Hajfa

[niecodziennik]

Morela [fragm.]

Droga do sklepu prowadzi obok drzewa moreli. Oczywiście ulica ma dwie strony i mogłabym je ominąć. Z powodu moreli niemożliwością jest tak po prostu pójść do sklepu. Poprzez wybór strony ulicy muszę się zdecydować, czy odwiedzę drzewo, czy też je ominę. Decyzja ta nie wiąże się z wielkimi emocjami. Mówię sobie: zobaczymy, jak dziś wygląda, albo: niech zostawi mnie dzisiaj w spokoju. To nie ojciec zmusza mnie do tych odwiedzin, nie wieś, nie kraj – żadna tęsknota za ziemią rodzinna. Drzewo nie jest ani obciążeniem, ani ulgą. Stoi sobie tutaj tylko jako posmak czasu. To, co zgrzyta mi w głowie, gdy zbliżam się do niego, to pół na pół cukier z pisakiem. Słowo morela brzmi dla mnie pieszczotliwie.”

[Herta Müller, „Król kłania się i zabija”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005, str.15.]


1. Kilka lat temu na spotkaniu autorskim w Poznaniu Herta Müller opowiadała o intuicyjnej różnicy jaką „widzi” jej ucho, gdy wypowiada wyraz morela w języku rumuńskim, a następnie w języku niemieckim. Rumuńskie caisa jest ciasne, twarde, zwarte, obnażone i nagie. Nie zostawia miękkiej przestrzeni (po)między. Bardziej „widzi” męskie, ściśnięte pośladki, niż kobiece, pulchne piersi. Za to niemieckie Aprikose jest miękkie, subtelne, delikatne, pokryte jasnymi włoskami. Puszyste, ale nie pulchne. Jakby się to słowo wzięło do ręki i mocniej ścisnęło, to pewnie po palcach pociekłby słodki i lepki sok. Dziewczyna, która tłumaczyła, zaczerwieniła się po ostatnim zdaniu. Krew napłynęła jej do twarzy. Rumieniec dla niej samej był zaskoczeniem, był bezwiedny, był przypadkowy. Mimo swych około dwudziestu sześciu lat spuściła głowę i uciekła wzrokiem, chociaż chciałem spojrzeć jej w oczy. […]

- – -

Cały tekst znajduje się na stronie niedoczytania.pl

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Się, Wyjątki , , , , , ,

Inny świat

[pomyślałem, że wyrzucę na łóżko, a potem zrobię spis najciekawszych komiksów, jakie czytałem w ostatnim roku, od sierpnia ’08 do sierpnie ’09; kolejność i ilość jest jak najbardziej przypadkowa:]

#1 Ivan Brun (scen. & rys.), „Bez komentarza”, Kultura Gniewu, Warszawa 2009; #2 Garth Ennis (scen.), Steve Dillon (rys.), „John Constantine, Hellblazer: Chora miłość”, tom 3, przeł. Paulina Braiter, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009; #3 Jean David Morvan (scen.), Philippe Buchet (rys.), „Armada: Odzyskane wspomnienia”, tom 10, przeł. Maria Mosiewicz, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2008; #4 Brian Azzarello (scen.), Eduardo Risso (rys.), „100 naboi: Pierwszy strzał, ostatnie ostrzeżenie”, tom 1, przeł. Adam Biały, Wydawnictwo Mandragora, Wrocław 2002; #5 Brian K. Vaughan (scen.), Pia Guerra (rys.), Paul Chadwick (rys.), „Y: ostatni z mężczyzn – Jeden mały krok”, tom 3, tłum. Krzysztof Uliszewski, Wydawnictwo Manzoku, Wrocław 2009; #6 Brian K. Vaughan (scen.), Pia Guerra (rys.), „Y: ostatni z mężczyzn – Cykle”, tom 2, tłum. Krzysztof Uliszewski, Wydawnictwo Manzoku, Wrocław 2009; #7 Grant Morrison (scen.), Frank Quitely (rys.), „WE3”, tłum. Maciej Drewnowski, Wydawnictwo Taurus Media, Piaseczno 2006; #8 Greg Rucka (scen.), Steve Lieber (rys.), „Whiteout: Zamieć”, tom 1, tłum. Jacek Drewnowski, Wydawnictwo Taurus Media, Piaseczno 2006; #9 Greg Rucka (scen.), Steve Lieber (rys.), „Whiteout: Odwilż”, tom 2, tłum. Jacek Drewnowski, Wydawnictwo Taurus Media, Piaseczno 2006; #10 Brian Azzarello (scen.), Marcelo Frusin (rys.), Danijel Zezelj (rys.), Werther Dell’edera (rys.), „Loveless: Burza nad Blackwater”, tłum. Robert Lipski, Wydawnictwo Mucha Comics, Warszawa 2008; #11 Bill Willingham, Mark Buckingham, Craig Hamilton, Steve Leialoha, P. Craig Russell, „Baśnie: Marsz drewnianych żołnierzyków”, tom 4, tłum. Maja Kostecka, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009; #12 Mike Carey & Peter Gross & Ryan Kelly & Dean Ormston, „Lucyfer: Potępieńcze związki”, tom 3, tłum. Paulina Braiter, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009; #13 Brian Wood & Riccardo Burchielli, „DMZ: W strefie”, tom 1, przeł. Krzysztof Uliszewski, Wydawnictwo Manzaku, Wrocław 2008; #14 Brian Azzarello (scen.), Marcelo Frusin (rys.), „Loveless: Huczny powrót do domu”, tłum. Robert Lipski, Wydawnictwo Mucha Comics, Warszawa 2008; #15 Brian K. Vaughan (scen.), Niko Henrichon (rys.), „Lwy z Bagdadu”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Wydawnictwo Mucha Comics, Warszawa 2008; #16 Neil Gaiman (scen.), Dave McKean (rys.), „Sygnał do szumu”, tłum. Michał Cetnarowski, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009; #17 Tony Sandoval (scen. & rys.), „Trup i sofa”, tłum. Magdalena Kurzyna, Wydawnictwo Taurus Media, Piaseczno 2009; #18 José Carlos Fernandes (scen. & rys.), „Najgorsza kapela świata. Występ pierwszy i drugi”, tłum. zbiorowe, Wydawnictwo Taurus Media, Piaseczno 2008.

świat komiksów

świat komiksów

Filed under: Lekturki , , , , , , ,

Przy tablicy

Wywołany do tablicy przez p. Arachneę przy kolejnym łańcuszku, odpowiadam:

1. Którego z bohaterów literackich zaprosiłbyś do swojej rodziny lub kręgu przyjaciół?

- Prawdę mówiąc krąg moich przyjaciół (w „realu”) jest niewielki i akurat taki jaki być powinien. Dlatego nie widzę potrzeby zapraszania do niego nowych przyjaciół. Osobista otwartość nigdy nie była moją najmocniejszą stroną, stąd pewnie ograniczona liczba osób, które są „blisko”. Dodatkowo nie lubię się rozpraszać, dzielić, rozdzielać, ale piszę zasadniczo nie na temat, piszę gdzieś obok zadanego tematu. Przepraszam. Wracając do pytania, to chciałbym, aby moim wujkiem był Nicolas Bouvier. Wujkiem, dokładnie bratankiem mojej matki, który wysyłałby do matki długie listy z podróży, który raz w roku przyjeżdżałby do nas na święta i przy stole opowiadałby swoje ostatnie przygody.

2. Jeśli miałbyś taką możliwość, którego z nieżyjących pisarzy lub poetów obdarzyłbyś drugim życiem, by umożliwić mu/jej napisanie jeszcze kilku książek lub wierszy?

- [Będę oszczędny:] Przede wszystkim Joanna Pollakówna oraz Zbigniew Herbert, aby mogli napisać jeszcze kilka książek o obrazach. Następnie chciałbym, aby z martwych wstali: Josif Brodski, Józef Czapski, Konstanty A. Jeleński, Jerzy Turowicz. Na zakończenie tego koncertu: Lawrence Durrell, Kornel Filipowicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Haupt, Andrzej Bobkowski.

3. Jak wyglądałaby Twoja wymarzona, idealna biblioteczka (chodzi zarówno o dobór książek jak i pomieszczenie)?

- W moim domu książki podpierają wszystkie cztery ściany dużego pokoju, pewnie stoją tak dlatego, aby się ściany nie zwaliły do środka. Takie ustawienie książek bardzo mi odpowiada. Chociaż, oczywiście!, wolałbym mieć regały, ustawione w długim, wąskim korytarzu, oświetlone małymi lampkami, usadowionymi w podłodze. Na regałach najlepiej jeśli stałoby 10 tyś książek, ustawionych autorami w porządku alfabetycznym.

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki , , , , , ,

Zapisanie? Zaczytanie?

(…) niemal najlepsze dzieło Stendhala; jest tam jakaś bezpośredniość doznań, jakaś wyraźna szczerość, jakieś podziwu godne usiłowanie zdzierania kolejnych warstw, aby dotrzeć do dna. A jaka przejrzystość stylu!(…) Chciałbym zrobić t samo, przynajmniej będę się starał. Wydaje mi się to nawet obowiązkiem. Kiedy się jest u schyłku życia, winno się kategorycznie dołożyć wszelkich starań, aby jak najwięcej pozbierać wrażeń, które przechodziły przez nasz organizm. Nielicznym uda się w ten sposób stworzyć arcydzieło (Rousseau, Stendhal, Proust), ale wszystkim dana jest możliwość ocalenia tą drogą czegoś, co bez tego drobnego wysiłku zostałoby stracone na zawsze. Prowadzenie dziennika lub spisywanie w pewnym wieku własnych wspomnień winno być obowiązkiem nałożonym przez państwo(…).”

[Giuseppe Tomasi Di Lampedusa, „Miejsca mojego dzieciństwa”, {w:} „Opowiadania”, przeł. Jadwiga Bristiger, przedmowa Giorgio Bassani, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, str. 92-93.]

* * *

* * *

Przy okazji odpowiadam na trzy pytania, które dotyczą moich czytelniczych zachowań. Pytania zadała mi pani Nowalijka, być może jest zainteresowana odpowiedziami. Łańcuszka nie rozsyłam dalej, ale jeśli ktoś ma ochotę się udzielić w n/w temacie, to zapraszam, można w komentarzu się uzewnętrznić.

1. Czy są takie książki, do których przeczytania przyznajecie się niechętnie, chyłkiem, co najwyżej półgębkiem, bacznie patrząc i pilnując, czy w okolicy nie znajduje się nikt, kto mógłby te wstydliwe Wasze zwierzenia wykorzystać? Słowem – czy macie w swoim czytelniczym życiorysie namiętny romans z tanimi powieściami dla kucharek, kryminałami w tandetnych okładkach, masowo wydawanymi początkiem lat 90., z czwartorzędną fantastyką nieudolnie spolszczoną przez kogoś, który nie znał ani języka, z którego przekłada, ani języka, na który tłumaczy? I czy budzi to w Was jakieś emocje?

- Nie, nie ma takich książek. Czytam różne książki, które mi często przypadkowo w ręce wpadają, to nie wstydzę się potem do tego przyznać. Książki ktoś pisze i z szacunku dla tego, w końcu napisał, się natrudził, nie wypada, abym się do nich nie przyznawał. Dlatego przyznaję się, czytałem książki: G. Mastertona, Ch. Bukowskiego, G.N. Smitha, N. Gaimana, J. Austen, P. Coelho, kilka Harlequinów…

2. Zapożyczając się u Lodge’a. chciałabym zapytać o klasyczne-pozycje-które-to-niby-wszyscy-już-przeczytali, a po które nadal się nie zabraliście, a może nawet nie macie zamiaru. Co by to było?

- Jest wiele „klasycznych pozycji”, których nie przeczytałem, czasem specjalnie, czasem zupełnie przypadkowo. W większości wypadków pewnie nie przeczytam już książek: J. Conrada, F. Dostojewskiego, L. Tołstoja, B. Schulza, F. Kafki, R. Kapuścińskiego, M. Dąbrowskiej, A. Dumasa, J. Hellera, W. Hugo, J. Clavella, A. MacLeana, M. Bułhakowa, M. Puzo, E. Zoli, A. Camusa, S. Mrożka, G. Zapolskiej, Z. Nałkowskiej, H. Balzaka, J. Dehnela, R. Ludluma, nie przeczytałem żadnej książki z cyklu „Pan Samochodzik”.

3. Co naprawdę ważnego ostatnio – w ciągu roku powiedzmy – przeczytaliście? Coś takiego, co przede wszystkim zostanie z Wami, ale czym chciałoby się również podzielić z innymi.

- Wybrałem 10 z książek przeczytanych w ostatnim roku, czyli od lipca 2008 do lipca 2009: #1 José Saramago, „Kamienna tratwa”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2003; #2 Damon Runyon, „15 opowiadań nowojorskich”, przeł. Waldemar Brzeziński, Wydawnictwo URAEUS, Gdynia 2002; #3 Yukio Mishima, „Zimny płomień i inne opowiadania”, przeł. Henryk Lipszyc, posłowie Beata Kubiak Ho-Chi, Świat Książki, Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2008; #4 Sándor Márai, „Magia”, przeł. Irena Makarewicz, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2008; #5 Edwidge Danticat, „Oddech, oczy, pamięć”, przeł. Maria Olejniczak-Skarsgård, Wydawnictwo G+J Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2007; #6 Tahar Ben Jelloun, „To oślepiające, nieobecne światło”, przeł. Małgorzata Szczurek, Wydawnictwo KARAKTER, Kraków 2008; #7 Zeruya Shalev, „Mąż i żona”, przeł. Agnieszka Jawor-Polak, wyd. I, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004; #8 Ariel Dorfman, „Niania i góra lodowa”, przeł. z angielskiego Bohdan Maliborski, seria: „Lemur”, Świat Ksiązki, Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2007; #9 Pascal Mercier, „Nocny pociąg do Lizbony”, przeł. Magdalena Jatowska, Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., Warszawa 2008; #10 José Saramago, „Miasto ślepców”, przeł. Zofia Stanisławska, wyd. III poprawione, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2009. (Kolejność nie jest przypadkowa.)

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Wyjątki , , , , , , ,

Salon EMPiK, ul. Franciszka Ratajczaka 44, Poznań, dwa tyg. temu

Nie jestem wielkim znawcą twórczości Stanisława Lema. Nie jestem małym znawcą twórczości Stanisława Lema. Wstyd się przyznać, ale poza książkami typu „lektura szkolna” nigdy nie przeczytałem nic innego tego śp. Autora. Jednakże mimo tego mam wrażenie, że ktoś układając książki dobitnie pomylił regały.

Lem w EMPiK

[Stanisław Lem, „Studium wojskowe dla felczerów prowadzić]

Miałem ostatnio taki sen. Śniłem, że jestem w wojsku. Byłem przekonany, że jestem w wojsku. Byłem młody i byłem w wojsku. Właśnie kończył mi się turnus i miałem wyjść do domu. A tu nagle mi mówią, że ponieważ skończyłem medycynę, to mam zostać jeszcze sześć tygodni, żeby szkolić jakichś felczerów. Tak się tym okropnie zmartwiłem i zirytowałem, że się obudziłem.

{notował Bogdan Zalewski, w: „Studium” nr 4(24) 2000, str. 146.}

Filed under: Lekturki, Porażki, Sennisko , , , , , ,

Niepiosenka

Po pracy wracam prosto do domu. Po 12 godzinach w pracy wracam prosto do domu. Paweł podwozi mnie na Solną. Stoję na przystanku i chwilę patrzę w ślad za odjeżdżającym samochodem. Odwracam się i nadal wiem, gdzie iść, by trafić do domu. Czyli nie jest tak źle. Miło, jeszcze istnieję, nie jestem zombi. Na półpiętrze wyciągam pocztę ze skrzynki: Alior Bank zaprasza mnie na spotkanie „Wyższa Kultura Bankowości” – nie, tym razem podziękuję, Gazownia informuje, że przyśle montera, który wymieni dysze w kuchence, a z WBPiCAK przyszła biała koperta, zaadresowana drobnym pismem Mariusza. Nie musiałem jej otwierać, wiedziałem co zawiera: „Niepiosenki”.


niepiosenki

Się ucieszyłem, się bardzo ucieszyłem, choć i tak planowałem kupić. Książkę przekartkowałem na schodach, musiałem sprawdzić, czy Mariusz zamieścił w niej wiersz „Geometria”. Najpierw sprawdziłem w spisie wierszy, nie ma. Następnie przeczytałem wszystkie 41 pierwszych wersów, szukając zdania: „Na co patrzy mężczyzna z balkonu naprzeciw?”, nie ma. Ech, jaka szkoda. Lubię ten wiersz. Znam go prawie na pamięć, przeczytałem go pierwszy raz w ramach listopadowych „Ziemniaczków z kotlecikami i kompotem” i od tego dnia wciąż do mnie powraca. Teraz już czas na mnie. Idę do wanny, poleżeć i przeczytać „Niepiosenki”.

Geometria

Na co patrzy mężczyzna z balkonu naprzeciw?

Nie widzi innych bloków, to pewne.

Co w takim razie widzi?

Z tej odległości przypomina nieruchomego ptaka.

Może nawet — martwego ptaka.

Nie sposób dostrzec, co odbija się w jego źrenicach.

Czy w ogóle coś.

Jest zbyt cicho jak na tę porę dnia

i zbyt ciepło jak na tę porę roku.

On patrzy na coś, czego nie widać,

ja patrzę na niego, dla niego niewidoczny.

Potem, jak na komendę, odwracamy się,

on zamyka drzwi balkonu, ja oczy.

Filed under: Lekturki , , , , , ,

Dwie uwagi Barańczaka o Miłobędzkiej

Stanisław Barańczak „Przed i po” – dotyczy: Krystyna Miłobędzka, „Dom, pokarmy”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1975 – dostałem tę książkę jakieś 15 lat temu, gdy mieszkałem jeszcze w Rybniku, od mojego byłego nauczyciela i przyjaciela. Dał mi ją dlatego, że wtedy bardzo wciągała mnie poezja Lipskiej, Krynickiego, Maja, Zagajewskiego, Herberta, Polkowskiego. Dopiero kilka lat później odkryłem w niej teksty o Czyczu, Grochowiaku, Białoszewskim, Rymkiewiczu, Sommerze (Znamienny i proroczy tytuł szkicu: „Nowa dykcja”!) i właśnie Miłobędzkiej. Jest to recenzja z drugiego tomiku poetki. Barańczak prorokuje „nie będzie to zapewne nigdy poezja popularna i powszechnie lubiana…”. Ciekawe, co powiedziałby teraz, czy nadal podtrzymałby swój sąd? Przecież wielu młodych autorów i czytelników (np. M.P., K.J., S.K., R.B., T.M., J.K., M.M., M.F. czy mam wymieniać dalej? Wiem, że są to tylko specyficzne wyjątki, ale…) uważa Miłobędzką za poetkę ciekawszą, bliższą od Szymborskiej czy Lipskiej. Sądzę, że jest wielu młodych, którzy nigdy w życiu nie przeczytali ani jednego wiersza Kozioł, Hillar czy Świerszczyńskiej, ale za to czytali wiersze Krystyny Miłobędzkiej. Barańczak w poezji autorki tomiku „gubione” wyróżnia dwie charakterystyczne cechy:

1. elementarność

2. natychmiastowość

ad. 1 – Autorka redukuje wszystko do form jak najbardziej prostych i pierwotnych. Nawet za cenę błędu językowego czy gramatycznego. Jeśli coś nie ma swojej nazwy, bądź opisanie czegoś wymaga przydługiego omówienia, to poetka zamiast tego tworzy neologizm lub upraszcza tak składnie, by wypowiedź jak najmocniej przystawała do tego, co chce powiedzieć. „Chodzi o to, aby język zachowywał się analogicznie jak rzeczy i sytuacje, o których mówi; aby był nie tyle ich odwzorowaniem, ile – sobowtórem.”

ad. 2 – Wypowiedź poetycka ma oddawać „przebieg narodzin nie sprecyzowanej jeszcze myśli”. Stąd w tych wierszach urywane zdania, przeskoki myślowe, przejęzyczenia. Barańczak podaje na czym polega różnica między językiem Mirona Białoszewskiego, a językiem Krystyny Miłobędzkiej, otóż ten pierwszy jest „językiem mówionym”, a ten drugi jest „językiem myślanym”. Chodzi o to, aby język był w stanie, dogonić uciekającą rzeczywistość, dlatego musi on być pełen uproszczeń i skrótów.

Ostatnie zdanie tej recenzji wydaje mi się najstraszniejszym i najbardziej drewnianym zdaniem, napisanym przez Stanisława Barańczaka: „Miłobędzka należy już dziś do tych poetów, którzy – choć ukryci w cieniu głośniejszych nazwisk i popularniejszych poetyk – w niezauważany, pośredni sposób przebudowują naszą wrażliwość językową i pojmowanie rzeczywistości”.

- – -

[Stanisław Barańczak, „Przed i po. Szkice o poezji krajowej przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”, ANEKS, Londyn 1988, str. 64-67.]

Filed under: Lekturki , , , , , ,

[165. 09] Pierre Péju, „Siostrzyczka Ewa od kartuzów”, przeł. Magdalena Pluta, Wydawnictwo Sic! s.c., Warszawa 2005.

Jakiś czas temu przeczytałem „Puste spojrzenie”, a zaraz potem „Dziedzictwo Estery”. Po tych książkach byłem przygnębiony i trochę zmęczony „wielką prozą”, „wielkimi tematami”. Zmęczony ciężarem, znaczeniem tych książek. Językiem i treścią. Chciałem trochę odetchnąć, odpocząć przed kolejną ciężką książką, którą zaplanowałem przeczytać. Pomyślałem, że właśnie przed „Mężem i żoną” dobrze będzie przeczytać jakieś czytadło, lekką, niezobowiązującą powieść. Wybór padł na „Siostrzyczkę Ewę od kartuzów”. Nie wiem dlaczego, akurat na tę książkę się zdecydowałem. To nie ma już teraz znaczenia. W trakcie czytania, napisałem maila do Michała, w którym trochę ją streściłem. „Dość prosta książka, napisana językiem bez fikołków. Akcję można przedstawić w kilku zdaniach. Nic wielkiego. I na dokładkę szybko się czyta. Jednakże duży, ogromny plus dla autora, że powieść nie kończy się dobrze, że smutek pozostaje smutkiem, że nie ma prostego pocieszenia…” I tak jest w rzeczywistości. Tak można o tej książce napisać. Ponieważ czytanie, to nie kładzenie ciepłego plastra miodu na obolałe serce. Czytanie, samo w sobie, nie przynosi pocieszenia, samo także nie jest pocieszeniem. W słowach zawartych w powieściach (również w wierszach) nie ma pocieszenia, radości i pomocy. Nikt ani autor, ani bohater, ani postać nie wyciąga pomocnej dłoni. Czasem może, zza liter, widać przecinający powietrze nieśmiały uśmiech, ale nie jest to uśmiech, który może podnieść na duch. Czyli czytanie jest odkrywaniem i poznawaniem ran. Ran raz zadanych, które goić się nie chcą, które goić się nie powinny. I jeszcze cytat z „Siostrzyczki…”: „Spoza zdań, nawet tych najpiękniejszych i najzręczniej ułożonych, zawsze słychać wołanie.” Czyje? Jeśli miałbym na to pytanie sam sobie odpowiedzieć, to powiedziałbym: czytającego!

{Dlaczego teraz? Dlaczego dziś przypomniało mi się o tej książce? Czy tylko dlatego, że nie wywiązałem się z obietnicy, danej Michałowi? Prosił w mailu, bym mu coś więcej, o tej książce napisał. Być może. Myślę jednak, że to „Miasto ślepców”, które właśnie czytam, w jakiś pokrętny sposób przypomniało mi o „Siostrzyczce Ewie od kartuzów”.}

Filed under: Lekturki , , , , , ,

[161. 05] Jean-Marie Gustave Le Clézio, „Protokół”, przeł. Anna Tatarkiewicz, wyd. II poprawione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008.

1. Druga połowa października ubiegłego roku. Muszę przekimać jedną noc we Wrocławiu. Wybieram Hotel Piast, bo blisko dworca. Biorę jedynkę na piątym piętrze, jadę windą. Hotel jest obskurny, pokój jeszcze gorszy. Na szczęście pościel czysta, wykrochmalona, pachnie świeżością. Jeden plus. Jedyny. Reszta szkoda gadać. Umywalka jest w pokoju, z kranu kapie, goła żarówka nad lustrem przepalona, z szafy śmierdzi zdechłym szczurem, okno się nie domyka, chodnik leżący przy łóżku cały w piachu. Godzinę temu lub dwie wysiadłem z pociągu, który przywiózł mnie z Katowic. Umówiłem się z A. na kawę w „Mleczarni”, ale dopiero za trzy godziny. Nie wiem co począć z darowanym czasem. Wychodzę, by kupić „Tygodnik Powszechny”, kupuję i wracam do pokoju. Kładę się na łóżku, kartkuję. Zaczynam czytanie tak jak zawsze: od felietonu Wojtka Bonowicza, potem pan Jan Klata. A potem o Noblu literackim tekst Zofii Kozimor.

2. Jean-Marie Gustave Le Clézio. Francuz urodzony w 1940 roku w Nicei. Jejku, jejku. Dawno temu czytałem jedną jego książkę i pamiętam, że nawet mi się podobała. A teraz w tekście „Świat, który zmienił moje życie” czytam o tej książce tak: „Onitsza pokazuje tragiczny spadek po kolonialnej przeszłości Afryki, głodnych, wykorzenionych ludzi, poniżone, stłamszone kultury, przechowujące prawdziwą mądrość, której nikt nie pomylił z wiedzą.”. Hm, chyba czytałem inną książkę, bo sobie nic takiego nie przypominam. Bardzo się staram, przypomnieć sobie cokolwiek z tej książki, chociaż mały, malusieńki strzęp fabuły. Nic. Pusto. To źle świadczy. Źle świadczy o tej książce, czy o mnie? Wiem, mam dziury w pamięci, ale żeby aż takie?! Na szczęście pamiętam, że muszę już wyjść, by spotkać się z A.

3. Ze wszystkich książek Le Clézio, które zostały, bądź zostaną wydane w Polsce, chciałbym przeczytać jedynie „Pustynię”. Tylko dlatego, że byłem na wakacjach w Maroku, a książka w jakimś stopniu opowiada historię z Maroka. Mam „Pustynię” od grudnia, ale jej oczywiście jeszcze nie przeczytałem. Za to przeczytałem „Protokół”, pierwszą, wydaną w 1963 roku, książkę Noblisty. Wszystko przez Sz., który pewnego śnieżnego popołudnia wpadł do mnie z „Protokołem” w ręku, a z ust wylatywało zdanie: „Musisz przeczytać. Tylko się nie zrażaj początkiem, bo nie jest dobry. Potem jest dobrze”. Faktycznie, początek nie jest dobry. Środek też nie jest dobry. Końcówka również nie jest dobra.

4. Znaczy: książka jest zła. Może nie bardzo zła, ale zła. Zła, ponieważ jest byle jaka. Być może w latach ’60 ubiegłego wieku, była fenomenalnym odkryciem, była na wskroś nowatorska, wręcz olśniewająca i powalająca. Ponieważ eksperymenty formalne, w duchu „nouveau roman”, wykonane na ciele powieści, a także eksperymenty stricte językowe, były arcyciekawe i atrakcyjne. Całość powieści jest ujęta w 18 części/rozdziałów, które rozpoczynając się od kolejnych liter alfabetu. Jest pisana raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie. Raz jako dziennik, czasem jako list, innym razem jako przypowieść, a jeszcze innym jako wywiad. Zawiera kolażowe dodatkowe rekwizyty: komunikaty z radia, wycinki z gazet. Niektóre zdania są przekreślone, jakby wykreślone z głównej narracji. Niektóre nie mają zakończenia, są urwane, przeniesione. Wszystkie te i inne fikołki mnie wcale nie przekonują. Wolę fikołki Georgesa Pereca. Zresztą ciekawie wypada zestawienie „Rzeczy” Pereca z „Protokołem”. Oczywiście, jak dla mnie, ta druga książka wypada bardzo, bardzo blado.

5. W pełni zgadzam się z Markiem Bińczykiem, który o Le Clézio powiedział: „Nie jest to jednak istotna literatura. Trudno o nią kruszyć kopie (…). To nie jest pisarz, który przejdzie do historii literatury.” Niestety, wypada dodać.

Filed under: Lekturki, Wycieczki , , , , , , ,

[158. 02] Sándor Márai, „Księga ziół”, przeł. Feliks Netz, wyd. III, Spółdzielnia Wydawnicza CZYTELNIK, Warszawa 2008.

1. Sto pięćdziesiąt dwie strony „Księgi ziół” Sándora Máraiego czytałem prawie trzy miesiące. I jest to najdłużej czytane przeze mnie sto pięćdziesiąt dwie strony jakiejkolwiek książki. Nie ma się czym chwalić. Oczywiście, gdybym się przyłożył (a co, nie przykładałem się?), to mógłbym tę książkę przeczytać w jeden wieczór, a nawet w pół. Tylko takie czytanie tej książki nie miałoby większego sensu. Dlaczego? Ponieważ w pędzie czytania, pogubiłbym sensy i treści, zawarte w krótkich powiastkach, powiastkach zawsze „o czymś”, Máraiego.

2. Przez cały czas „Księga ziół” leżała na stoliku przy łóżku, obok tomiku leżał także ołówek. Zwykle przed snem pochłaniałem maksymalnie trzy-cztery powiastki-notatki. Nie pamiętam, kiedy ostatni czytałem z ołówkiem w ręku. Chyba w czasie studiów. Jednakże wtedy raczej z przymusu, niż dla przyjemności. Nie powiem, bym się rozsmakowywał w każdym fragmencie „Księgi”. Chwilami miałem jej dość, wydawała mi się pretensjonalna i banalna. Ponieważ pewnie taka jest. Pewnie taka jest, jeśli za dużo się przeczyta na raz. Natomiast jeśli się ją sobie aplikuje w małych, „medytacyjnych” dawkach, to ma się wrażenie, to wierzy się w mądrość, słuszność i nieomylność słów węgierskiego autora. Myślę, że specjalnie jest, tak skonstruowana, by z nią polemizować, by się nie zgadzać, by się z nią sprzeczać. „Księga ziół” to nie księga mądrości nad mądrościami, raczej szczera próba pogodzenia się z życiem, jego ograniczeniami, prawami, przymusami, normami. Piszący ją nie chciał pouczać, lecz sam się uczyć.

3. Nie wiem dokładnie, ile jest powiastek-notatek w tej książce, nie przeliczyłem. Niektóre z przemyśleń i refleksji są bardzo mądre i dojrzałe. Niektóre wskazówki są śmieszne i bezużyteczne. Márai dba o to, by nad jego zapiskami unosił się bierny duch stoików, we wstępie dedykacyjnym powołuje się na Senekę, Epikteta i Marka Aureliusza. Przypomina mi się Horacjańskie „nie-dziwienie-się-niczemu” (z szóstego listu „Do Numiciusa” w pierwszej księdze listów), o którym ostatnio czytałem w tekście Markowskiego, czyli nie uleganie chwilowym stanom umysłu, czy też duszy, czy też ciała, jest drogą, która jedynie w duchu równowagi szczęście zapewnić może. Namiętności należy trzymać na krótkim postronku. Nie należy oglądać się na cudze sądy, bądź też na groźby i kary, ale postępować z pełnym rozeznaniem cnoty, a wtedy dopiero człowiek będzie wolnym i dzielnym.

4. „Księga ziół” została wydana w Budapeszcie 1943 roku, gdy Márai ma 43 lata, a czytając ma się wrażenie, że ta książka została napisana przez starszego pana, doświadczonego i błyskotliwego starszego pana. W tym samym roku zaczyna systematycznie spisywać notatki, które potem umieści w „Dzienniku”. Nie czytałem jeszcze „Dzienników”, leżą na stoliku przy łóżku i czekają na swoją kolej, ale jestem ciekaw, bardzo ciekaw, czy wpisy do „Księgi” znajdą potwierdzenie w nim.

5. Na zakończenie mały cytat: „(…) jeśli poczujesz ból (…) pomyśl o tym, że to naturalne, ponieważ jesteś człowiekiem. A coś ty sobie wyobrażał? Jesteś człowiekiem, przeto umrą twoje kochanki, opuszczą cię przyjaciele, i wszystko to, co zbierałeś i kochałeś, uleci niczym pył na wietrze. Nic w tym dziwnego, jeśli wszystko dzieje się w zgodzie z porządkiem natury (…). Jesteś człowiekiem, musisz więc cierpieć; a cierpienie twoje nie trwa wiecznie, ponieważ jesteś człowiekiem”. Sándor Márai popełnił samobójstwo 22 lutego 1989 roku w San Diego.


- – -

[tekst, odrobinę poszerzony i pod tytułem „O węgierskich ziołach", ukazał się na stronie Przystani Literackiej.]

Filed under: Lekturki, Się , , , , , , ,

Przyjaźń a literatura

1. Profesor Michał Paweł Markowski w eseju „Życie na miarę literatury” opowiada następującą anegdotę: „Całkiem niedawno jadłem kolację w Sztokholmie w gronie znajomych akademików. Towarzystwo było międzynarodowe i wielojęzyczne. W pewnym momencie moja przyjaciółka, Brazylijka wykładająca w Szwecji niemiecką filozofię, nachyliła się do filozofa angielskiego wykładającego w Nowym Jorku filozofię francuską i powiedziała: Jeśli chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, musisz czytać Pessoę. Nie znałem kontekstu ich rozmowy, zrozumiałem jednak od razu, co chciała powiedzieć: przyjaźnie definiują się poprzez te same przeczytane książki, poprzez podobną wrażliwość wpisaną w literaturę. Moja brazylijska przyjaciółka mówiła swojemu anglojęzycznemu koledze: jeśli chcemy się porozumieć, czytaj poetę, który umie powiedzieć o moim doświadczeniu coś, czego ja sama wysłowić nie potrafię. Czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry.” Oczywiście jest w komentarzu do tej opowieści bardzo dużo racji, jednak w związku z tym, że nie jest to święta racja, pozwolę sobie na kilka słów własnego komentarza do anegdoty i kilku tez z eseju.

2. Wiem, że możliwość zaistnienia przyjaźni, warunki sprzyjające temu, nie są główną tezą tego eseju (A co jest? To by życie naśladowało, odwzorowywało literaturę, że życie bez literatury nie ma sensu. Jak i dlaczego? Zainteresowanych odsyłam do tekstu.), ale tak się składa, że jest to temat, który mnie aktualnie zajmuje, interesuje. Pan Profesor zakłada, że przyjaciele definiują się, konstruują poprzez te same przeczytane lektury. Nawet ostrzej: poprzez tak samo mocne i jednoznaczne odczuwanie tych samych książek. Anegdota przytoczona powyżej ma być na to dowodem. Jest interpretowana tak: „jeśli chcemy się porozumieć […] czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry”. Ja bym ją rozpatrywał, rozumiał troszeczkę inaczej: „jeśli chcesz mnie zrozumieć”, „jeśli chcesz zrozumieć moje postępowanie, decyzje, gesty, słowa”, to przeczytaj proszę to, czy tamto. Markowski milcząco zakłada, że przyjaciele muszę mieć taką sama wrażliwość na przeczytane książki, że muszą przeczytane książki tak samo interpretować, odczuwać, że przywołany powyżej Pessoa musi być autorem znaczącym dla obu stron. Ponieważ, gdy przeczytasz Pessoę i przyjmiesz go do swego krwioobiegu, dopiero wtedy możemy rozmawiać. Myślę, iż nie ma konieczności stawiania sprawy aż tak ostro. Rozmowa jest możliwa, gdy obie strony przeczytały tego samego autora, ale wcale nie muszą mieć o nim tego samego zdania. Ponieważ jeśli mają, to prawdopodobnie nie ma już o czym rozmawiać, drugi nie powie pierwszemu nic istotnego, nic czego ten pierwszy nie będzie już wiedział. A rozmowa nie na tym polega, raczej na wymianie. Stawiałbym raczej na różnice, a nie na homogenizację poglądów i przekonań.

3. W tekście nie ma mowy o tym, by różnice wrażliwości, a co za tym idzie: różne lektury, mogą tak samo mocno i szczelnie zbliżyć ludzi. Ludzi inteligentnych, inteligentnych na przykład w rozumieniu Sándora Márai, czyli ciekawych. W tym wypadku cnotliwych i ciekawych Drugiego, ciekawych Innego. Podchodzących do Drugiego/Innego z szacunkiem, który się mu należy za to, iż ma inne od nas poglądy i przekonania. Moim zdaniem różnice czytelnicze mogą tak samo zbliżyć ludzi jak podobieństwa, choć jest to oczywiście trudniejsze i wymaga większej cierpliwości i wyrozumiałości. I otwartości. Zresztą różnice, tak jak i podobieństwa, mogą jedynie ułatwić porozumienie, ale w żaden sposób go nie warunkują.

4. Markowski pisze tak jakby podobne, czy nawet takie same, lektury warunkowały możliwość zaistnienia przyjaźni, jakby nie była ona możliwa bez wspólnych lektur. Powiedziałbym raczej, że one ułatwiają, a nie warunkują zaistnienie przyjaźni. Wspólne, te same lektury wcale nie determinują zaistnienia przyjaźni, ale ułatwiają nawiązanie więzi, ułatwiają wytworzenie tzw. nici porozumienia, „zrozumienia w lot” tego, co chce nam przekazać, powiedzieć Drugi. Profesor pisze w innym miejscu tego eseju: „Przyjaciele czytają te same zdania w takim samym zachwycie […]. Właściwie po to jest literatura: powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, czy będziemy się spotykać”. Sądzę, że jest to za daleko posunięte uogólnienie, bo gdyby czytali „w takim samym zachwycie”, to nie jest potrzebna rozmowa (a jest!), porozumienie następowałoby ponad rozmową, ponad słowami, czyli ponad literaturą. Podobnie myślę o wspomnianej powyżej roli literatury, uogólnienie jest za daleko posunięte. Oczywiście jest ona (literatura) „niezbędna” do życia, „niezbędna w naszym życiu” (cytat z tekstu), bo „ułatwia przyjaźń”. I ma rację pisząc dalej: „Literatura bowiem to nie szafa z książkami, po które sięgamy znudzeni, lecz możliwość innego życia, którego czujemy potrzebę, bo ciasno nam w swoim domu, bo chcielibyśmy poznać coś więcej, bo chcielibyśmy być z kimś innym, bo chcielibyśmy coś zmienić we własnym życiu”. Ale spotkanie Innego jest możliwe także bez literatury. Zresztą sam powyżej podaje przykład Jamesa Joycea i Nory Barnacle, którzy wspólnie w przyjaźni małżeńskiej czytali świat, chociaż nie czytali tych samych książek.


- – -

[Michał Paweł Markowski, „Życie na miarę literatury”, {w:} „Tygodnik Powszechny”, nr 1-2 (3104-3105), 4-11 stycznia 2009, Kraków, str. 52-53. Za kilka dni cały tekst „Życia…” będzie dostępny na stronie „T.P.”.]

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki , , , , , , ,

[154. 51] Jeffrey Eugenides, „Samobójczynie”, przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1998.

1. W zeszłym roku (jakże śmiesznie brzmi to określenie w kontekście dnia dzisiejszego) A.N.N.A. przysłała mi w prezencie, bo podobno miała dwie, książkę Jeffrey’ja Eugenidesa pt. „Samobójczynie”. Jeszcze raz dziękuję, gdyż pewnie sam bym sobie tej książki nie kupił, ponieważ nie przepadam za wydawnictwem Zysk i S-ka, a tym bardziej serią „Kameleon”, ponieważ nie przepadam za amerykańskimi pisarzami jednego, czy dwóch sezonów. Lubię książki po kimś. Podpisane, pokreślone, z dedykacjami, z uwagami, z zapiskami na marginesach – są to dowody, namacalne dowody życia książki – dlatego szkoda, że A.N.N.A. wyrwała kartkę numer 3, gdzie, jak się domyślam, na 5 stronie była wpisana jakaś dedykacja, szkoda, szkoda. Chociaż ten akt wandalizmu, także jest dowodem życia…

2. Czy jest ktoś, kto chociaż raz w życiu, nie myślał, choćby przelotnie, o samobójstwie? Raczej wątpię. Książka „Samobójczynie” (tytuł niezbyt trafny, raczej kiepsko przełożony przez p. Tomasza B., w oryginale „The Virgin Suicides”) stara się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego pięć nastoletnich sióstr Lisbon, żyjących na początku lat siedemdziesiątych w stanie Michigan w USA, odbiera sobie życie, dlaczego seryjnie, dlaczego wszystkie były tak zdesperowane, dlaczego nie starały się, dać sobie i światu szansy. Książka napisana jest w formie śledztwa, po dwudziestu latach od tragicznych wypadków, przeprowadzonego przez chłopców z sąsiedztwa, którzy na całe życie naznaczeni zostali dawnymi, tragicznymi wydarzeniami. To oni, zakochani dawniej i teraz w siostrach Lisbon, starają się dociec i zrozumieć sens, odkryć tajemny wzór, przeniknąć do psychiki dziewcząt, nie zadowalając się określeniem „było-minęło”. Mimo upływu tak długiego czasu, wydarzenia są wciąż żywe, na dodatek mają wpływ na późniejsze życie chłopców. Chłopcy zbierają okruchy pamięci, pamiątki, dowody istnienia sióstr. Wymieniają się wspomnieniami. Chcą pamiętać. Chcą, by mimo śmierci one nie odeszły z ich życia. Pielęgnują żywą pamięć. Książka Eugenidesa jest więc świadectwem.

3. Samobójstwo sióstr Lisbon, jest aktem niezgody, niezgody na świat, niezgody na niesprawiedliwość i cierpienie w świecie. Swoim gestem wyrażają dezaprobatę, protestują przeciwko takiemu światu w jakim przyszło im żyć. One nie chcą przykładać przysłowiowej ręki do cierpienia jakie panuje na świecie. Ostateczna, w swej wymowie, decyzja nie jest wołaniem o pomoc, a świadomym sprzeciwem. Symboliczny jest opis życia i śmierci jętek jednodniówek, które zjawiają się na świecie na jeden tylko dzień, a potem ich widmowe ciała walają się wszędzie: na ulicy, na trawnikach, na chodnikach… Jaki jest sens ich śmierci i życia? Żaden. I to wzbudza sprzeciw sióstr. Sprzeciw, który prowadzi do tak dramatycznych kroków.

4. Wczoraj Krzysztof oddał mi książkę Alejo Carpentiera „Harfa i cień”, którą trzymał prawie rok. Dziś okazało się, że w międzyczasie kupiłem sobie druga, teraz mam dwie te książki. Jedną mogę uwolnić. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to proszę zostawić info w komentarzu, podając adres e-mail.


- – -

[tekst odrobinę zmieniony i pod tytułem „Niewinne samobójczynie", ukazał się na stronie Przystani Literackiej.]

Filed under: Lekturki, Się , , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!