jesteś?” – krzyknęła. „Dobrze. „Co tam mruczysz? Hę? Pewnie znów piszesz, któreś z tych swoich durnych opowiadań. Lepiej wymień kotom piasek, bo śmierdzi.”

Filed under: Opowiadania , , , , , , ,

DDD

Prowadzę małą firmę o nazwie „DDD”, czyli „Dyskretna Delikatna Defloracja”. Dokładnie, to jestem współwłaścicielem z Janem Kowalskim. Jestem dyrektorem ds. marketingu, a Jan odpowiada z papierkową robotę, za faktury, rozliczenia, podatki, czyli za to wszystko, na czym się nie znam. Firma nasza wkroczyła na zupełnie dziewiczy rynek – specjalizujemy się w defloracji. Nikt przed nami się nim nie zajmował na taką skalę. Co prawda działali (i wciąż działają) jacyś partacze, którzy wykonywali chałupnicze i dorywcze prace tego rodzaju. Działamy na rynku niecały rok. Mamy swoją piękną stronę www.dyskretnie-a-dobrze.pl ze zdjęciami naszych chłopaków w całej okazałości i we wszystkich możliwych pozycjach Kamasutry. Mamy pracowników terenowych, którzy reprezentują nas na zewnątrz, a w biurze mamy miłą i nawet młodą sekretarkę. Dziewczyny i kobiety mogą się do nas zgłosić telefonicznie, bądź wysłać maila, wypełniając formularz zgłoszeniowy, który jest do ściągnięcia ze strony. Można też osobiście przyjść, zamówić z katalogu wybranego chłopaka, który w miłej i przyjaznej atmosferze dokona ceremonii. Firma wciąż jest mała, dlatego w katalogu jest jedynie 7 chłopaków. Mamy zapisy na pół roku do przodu. W swojej ofercie posiadamy również ekspresowe usługi pozbycia się hymenu, jednak wtedy do takiego zgłoszenia jedzie Jan, bądź ja. Szczycimy się tym, że nigdy nie mieliśmy reklamacji na nasze prywatne usługi. Hasło reklamowe firmy brzmi: „Zrobimy to dobrze. Gwarantujemy przyjemność albo zwrot poniesionych kosztów!”.

W agencji reklamowej „Zdanowicz & Zdanowicz”, oglądam naszą próbną prezentację przygotowaną dla TV Kulturalna, zrobioną w formie antyreklamy, w której przeciwstawione są ze sobą dwa sposoby defloracji. #1. Dziewczyna może to zrobić sama, może sama siebie pozbawić błony dziewiczej za pomocą specjalistycznego urządzenia, które jest do kupienia w aptece lub supermarkecie. Polega to na tym, że wkłada sobie w pochwę małą rurkę z gumy, potem musi ją napompować i już. Jest wtedy dużo krwi, boli, ale niby problem z głowy. #2. Lub może zamówić jednego z naszych chłopaków i wtedy jest bardzo przyjemnie. Świece, czerwone wino, wspólna kąpiel w wannie, rozmowa, czułe słówka. Cena jest bardzo przystępna i konkurencyjna wobec firm oferujących podobne usługi.Reklama mi się nie podoba, jest nudna i łopatologiczna. Proszę, by przygotowali następną, w której usługi naszej firmy będą przedstawione jako jedyne, właściwe rozwiązanie.


[tekst pierwotnie ukazał się w listopadzie ’08 na stronie PKPzin]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Antylopy

Początkowo nie rozumiał, co mówi przyjaciel, który rysował rękoma w powietrzu długie, proste linie. Machał przed twarzą małymi jak wróbelki dłońmi, z których kapały krople potu. Jakiś czas temu zauważył, gdy przyjaciel się denerwował lub czymś podniecił, pociły mi mu się dłonie. Pociły to mało powiedziane. Robiły się mokre.
– Oddychaj głęboko, powoli – zaproponował – Wdech. Wydech. Równo. Potrafisz! Uspokój się i spróbuj jeszcze raz od początku. Dawaj! Co chcesz powiedzieć?

– Umhu, zaraz.

– Dobrze, tylko spokojnie. Spróbuj teraz.

– Ziemia jest płaska, rozumiesz? Płaska jak stół. Płaska!

– Tak i co z tego? – odpowiedział Andrzej.

– Nic nie kumasz! Na dole też jest świat. To tam ludzie chodzą na rękach i tam żyje Diabeł tasmański. Nie musimy płynąć statkiem, by się tam dostać. Możemy przekopać się na Antylopy.

– Chyba Antypody – bezczelnie wtrącił Karol, który jak zwykle stał obok i podsłuchiwał.

– Jeśli mówię, że Antylopy, to Antylopy – odburknął mu Jurek. – Idź usiądź na swoje drzewo.

Andrzej odetchnął głęboko, ulżyło mu, bo zrozumiał, że Jurek ma rację. Chcieli popłynąć na Tasmanię, by pogadać z Diabłem. Sądzili, że Diabeł ma z nimi coś wspólnego, że coś wie, że wie dlaczego i jak. Planowali podróż od wielu miesięcy.
– Pomyśl, jeśli wykopiemy dół, bardzo głęboki i bardzo szeroki dół, to przedostaniemy się na drugą stronę. To nie może być daleko. Rozumiesz, co to dla nas znaczy? Będziemy po drugiej stronie.

– W końcu! – radośnie odpowiedział Andrzej.

– Tak, w końcu będziecie – odezwał się nagle Karol. – Ale jakbyście posłuchali mnie wczoraj, to już dziś byśmy tam byli.

Skoro można w dół, to można i w górę. A wy nie chcieliście mi wierzyć. Mogliśmy polecieć. A teraz sami widzicie, kto miał rację.
Żaden z nich nawet na niego nie spojrzał. Może i on potrafi nadal latać, myśleli, tak jak mówi, ale Jurek i Andrzej panicznie bali się tracić grunt pod nogami, każdy normalny człowiek wie, że Bóg zabronił ludziom latać rok temu, dlatego wolą grzebać w ziemi.

– W takim razie postanowione, kopiemy, trzeba kopać, a potem wystarczy wejść do dołu i wyjść po drugiej stronie. Na Antylopach.
– Tak, na Antylopach – ze zrozumieniem kiwał głową Andrzej – tylko kiedy mamy kopać? Wciąż nas pilnują. Boją się, że znikniemy tak jak Sławek, który tydzień temu w niedzielę wyszedł tylko po fajki i zapomniał wrócić.

– Możecie kopać po obiedzie, kiedy wszyscy inni będą leżakować – podsunął Karol.

– Karol ma rację – po dłuższym zastanowieniu przyznał Andrzej.

– Dobra, zrobimy to jutro po obiedzie – postanowił Jurek. – Przed obiadem się nie opłaca. Kiedyś już kopałem, sam, byłem już chyba bardzo blisko, bo słyszałem krzyki, smażonych się w kotle z oliwą. Wtedy myślałem, że za chwilę pogadam z Diabłem, ale zawołali mnie na obiad. Teraz będziemy mieli całe popołudnie i jest nas dwóch.

– Trzech – wtrącił Karol.

– Super, to jesteśmy umówieni. Jutro po obiedzie, kiedy wszyscy inni będą leżakować, spotkamy się w parku i wykopiemy wielki dół, by przez niego dostać się na Antylopy.

– Antypody – poprawił.

– Antylopy, Antypody? Jakie to ma znaczenie, skoro w końcu pogadamy z Diabłem tasmańskim.

– Zasadnicze.

– Zasadnicze, czyli jakie? – dopytywał się Andrzej, ale nie uzyskał odpowiedzi, bo Karol poszedł do toalety.

Następnego dnia całe przedpołudnie się unikali. Wcale się nie umawiali, że nie będą ze sobą rozmawiać, że nie będą ze sobą siedzieć przy śniadaniu, że nie pójdą na te same zajęcia grupowe. Ich zachowanie zaniepokoiło mniej doświadczony personel zakładu. Ani salowa, ani lekarz dyżurny nie widzieli w tym nic niezwykłego. Szeptano, że w niezwykłej, bo nierozłącznej trójcy nastąpił w końcu rozłam, że teraz ich rekonwalescencja nastąpi sprawniej. Unikali się, spotkali się dopiero w porze leżakowania innych pod drzewem w parku, pod drzewem, z którego zwykle odfruwa (tj. spada) Karol. Każdy z nich miał swoje narzędzie do kopania. Andrzej szpadel z niebieskim trzonkiem, Karol kilof, a Jurek grabie. Bez słowa zaczęli kopać. Mieli bardzo poważne miny, zdawali sobie sprawę ze znaczenia swojej misji.

Najpierw Karol kilofem spulchnił ziemię, ponieważ musieli przekopać się przez trawnik. Andrzej wyrzucał ziemię na górę, a Jurek odgarniał ją na boki. Kopanie szło im dość łatwo, jasno wyznaczone były role i zadania. Przynajmniej na początku. Potem musieli zacząć jeszcze raz, gdzieś w większej odległości od drzewa, gdyż korzenie dobitnie utrudniały dalsze kopanie. Ale nie przejęli się tym zbytnio, bo skoro chcieli dostać się na drugą stronę, to byli przygotowani na pewne trudności. Wiedzieli, że nie można się tak łatwo dostać na Tasmanię do królestwa Diabła. Zdawali sobie sprawę, że napotkają jakieś nieprzyjemności. Najważniejsze, że nie pojawił się anioł z ognistym mieczem. Tak się pocieszali. Zresztą nie zwracali uwagi na trudności i bariery, mieli ważną misję do wypełnienia, a czas się kurczył. Starali się kopać szybciej, Jurek mniej ziemi odgarniał na boki. Byli spoceni, brudni, ale szczęśliwi, bo wiedzieli dlaczego tak się wysilają. Nagle Andrzej powiedział:

– Cicho! Chyba coś słyszę.

– Co? – zakrzyknęli dwaj pozostali kopacze.

– Pst! Psyt! Psyt! Zamknijcie się. Nie ruszajcie się i przestaniecie oddychać. Chyba słyszę skwierczenie oleju. Musimy być blisko!
– Daj posłuchać – powiedział z góry Jurek i zszedł na dno dołu, który był już poważnej głębokości.

I nagle ziemia się zaczęła się osuwać z góry. I przysypała trzech mężczyzn, którzy chcieli przekopać się na drugą stronę, do kraju gdzie ludzie chodzą na rękach.

Filed under: Opowiadania , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

grudzień 2009
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!