Hajfa

[niecodziennik]

Wypełniając psi obowiązek

(…) Wielokrotnie zadawałem sobie pytania: Po co czytam? Dlaczego czytam? Na czym polega dziś sens czytania? Czy czasem czytanie nie jest ucieczką od świata? Może czytam tylko dlatego, żeby zapomnieć o prozie życia? Dlaczego mówię „proza życia”, przywołując i powołując się na czytelnicze słownictwo? Ponieważ czytanie, samo w sobie, nie przynosi pocieszenia, samo także nie jest pocieszeniem. W słowach zawartych w powieściach (dotyczy to również wierszy) nie ma pocieszenia, radości i pomocy. Nikt – ani autor, ani bohater, ani postać nie wyciąga pomocnej dłoni, by podtrzymać ciało lub ducha. Może czasem, zza liter, widać przecinający powietrze nieśmiały uśmiech, ale nie jest to uśmiech, który może znacząco podnieść na duchu. W skrócie można powiedzieć: czytanie jest odkrywaniem i poznawaniem ran. Ran raz zadanych, które goić się nie chcą, które goić się nie powinny. Przypomina mi się fragment z książki „Siostrzyczka Ewa od kartuzów” Pierre’a Péju: (…) nigdy nie szukał w literaturze ukojenia ani w lekturze – pocieszenia. Wręcz przeciwnie. Żarliwe czytanie, a tak czytał zawsze, polegało raczej na odkrywaniu ran u innych ludzi: urazów samotnego mężczyzny, niepokoju samotnej kobiety. Istotą czytania było zagłębianie się w tę ranę, sondowanie jej. Spoza zdań, nawet tych najpiękniejszych i najzręczniej ułożonych, zawsze słychać wołanie. Czyje? Jeśli miałbym na to pytanie sam sobie odpowiedzieć, to powiedziałbym: czytającego. Oczywiście, czytanie się nie opłaca, nie mam tu na myśli jedynie korporacyjno-szczurzej wymiany czasu na pieniądze, ale także „marnowanie” czasu, który można wykorzystać na 1001 innych sposobów. Przyznając się w towarzystwie do tego, że nie mam telewizora, ale za to czytam książki, dużo książek, że czytam powieści, wiersze i komiksy, narażam się na śmieszność i szydercze komentarze w stylu: „Musisz się po pracy śmiertelnie nudzić?”, „Nie wiesz, co z czasem zrobić?”, „Nie bądź żałosny”. Czytanie jest występkiem przeciw współczesnemu społeczeństwu, ponieważ jest aktem odwagi (wiem, bardzo upraszczam). Tadeusz Sławek w rozmowie z Jarosławem Makowskim opublikowanej na łamach „Tygodnika” w numerze 12 z 2003 r. dowodził, że czytanie bywa okrutne, ponieważ usuwa „ja” na dalszy plan, skrywa je za dekoracjami rzeczywistości: Może dlatego człowiek dzisiaj nie czyta: chce być wyjątkowy i w centrum napięcia, a lektura uczy go pokory. W innym miejscu zaś: Czytasz nie po to, by więcej wiedzieć, ale by twój ogląd świata nabrał szerszej perspektywy, by wyobraźnia oparła się erozji, abyś się przekonał, że wiesz mniej, ale że ten brak, ta luka jest właśnie miejscem dla wyobraźni.


- – -

[cały tekst, ale pod innym tytułem – „Mecenas lektury” – znajduje się w pierwszym numerze „Tygodnika Poznańskiego” na stronie 11, który ukazał się z okazji wizyty x. Adama Bonieckiego w Poznaniu]

x. Adam Boniecki

Filed under: Czcze mądrości, Się , , , , , ,

Morela [fragm.]

Droga do sklepu prowadzi obok drzewa moreli. Oczywiście ulica ma dwie strony i mogłabym je ominąć. Z powodu moreli niemożliwością jest tak po prostu pójść do sklepu. Poprzez wybór strony ulicy muszę się zdecydować, czy odwiedzę drzewo, czy też je ominę. Decyzja ta nie wiąże się z wielkimi emocjami. Mówię sobie: zobaczymy, jak dziś wygląda, albo: niech zostawi mnie dzisiaj w spokoju. To nie ojciec zmusza mnie do tych odwiedzin, nie wieś, nie kraj – żadna tęsknota za ziemią rodzinna. Drzewo nie jest ani obciążeniem, ani ulgą. Stoi sobie tutaj tylko jako posmak czasu. To, co zgrzyta mi w głowie, gdy zbliżam się do niego, to pół na pół cukier z pisakiem. Słowo morela brzmi dla mnie pieszczotliwie.”

[Herta Müller, „Król kłania się i zabija”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005, str.15.]


1. Kilka lat temu na spotkaniu autorskim w Poznaniu Herta Müller opowiadała o intuicyjnej różnicy jaką „widzi” jej ucho, gdy wypowiada wyraz morela w języku rumuńskim, a następnie w języku niemieckim. Rumuńskie caisa jest ciasne, twarde, zwarte, obnażone i nagie. Nie zostawia miękkiej przestrzeni (po)między. Bardziej „widzi” męskie, ściśnięte pośladki, niż kobiece, pulchne piersi. Za to niemieckie Aprikose jest miękkie, subtelne, delikatne, pokryte jasnymi włoskami. Puszyste, ale nie pulchne. Jakby się to słowo wzięło do ręki i mocniej ścisnęło, to pewnie po palcach pociekłby słodki i lepki sok. Dziewczyna, która tłumaczyła, zaczerwieniła się po ostatnim zdaniu. Krew napłynęła jej do twarzy. Rumieniec dla niej samej był zaskoczeniem, był bezwiedny, był przypadkowy. Mimo swych około dwudziestu sześciu lat spuściła głowę i uciekła wzrokiem, chociaż chciałem spojrzeć jej w oczy. […]

- – -

Cały tekst znajduje się na stronie niedoczytania.pl

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Się, Wyjątki , , , , , ,

O pamięci

1. „Pamięć w ustach żyje”, tak napisałem kilka lat temu. Dziś nie pamiętam, dlaczego i co miałem wtedy na myśli. Mogę się jedynie domyślać, choć wolałbym wiedzieć, a nie się domyślać. Teraz napisałbym inaczej: „Pamięć w słowach żyje”. Ponieważ przechowywana jest w słowach, w zdaniach, w tekście napisanym, w tym wszystkim, co zostało zapisane. Ocalone zostaje jedynie to, co zapisane. Ocalone, od czego? Od zapomnienia? Ku pamięci? Czyjej? Sprawę postawić należy mniej kategorycznie: próba ocalenia podejmowana jest za każdym razem za pomocą słów. „Próba” – ponieważ zapis fałszuje rzeczywistość. Ponieważ zapis/notatka, przede wszystkim on, fałszuje, kłamie, zwodzi, przekłamuje rzeczywistość. Ten, który pisze, jest kłamcą. Piszący kłamie, z tym pogodzić się wypada. Nawet jeśli ma najlepsze intencje, gdy chce być bezstronny i obiektywny. Bardzo często na bieżąco zapisać, zanotować nie ma jak, brakuje możliwości, sposobności i czasu. Każde wspominanie, przywoływanie, wywoływanie z pamięci, jest już interpretacją tego, co było. Wspominając przywołuję wrażenie, przefiltrowane przeze mnie, przez moje doświadczenie, lektury, predyspozycje psychiczne, a nie dokumentalny zapis.

2. Pamięć żyje jedynie w tym, co zapisałem. Nawet nie w tym, co chciałem zapisać. To nie jest równoznaczne z tym, co planowałem zapamiętać. Plany z góry skazane są na porażkę, idą w łeb. Wypada pogodzić się z niedoskonałością wrażeń, szczątkowością opisu, subiektywnością wspomnień. Smutna akceptacja. Pamięć o tym, co zapisałem, żyje. Gdzie podziewa się to, co zapominam? Nie wszystko chcę pamiętać. Przywołując wspomnienia, otwieram puszkę Pandory. Wspomnienia przywołane są inne. Za każdym razem mogą być inne. Każdy pamięta inaczej, to banalne stwierdzenie, jest faktem. Justyna poprosiła mnie niedawno, bym opowiedział o tym, jak siedzieliśmy w kawiarni w Palermo i piliśmy kawę. Oboje byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie, ale okazało się, że każde z nas pamięta coś zupełnie innego, pamięta inaczej. „Ja nie pamiętam, że wiatru nie było, ani że kelner był nieprzyjemny”, powiedziała, gdy skończyłem opowiadać.

3. Mam kiepską pamięć. Szczególnie do ludzi. Zapominam jak byli ubrani, jakie noszą imiona, czy i gdzie ich spotkałem, o czym z nimi rozmawiałem, czy byłem złośliwy, czy nie. Wszystko to przepada we mnie bez śladu. Nie, żebym się nie starał zapamiętać. Przecież czasem wypada. Częściej pamiętam grupy wrażeń, miasta, drzewa, niż rozmowy i rozmówców. Moja pamięć jest oporna. Moja pamięć jest krnąbrna. Przecież, czasem, staram się, a jednak zdarzają się sytuacje, że zamiast powiedzieć: „Słuchaj, Paulino…”, mówię: „Słuchaj, Patrycjo…” – coś niby dzwoni, ale nie w tym kościele. Na tym polega moja niewdzięczność, potem pozostaje mi jedynie, wstydzić się za siebie, za swoją pamięć. Podobno, jak napisał Cioran, „U podstaw ubytków pamięci leży instynkt samozachowawczy”. Ale czy wypada się z nim zgodzić?

4. Dalej w tym samym tekście, wspomnianym na wstępie, pytałem siebie: „Pamiętać o słowach, czy pamiętać o gestach?”. Chciałbym zachować dla siebie pewne obrazy, sytuacje, ludzi, spotkania, miasta, ulice, ptaki i drzewa. Jak to zrobić? Wszystkiego zapamiętać się nie da. Wszystkiego zapisać się nie da. Co wybrać? „Słowa”, czy „gesty”? Na czym polega dychotomia? Tyle spraw dzieje się naraz. Które są ważne, a które mniej? Jakie zapisać, czyli wyróżnić, ocalić, a które pominąć? Wybór jest trudny i smutny zarazem. Może rację mają Japończycy, którzy bez zastanowienia pstrykają tysiące zdjęć z podróży, a po powrocie do domu dopiero oglądają, to, co oglądali.

Filed under: Czcze mądrości , , , , , , , ,

Przy tablicy

Wywołany do tablicy przez p. Arachneę przy kolejnym łańcuszku, odpowiadam:

1. Którego z bohaterów literackich zaprosiłbyś do swojej rodziny lub kręgu przyjaciół?

- Prawdę mówiąc krąg moich przyjaciół (w „realu”) jest niewielki i akurat taki jaki być powinien. Dlatego nie widzę potrzeby zapraszania do niego nowych przyjaciół. Osobista otwartość nigdy nie była moją najmocniejszą stroną, stąd pewnie ograniczona liczba osób, które są „blisko”. Dodatkowo nie lubię się rozpraszać, dzielić, rozdzielać, ale piszę zasadniczo nie na temat, piszę gdzieś obok zadanego tematu. Przepraszam. Wracając do pytania, to chciałbym, aby moim wujkiem był Nicolas Bouvier. Wujkiem, dokładnie bratankiem mojej matki, który wysyłałby do matki długie listy z podróży, który raz w roku przyjeżdżałby do nas na święta i przy stole opowiadałby swoje ostatnie przygody.

2. Jeśli miałbyś taką możliwość, którego z nieżyjących pisarzy lub poetów obdarzyłbyś drugim życiem, by umożliwić mu/jej napisanie jeszcze kilku książek lub wierszy?

- [Będę oszczędny:] Przede wszystkim Joanna Pollakówna oraz Zbigniew Herbert, aby mogli napisać jeszcze kilka książek o obrazach. Następnie chciałbym, aby z martwych wstali: Josif Brodski, Józef Czapski, Konstanty A. Jeleński, Jerzy Turowicz. Na zakończenie tego koncertu: Lawrence Durrell, Kornel Filipowicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Haupt, Andrzej Bobkowski.

3. Jak wyglądałaby Twoja wymarzona, idealna biblioteczka (chodzi zarówno o dobór książek jak i pomieszczenie)?

- W moim domu książki podpierają wszystkie cztery ściany dużego pokoju, pewnie stoją tak dlatego, aby się ściany nie zwaliły do środka. Takie ustawienie książek bardzo mi odpowiada. Chociaż, oczywiście!, wolałbym mieć regały, ustawione w długim, wąskim korytarzu, oświetlone małymi lampkami, usadowionymi w podłodze. Na regałach najlepiej jeśli stałoby 10 tyś książek, ustawionych autorami w porządku alfabetycznym.

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki , , , , , ,

Zapisanie? Zaczytanie?

(…) niemal najlepsze dzieło Stendhala; jest tam jakaś bezpośredniość doznań, jakaś wyraźna szczerość, jakieś podziwu godne usiłowanie zdzierania kolejnych warstw, aby dotrzeć do dna. A jaka przejrzystość stylu!(…) Chciałbym zrobić t samo, przynajmniej będę się starał. Wydaje mi się to nawet obowiązkiem. Kiedy się jest u schyłku życia, winno się kategorycznie dołożyć wszelkich starań, aby jak najwięcej pozbierać wrażeń, które przechodziły przez nasz organizm. Nielicznym uda się w ten sposób stworzyć arcydzieło (Rousseau, Stendhal, Proust), ale wszystkim dana jest możliwość ocalenia tą drogą czegoś, co bez tego drobnego wysiłku zostałoby stracone na zawsze. Prowadzenie dziennika lub spisywanie w pewnym wieku własnych wspomnień winno być obowiązkiem nałożonym przez państwo(…).”

[Giuseppe Tomasi Di Lampedusa, „Miejsca mojego dzieciństwa”, {w:} „Opowiadania”, przeł. Jadwiga Bristiger, przedmowa Giorgio Bassani, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, str. 92-93.]

* * *

* * *

Przy okazji odpowiadam na trzy pytania, które dotyczą moich czytelniczych zachowań. Pytania zadała mi pani Nowalijka, być może jest zainteresowana odpowiedziami. Łańcuszka nie rozsyłam dalej, ale jeśli ktoś ma ochotę się udzielić w n/w temacie, to zapraszam, można w komentarzu się uzewnętrznić.

1. Czy są takie książki, do których przeczytania przyznajecie się niechętnie, chyłkiem, co najwyżej półgębkiem, bacznie patrząc i pilnując, czy w okolicy nie znajduje się nikt, kto mógłby te wstydliwe Wasze zwierzenia wykorzystać? Słowem – czy macie w swoim czytelniczym życiorysie namiętny romans z tanimi powieściami dla kucharek, kryminałami w tandetnych okładkach, masowo wydawanymi początkiem lat 90., z czwartorzędną fantastyką nieudolnie spolszczoną przez kogoś, który nie znał ani języka, z którego przekłada, ani języka, na który tłumaczy? I czy budzi to w Was jakieś emocje?

- Nie, nie ma takich książek. Czytam różne książki, które mi często przypadkowo w ręce wpadają, to nie wstydzę się potem do tego przyznać. Książki ktoś pisze i z szacunku dla tego, w końcu napisał, się natrudził, nie wypada, abym się do nich nie przyznawał. Dlatego przyznaję się, czytałem książki: G. Mastertona, Ch. Bukowskiego, G.N. Smitha, N. Gaimana, J. Austen, P. Coelho, kilka Harlequinów…

2. Zapożyczając się u Lodge’a. chciałabym zapytać o klasyczne-pozycje-które-to-niby-wszyscy-już-przeczytali, a po które nadal się nie zabraliście, a może nawet nie macie zamiaru. Co by to było?

- Jest wiele „klasycznych pozycji”, których nie przeczytałem, czasem specjalnie, czasem zupełnie przypadkowo. W większości wypadków pewnie nie przeczytam już książek: J. Conrada, F. Dostojewskiego, L. Tołstoja, B. Schulza, F. Kafki, R. Kapuścińskiego, M. Dąbrowskiej, A. Dumasa, J. Hellera, W. Hugo, J. Clavella, A. MacLeana, M. Bułhakowa, M. Puzo, E. Zoli, A. Camusa, S. Mrożka, G. Zapolskiej, Z. Nałkowskiej, H. Balzaka, J. Dehnela, R. Ludluma, nie przeczytałem żadnej książki z cyklu „Pan Samochodzik”.

3. Co naprawdę ważnego ostatnio – w ciągu roku powiedzmy – przeczytaliście? Coś takiego, co przede wszystkim zostanie z Wami, ale czym chciałoby się również podzielić z innymi.

- Wybrałem 10 z książek przeczytanych w ostatnim roku, czyli od lipca 2008 do lipca 2009: #1 José Saramago, „Kamienna tratwa”, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2003; #2 Damon Runyon, „15 opowiadań nowojorskich”, przeł. Waldemar Brzeziński, Wydawnictwo URAEUS, Gdynia 2002; #3 Yukio Mishima, „Zimny płomień i inne opowiadania”, przeł. Henryk Lipszyc, posłowie Beata Kubiak Ho-Chi, Świat Książki, Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2008; #4 Sándor Márai, „Magia”, przeł. Irena Makarewicz, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2008; #5 Edwidge Danticat, „Oddech, oczy, pamięć”, przeł. Maria Olejniczak-Skarsgård, Wydawnictwo G+J Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2007; #6 Tahar Ben Jelloun, „To oślepiające, nieobecne światło”, przeł. Małgorzata Szczurek, Wydawnictwo KARAKTER, Kraków 2008; #7 Zeruya Shalev, „Mąż i żona”, przeł. Agnieszka Jawor-Polak, wyd. I, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004; #8 Ariel Dorfman, „Niania i góra lodowa”, przeł. z angielskiego Bohdan Maliborski, seria: „Lemur”, Świat Ksiązki, Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2007; #9 Pascal Mercier, „Nocny pociąg do Lizbony”, przeł. Magdalena Jatowska, Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., Warszawa 2008; #10 José Saramago, „Miasto ślepców”, przeł. Zofia Stanisławska, wyd. III poprawione, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2009. (Kolejność nie jest przypadkowa.)

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki, Wyjątki , , , , , , ,

Przyjaźń a literatura

1. Profesor Michał Paweł Markowski w eseju „Życie na miarę literatury” opowiada następującą anegdotę: „Całkiem niedawno jadłem kolację w Sztokholmie w gronie znajomych akademików. Towarzystwo było międzynarodowe i wielojęzyczne. W pewnym momencie moja przyjaciółka, Brazylijka wykładająca w Szwecji niemiecką filozofię, nachyliła się do filozofa angielskiego wykładającego w Nowym Jorku filozofię francuską i powiedziała: Jeśli chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, musisz czytać Pessoę. Nie znałem kontekstu ich rozmowy, zrozumiałem jednak od razu, co chciała powiedzieć: przyjaźnie definiują się poprzez te same przeczytane książki, poprzez podobną wrażliwość wpisaną w literaturę. Moja brazylijska przyjaciółka mówiła swojemu anglojęzycznemu koledze: jeśli chcemy się porozumieć, czytaj poetę, który umie powiedzieć o moim doświadczeniu coś, czego ja sama wysłowić nie potrafię. Czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry.” Oczywiście jest w komentarzu do tej opowieści bardzo dużo racji, jednak w związku z tym, że nie jest to święta racja, pozwolę sobie na kilka słów własnego komentarza do anegdoty i kilku tez z eseju.

2. Wiem, że możliwość zaistnienia przyjaźni, warunki sprzyjające temu, nie są główną tezą tego eseju (A co jest? To by życie naśladowało, odwzorowywało literaturę, że życie bez literatury nie ma sensu. Jak i dlaczego? Zainteresowanych odsyłam do tekstu.), ale tak się składa, że jest to temat, który mnie aktualnie zajmuje, interesuje. Pan Profesor zakłada, że przyjaciele definiują się, konstruują poprzez te same przeczytane lektury. Nawet ostrzej: poprzez tak samo mocne i jednoznaczne odczuwanie tych samych książek. Anegdota przytoczona powyżej ma być na to dowodem. Jest interpretowana tak: „jeśli chcemy się porozumieć […] czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry”. Ja bym ją rozpatrywał, rozumiał troszeczkę inaczej: „jeśli chcesz mnie zrozumieć”, „jeśli chcesz zrozumieć moje postępowanie, decyzje, gesty, słowa”, to przeczytaj proszę to, czy tamto. Markowski milcząco zakłada, że przyjaciele muszę mieć taką sama wrażliwość na przeczytane książki, że muszą przeczytane książki tak samo interpretować, odczuwać, że przywołany powyżej Pessoa musi być autorem znaczącym dla obu stron. Ponieważ, gdy przeczytasz Pessoę i przyjmiesz go do swego krwioobiegu, dopiero wtedy możemy rozmawiać. Myślę, iż nie ma konieczności stawiania sprawy aż tak ostro. Rozmowa jest możliwa, gdy obie strony przeczytały tego samego autora, ale wcale nie muszą mieć o nim tego samego zdania. Ponieważ jeśli mają, to prawdopodobnie nie ma już o czym rozmawiać, drugi nie powie pierwszemu nic istotnego, nic czego ten pierwszy nie będzie już wiedział. A rozmowa nie na tym polega, raczej na wymianie. Stawiałbym raczej na różnice, a nie na homogenizację poglądów i przekonań.

3. W tekście nie ma mowy o tym, by różnice wrażliwości, a co za tym idzie: różne lektury, mogą tak samo mocno i szczelnie zbliżyć ludzi. Ludzi inteligentnych, inteligentnych na przykład w rozumieniu Sándora Márai, czyli ciekawych. W tym wypadku cnotliwych i ciekawych Drugiego, ciekawych Innego. Podchodzących do Drugiego/Innego z szacunkiem, który się mu należy za to, iż ma inne od nas poglądy i przekonania. Moim zdaniem różnice czytelnicze mogą tak samo zbliżyć ludzi jak podobieństwa, choć jest to oczywiście trudniejsze i wymaga większej cierpliwości i wyrozumiałości. I otwartości. Zresztą różnice, tak jak i podobieństwa, mogą jedynie ułatwić porozumienie, ale w żaden sposób go nie warunkują.

4. Markowski pisze tak jakby podobne, czy nawet takie same, lektury warunkowały możliwość zaistnienia przyjaźni, jakby nie była ona możliwa bez wspólnych lektur. Powiedziałbym raczej, że one ułatwiają, a nie warunkują zaistnienie przyjaźni. Wspólne, te same lektury wcale nie determinują zaistnienia przyjaźni, ale ułatwiają nawiązanie więzi, ułatwiają wytworzenie tzw. nici porozumienia, „zrozumienia w lot” tego, co chce nam przekazać, powiedzieć Drugi. Profesor pisze w innym miejscu tego eseju: „Przyjaciele czytają te same zdania w takim samym zachwycie […]. Właściwie po to jest literatura: powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, czy będziemy się spotykać”. Sądzę, że jest to za daleko posunięte uogólnienie, bo gdyby czytali „w takim samym zachwycie”, to nie jest potrzebna rozmowa (a jest!), porozumienie następowałoby ponad rozmową, ponad słowami, czyli ponad literaturą. Podobnie myślę o wspomnianej powyżej roli literatury, uogólnienie jest za daleko posunięte. Oczywiście jest ona (literatura) „niezbędna” do życia, „niezbędna w naszym życiu” (cytat z tekstu), bo „ułatwia przyjaźń”. I ma rację pisząc dalej: „Literatura bowiem to nie szafa z książkami, po które sięgamy znudzeni, lecz możliwość innego życia, którego czujemy potrzebę, bo ciasno nam w swoim domu, bo chcielibyśmy poznać coś więcej, bo chcielibyśmy być z kimś innym, bo chcielibyśmy coś zmienić we własnym życiu”. Ale spotkanie Innego jest możliwe także bez literatury. Zresztą sam powyżej podaje przykład Jamesa Joycea i Nory Barnacle, którzy wspólnie w przyjaźni małżeńskiej czytali świat, chociaż nie czytali tych samych książek.


- – -

[Michał Paweł Markowski, „Życie na miarę literatury”, {w:} „Tygodnik Powszechny”, nr 1-2 (3104-3105), 4-11 stycznia 2009, Kraków, str. 52-53. Za kilka dni cały tekst „Życia…” będzie dostępny na stronie „T.P.”.]

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki , , , , , , ,

O przeziębieniu

Przeziębienie to nie choroba. Na przeziębienie się nie umiera. Może i się cierpi, ale się nie umiera, a skoro się nie umiera, to podobno nie warto się nim zbytnio przejmować. Samo przeziębienie i jego wszelkie objawy są dla przeziębionego bardzo nieprzyjemne i upierdliwe. Odbierają mu radość codziennego funkcjonowania, zaburzają zwykłą chęć działania. Chociaż z drugiej strony, nawet przeziębienie należy traktować poważnie. Należy przyjmować je z pokorą. Świadomie. Na nic zdają się lekarstwa. Na nic zdaje się tupanie trupimi nóżkami wokół łóżeczka boleści. Od sześciu dni cierpię, ale żyję. Biorę lekarstwa, oczywiście nie pomagają na dłużej, działają jedynie chwilę – godzinę lub dwie – blokują źródło flegmy tryskającej z obu dziurek nosa, mogę wtedy swobodnie oddychać, ale po tym czasie: a!psik, kich i prych. Chciałbym, aby się już skończyło. Przeziębienie to nie choroba, jednakże ukazuje ograniczenia mojego ciała, o którym nie myślę, gdy wszystko działa dobrze, gdy wszystko gra jak należy. Wystarczy taka mała wyrwa jak przeziębienie, aby poczuć się śmiertelnym.

Filed under: Czcze mądrości , , ,

O przyjaźni (z dedykacją)

A ona pyta: „Czy straciłeś kiedyś przyjaciela?”. Odpowiedź jakiej jej udzielam brzmi: „Tak. Dwóch”. Aż dwóch, obu na własną prośbę i życzenie. Obu przez własną głupotę, przez własne durne zachowanie, przez własną chłopięcą słabość. Jeden wstał i odszedł, zniknął po fakcie, rozpłynął się po tym jak się dowiedział, nie robił mi nawet żadnych wyrzutów, po prostu wstał i wyszedł, nigdy go więcej nie widziałem. Od drugiego ja odszedłem, bo nie miałem sił patrzeć mu w twarz. Najsmutniejsze jest, że wiedziałem jak to się skończy. Wiedziałem, że po fakcie nie będzie innego rozwiązania, innego sposobu, jak tylko koniec, koniec przyjaźni. Było to dawno temu, wiele lat temu, ale dyskomfort odczuwam do dziś, do teraz. Wtedy nie, wtedy było mi obojętne, wtedy miałem zlew na to, wtedy liczyła się jedynie chwilowa przyjemność. Dziś już tak nie myślę, dziś chciałbym cofnąć czas i zrobić coś innego, zrobić dobrze, być dobrym przyjacielem, czyli nie zszczrobić tego, co wtedy zrobiłem, zaniechać, zatrzymać się pół kroku, zatrzymać się w półobrocie. Zamknąć drzwi przed nosem, odprawić, odesłać. Jednakże czasu cofnąć się nie da. Pozostaje mi żyć z tą świadomością, z poczuciem straty, z świadomością porażki. Wyrzuty sumienia odczuwane poniewczasie, co to da? Nic. Boli. Nadal boli. Pozostaje mi obiecywanie sobie, że nigdy więcej już tak nie postąpię, że na błędach się nauczyłem. Nauczyłem przyjaźni. Czym, więc jest przyjaźń? Nie jestem do końca pewien. Mam kilka intuicji, kilka przeczuć. Przyjaźń, to nie miłość, nawet platoniczna (zakładając oczywiście, że takowa istnieje). Ten, który jest przyjacielem, nie jest egoistą. Niczego się nie domaga, niczego nie żąda, niczego nie pragnie od drugiego. Nie pragnie drugiego tylko dla siebie, nie pożąda go na własność i dlatego popęd seksualny nie idzie w parze z przyjaźnią. Nie stara się zdominować przyjaciela. Nie stawia żadnych warunków, gdyż nie oczekuje nic dla siebie, jest ukierunkowany na drugiego. Jeśli myśli inaczej, to jest samolubny. Jego niegodziwość przejawia się pragnieniu dobra własnego, bo sam chce tylko brać, otrzymywać, dostawać. Przyjaciel się nie wywyższa, nie uważa za mądrzejszego, ma pomagać, a nie szkodzić. Ma oddawać samego siebie, oddawać wszystko z siebie, bez liczenia na korzyści w zamian, bez nadziei na rekompensatę. Przyjaźń nie obarcza odpowiedzialnością za własną głupotę. Przyjaźń to służba, to służenie drugiemu z zachowaniem i poszanowaniem pełnej świadomość odrębności współprzyjaciela. W przyjaźni trzeba być uważnym. Nie liczą się w niej słowa i zapewnienia, a gest oddania, gest zawierzenia, gest bezgranicznej ufności. Czy ten, który wymaga i stawia warunki, jest godzien przyjaźni? Nie. Myślę, że nie, jestem pewien, że nie, gdyż przyjaźń jest uczuciem obustronnym. Obie strony muszą mieć taki sam ogląd sytuacji, ponieważ przyjaźń jest mieczem obosiecznym, jest dla dwojga. Nie ma przyjaźni tam, gdzie któraś ze stron szuka dobra własnego. Zresztą zakładanie istnienia dwu różnych stron unieważnia przyjaźń. W przyjaźni jest tylko jedna strona: szczęście drugiego.

Filed under: Czcze mądrości , , , , ,

Mówić! Mówić!

Nat., zgodnie z obietnicą, dawną, ale jednak zrealizowaną cztery dni temu, wysłała mi cytat z książki p. Olgi Tokarczuk, więc czytam go: „W środku i na zewnątrz, do siebie i do innych, opowiadać każdą sytuację, nazywać każdy stan; szukać słów, przymierzać je, ten bucik, który zmienia cudownie kopciuszka w królewnę. Przesuwać słowa jak żetony, którymi obstawia się numery w ruletce. Może tym razem się uda? Może się wygra? Mówić, łapać ludzi za rękaw, kazać im siadać naprzeciwko i słuchać. Potem samemu zamieniać się w słuchacza dla ich mówić, mówić. Czy nie powiedziano: Mówię, więc jestem. Mówi się, a więc się jest? Używać do tego wszystkich możliwych środków, metafor, parabol, zająknięć, nie dokończonych zdań, nie zważać, że zdanie urwie się w połowie, jakby za czasownikiem utworzyła się nagle przepaść. Nie zostawiać żadnych nie wyjaśnionych, nie opowiedzianych sytuacji, żadnych zamkniętych drzwi, wyważać je kopniakiem przekleństwa, nawet te, które prowadzą do żenujących i wstydliwych korytarzy, o których wolałoby się zapomnieć. Nie wstydzić się żadnego upadku, żadnego grzechu. Grzech opowiedziany zostaje odpuszczony. Opowiedziane życie- zbawione. Czy tego nie uczą nas święci Zygmunt Karol i Jakub? Ten, kto nie nauczył się mówić, zostanie na zawsze uwięziony w pułapce.” I teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przyłożyć go do własnych działań i życia.

Filed under: Czcze mądrości , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!