Hajfa

[niecodziennik]

[Herta Müller, „Dziś wolałabym siebie nie spotkać”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, wyd. I, Wołowiec 2004, str. 158-159.]

„(…)Na stole stała czerwona emaliowana puszka, otworzyłam ją, powąchałam zmieloną kawę, zamknęłam wieczko, odstawiłam ją i zobaczyłam tłuste odciski moich palców i to, co przyśniło mi się w nocy:

Tata leży w białej niedzielnej koszuli na podwórzu przed domem, na drewnianym stole, a obok jego lewego ucha brzoskwinia z jednego z drzew, które sam przed laty posadził. Mężczyzna z wypukłą klatką piersiową i ptasią twarzą, który we śnie nie jest jednak moim gospodarzem, wycina tacie przez koszulę czworokąt między czubkiem kołnierzyka a żołądkiem, od trzeciego do piątego guzika, pedantycznie jak przy linijce. Wyjmuje swojego rodzaju drzwiczki z ciała.

Ja mówię:

- Leci krew.

Mężczyzna mówi:

- To z arbuza jego żony. Widzisz, jest zniekształcony, nie rośnie i nie jest większy niż jajko Wyjmiemy go i włożymy brzoskwinię. Wyciąga arbuza z piersi i wkłada na jego miejsce brzoskwinię. Brzoskwinia jest dojrzała, z czerwonymi policzkami, ale nieumyta, widać to po włoskach.

- To jest brzoskwinia warkoczastej – mówię – ona przecież nigdy nie urośnie; warkoczasta nie potrafi o nią zadbać.

- Jedno musisz jej przyznać, na warzywach się zna.

- Ale to jest owoc – mówię.

- Zobaczymy – mówi on.

Mężczyzna wkłada drzwiczki z powrotem do piersi, pasują jak ulał. Podchodzi do ściany domu i myje sobie pod szlauchem ręce.

- Czy drzwiczek nie trzeba przyszyć – pytam.

- Nie – mówi on.

- A jeżeli wypadną.

- Są hermetyczne, zarosną, robię to nie po raz pierwszy – mówi – w końcu jestem z zawodu stolarzem.”

.

- – -

{sen przesłała: Joanna J., dziękuję}

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Interes w Azji

Jadę starą furgonetką. Paka to drewniana kratownica przykryta pozszywanymi ze sobą wypłowiałymi szmatami. Siedzę w szoferce, strasznie trzęsie. Wyglądam przez okno, jadę przez góry, samochód podskakuje na dziurach i wybojach. Muszę zwolnić. Zresztą siedzący obok młody chłopak, ubrany równie nędznie jak ja, mówi: „Uważaj na ładunek”. Wtedy przypomina mi się, że przemycam/szmugluję przez granicę między Malezją a Pakistanem pluszowe misie, które zostały wyprodukowane na Tajwanie przez małe-chińskie-rączki. Pluszowe misie są w Pakistanie zakazane z powodów religijnych. A skoro są zakazane, to jest to najbardziej chodliwy towar. Mój towarzysz – młodszy ode mnie o jakieś 20 lat – namówił mnie na ten interes. Misie są ukryte w drewnianych skrzynkach po brazylijskich pomarańczach. [cięcie] Na prosektoryjnym stole w kostnicy leży nagi mężczyzna, na stole obok następny. Cała kostnica wypełniona jest stołami, na których leżą nadzy mężczyźni. Wszyscy mają zakrwawione stopy, jakby starte stopy, jakby gołymi stopami aż do zdarcia szorowali po asfalcie.

.

- – -

[tak przy okazji donoszę, że można mnie jutro, wespół ze Szymonem Kantorskim i Szczepanem Kopytem, spotkać i posłuchać w ramach imprezy „Poza Zasadą Lansu” w CSW Zamek Ujazdowski; po szczegóły trzeba kliknąć…]

Filed under: Sennisko, Się , , , , , ,

[263. 96] Andrzej Stasiuk, „Taksim”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

1. Pamiętam pewne spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem, które odbyło się w 1994 roku w Poznaniu. Nie pamiętam, czy było ono związane z promocją powieści „Biały kruk”, czy też zbioru „Wierszy miłosnych i nie”. Podczas spotkania Stasiuk mówił, że zaprzestaje pisania prozy i zostaje poetą. Na szczęście już wtedy było wiadomo, że nie mówi poważnie. Jego wiersze mnie nie przekonywały. Zresztą, gdy sięgam do tej książki dziś, po tylu latach, nadal mnie nie przekonują. Podobnie miałem z „Białym krukiem”, który nie powalił mnie na kolana. Inaczej czytałem opowiadania. „Opowieści galicyjskie”, „Przez rzekę”, „Dukla” i „Mury Hebronu”. Andrzej Stasiuk łączył się w mojej głowie z Kornelem Filipowiczem, którego wiersze – tak na marginesie – także są nie bardzo. Wszystkie książki Stasiuka, z wyjątkiem „Wierszy miłosnych i nie”, które kiedyś miałem w domu, w jakiś magiczny sposób zniknęły.

2. Potem był dalsze książki. „Dziewięć”, „Tekturowy samolot”, „Jadąc do Babadag”, „Fado”, „Dojczland” i inne. Żadnej nie czytałem. Chociaż Justyna starała się mnie przekonać do „Fado”, do „Jadąc…” i do „Dojczlandu”. Czytała mi fragmenty. Opowiadała. Dawała do domu. A ja brałem, chowałem do torby, przynosiłem do domu, wyciągałem z torby i kładłem na nocnym stoliku, dobrze wiedząc, że żadnej z nich nie przeczytam, że nawet nie zamierzam ich otwierać. Miesiąc później Justyna pytała: „Przeczytałeś?”. Odpowiadałem zgodnie z prawdą i nie: „Nie, nie miałem czasu”. W następnym miesiącu wpadała pod pretekstem kawy i głaskania kotów. Tak naprawdę, aby cichaczem zgarnąć swoje „Fado”, „Jadąc…”, czy „Dojczland”.

3. „Taksim”. Sam siebie namówiłem. Przekonała mnie objętość, przeszło 300 stron tekstu. „Poważna powieść”, pomyślałem i kupiłem. I przeczytałem. Czytając myślałem o innej książce, dokładnie o „Oswajaniu świata” Nicolasa Bouviera. „Taksim” to dla mnie książka przede wszystkim o tym, że słynna „łagodna ucieczka na południe” nie ma szans powodzenia. Może i można uciec „od świata”, zostawić za sobą wszystko lub prawie wszystko, zostawić wcześniejsze niepowodzenia, zniknąć z pola widzenia i rozpocząć od nowa w innym miejscu. Tak jak zrobił Paweł. Jednakże „zniknięcie” nie jest całkowite, ponieważ po jakimś czasie znów zaczyna się wikłać. Wikłać się w kolejny układ, tym razem z Władkiem, z którym wchodzi w interes polegający na sprzedaży używanej odzieży („szmat”) z metkami Paris-London-New York. Swój bazar wożą po wioskach i miasteczkach pogranicza, wciąż dalej i dalej na południe. Co ich gna? Skąd biorą siłę? Skąd takie samozaparcie? Skąd pewność, że trzeba się ruszać?

4. Czytając myślałem także o fragmencie wiersza Kawafisa: „Na cóż czekamy, zebrani na rynku?/Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy”. W powieści „barbarzyńcami” są Chińczycy, Wietnamczycy, którzy handlują jednorazowym badziewiem, które jest tak tanie, że wystarczy ubrać/użyć raz czy dwa, aby się rozpadło. I to jest bardzo mądrze pomyślane, ponieważ od razu trzeba kupić następną rzecz. Rzeczy zamiast trwać, rozpadają się, nie można na nich polegać. Służą przez chwilę, przez sekundę. Świat się rozpada.

5. „Taksim” napisane jest mocnym, wyrazistym językiem. I ostatecznie, dla mnie, język, a nie opowieść, jest najmocniejszą stroną tej książki. Język, który nie boi się wulgaryzmów, a z drugiej strony nie boi się popaść w liryczny banał. Przedmioty, krainy, ludzie są wyraźni, mają widzialny kontur.

Filed under: Lekturki , , , , , ,

[Jerzy Franczak, „Nieludzka komedia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, str. 52-53 oraz 157.]

#1 „Jemu śni się, że się budzi, boli go palec, więc wstaje i idzie po omacku do łazienki. Ból staje się nie do zniesienia, więc zaciska zęby i pochyla głowę, wtedy spostrzega plamy krwi na linoleum. Z bijącym sercem dociera do łazienkowych drzwi, zapala światło i podchodzi do umywalki. Jego wskazujący palec tkwi w kubeczku razem ze szczoteczkami do zębów. W tym samym czasie jej śni się powódź, istny potop, woda wlewa się oknami i drzwiami, tryska ze szpar w podłodze, cieknie po ścianach. Alicja pędzi po Basię, porywa ją i biegnie do drzwi, po drodze zauważa, że jej córeczka zmieniła się w radio, a woda bezustannie przybiera, sięga już ust. Wypadają na klatkę schodową, Basia cała mokra, ma wilgotne pokrętła, po głośniczkach spływają bezgłośnie malutkie kropelki. Alicja kręci gałką w lewo, w prawo – nic… Rozpacz ściska jej gardło, ale uporczywie szuka jakiegoś sygnału życia w martwym szumie eteru… I nagle słyszy donośne ueeeeee!, przebijające się spośród pomruków i trzasków! Fala szczęścia zalewa jej piersi! Całuje Basię po przyciskach i pokrętłach, głaszcze ją po kabelkach i tuli do łona.”

#2 „Miałam sen o Tobie, ale bardzo przykry. Śniło mi się, że rozstaliśmy się, bo miałeś dziecko z inną kobietą (niewysoka, śliczna brunetka, bardzo delikatna, słodka i uległa, zupełnie moje przeciwieństwo). Przyszłam was odwiedzić, na drzwiach wizytówka A. E. Królowie i dwa plakaty reklamujące sporty wodne – dziwne, nie? wchodzę do tego mieszkania – Ty otworzyłeś, ona gdzieś w głębi z dwójką dzieci na dywanie. Zmiana – nagle znajdujemy się nad jakimś jeziorkiem, opalamy się, mówisz: zostańmy przyjaciółmi. To koniec. Ale we śnie myślałam, że chyba umrę.”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

[256. 89] Paweł Huelle, „Ostatnia Wieczerza”, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, wyd. I, Kraków 2007.

Paweł Huelle jest dla mnie autorem ważnym. Czy raczej: kiedyś był dla mnie autorem ważnym. Ważnym, ponieważ jego „Opowiadania na czas przeprowadzki”, to była pierwsza „współczesna” książka („współczesna proza”/„nowa proza”) jaką przeczytałem, zresztą będąc jeszcze we wczesnym liceum. Dała mi ją do przeczytania pani stażystka, która miała w mojej klasie próbne lekcje polskiego. Pamiętam nawet scenę, gdy mi ją wręczała (wypożyczała) na weekend do domu, dlatego musiał, to być piątek. Staliśmy małą grupką na parterze w pobliżu damskiego kibla. Za sobą miałem postkomunistyczną wiszącą gablotkę z artykułami wyciętymi z gazet i przyklejonymi na kolorowym brystolu, nie pamiętam czego dotyczyły, ale pewnie ususzony liść kasztanowca pewnie także był tam przypięty. Przed sobą miałem korytarz, którym z auli, pełniącej także rolę sali gimnastycznej, wracały spocone siatkarki. I nie wiem teraz, czy scenę wręczania ksiązki Pawła Huelle pamiętam dlatego, że przyszła pani polonistka pożyczała mi książkę, czy też dlatego, że siatkarki były spocone i zapach potu był mocny i duszący, czy też dlatego, że miały białe koszulki, przemoczone potem i było widać, że niektóre z nich nie mają staników? Odpowiedź ma znaczenie? Jeśli tak, to lepiej, aby była ona związana z „ważnością” „Opowiadań na czas…”, a nie z moimi hormonami, które uderzały mi wtedy do głowy i których nie potrafiłem pogodzić z wyznawanym wówczas światopoglądem religijnym.

Wracając od tematu. A tematem jest „Ostatnia Wieczerza”. Czyli bardzo kiepska książka pana Pawła. Dlaczego kiepska? Ponieważ narracyjnie jest do bani. Historia/-ie opowiadana/-e jest/są do niczego. A opowiadana jest przez maile pisane do Niej, długie, z nudnymi autokomentarzami, taka osobista kronika. Co się narratorowi właśnie przypomniało, to bach i piszemy, bez ładu i składu, trochę z przeszłości życia bohemy trójmiejskiej, trochę opowieści z pierwszych stron gazet, trochę snów. Cały pierwszy rozdział, który wydaje mi się najciekawszy, w ostateczności okazuje się tylko zapisem snu. A szkoda. Są fragmenty, które czytałem z zainteresowaniem, przede wszystkim te które dotyczą spacerów po Jerozolimie, spacerów Davida Roberta ze szkicownikiem pod pachą. Irytowały mnie wszystkie wstawki dotyczące księdza Monsignore’a, które prawdę mówiąc są niewybrednymi, osobistymi wycieczkami autora w stronę jego przygód z prałatem Jankowskim, który w 2005 roku ciągał Hellego po sądach. Najsłabsza jest końcówka, której nie ma. Książka została „ucięta”. Mam wrażenie, że „Ostatnia Wieczerza” w pierwotnym założeniu miała być powieścią współczesną, obrazującą TU i TERAZ IV RP. Nieudana jest ta książka, nieudana.

- – -

{tak nawiasem mówiąc, to w pełni zgadzam się z M.Sz. i nie miałem nic nowego do dodania}

Filed under: Lekturki , , , , , ,

Nocna rozmowa

Przez całą noc gadałem przez telefon z Foką. Z jakiegoś ważnego powodu ani on, ani ja nie mogliśmy sobie pozwolić na zaśnięcie. Nie pamiętam, który z nas zadzwonił, czy on do mnie, czy ja do niego. Nie pamiętam także dlaczego on nie mógł zasnąć, ani dlaczego ja także nie mogłem. Ktoś nam zabronił? My zabroniliśmy sobie? Czytałem mu nowe opowiadanie o dziewczynce imieniem Amber, którą matka utopiła w przybrzeżnych wodach wyspy Santosa, aby uwolnić się od swego otyłego męża o twarzy nastolatka. Opowiadanie nie było długie, miało trochę ponad stronę. Czytałem wolno, jakbym mu je dyktował, a Foka w tym czasie spisywał. Potem on je na głos redagował i poprawione wolno dla mnie czytał, abym mógł je sobie zapisać. Następnie wstał, zostawił telefon na biurku i wziął z półki zeszyt. Zaczął szybko go kartkować. Szelest kartek słyszałem przez słuchawkę. „Przeczytam ci co ciekawsze dialogi z pracy”, powiedział po chwili do słuchawki. Głośno się śmiałem, słuchając tych firmowych historyjek. Nagle ABi się obudziła i powiedziała: „Przestań już dusić Ruperta, on i tak nie żyje”. Zrobiło mi się smutno. Nic jej nie odpowiedziałem, ale do Foki szepnąłem, żebyśmy zdzwonili się w nocy, bo pewnie i on, i ja, i tak  nie będziemy spać.

- – -

[Na stronie http://niedoczytania.pl wespół z Joanną Herman prowadzę otwarty projekt o nazwie Sny Z Nazwiskami. Projekt jest otwarty tzn., że można do Joanny lub do mnie wysyłać sny, które później będą prezentowane na stronie.

W tym tygodniu zapraszam do czytania zestawu: Sny (prawie) bez nazwisk - odcinek 6 - koncertowe.]

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Piekło w Singapurze [fragm.]

Za szklanymi drzwiami hostelu otwiera się piekło. Nie dość, że upał, zresztą jak codziennie tutaj, wypada się w końcu przyzwyczaić, to jeszcze słońce. Palące słońce, prosto z góry, prosto z nieba nad głową, słońce prawie w zenicie. Nigdy przedtem nie widziałem tak wysoko wiszącego słońca. Chwilami mam wrażenie, jeśli spadnie na ziemię, to prosto na moją głowę. Plan na dzisiejszy dzień – jak dla mnie – prosty: chodzić/spacerować/odwiedzać. Co prawda, duże jest to miasto (nawet bardzo, jak się potem okazało), ale gdy się spaceruje bez konkretnego celu, to jest szansa na mimowolne natknięcie się (dosłownie: wejście na) na te wszystkie obiekty, które są w Singapurze warte zobaczenia. Jednak jedynie ja tak myślałem, wizja pozostałych przedstawiała się tak: iść w konkretnym celu, aby zobaczyć taką to a taką świątynię, o której w „Przewodniku Pascal’a” ktoś napisał, że warto, że koniecznie, że typowa: jedna buddyjska, inna hinduska, inna muzułmańska, i t d. Chcieli poruszać się po sznurku, od-do. Tak się stało, problem pojawił się w chwili, gdy przewodnik „Pascal’a” przestał mówić gdzie dalej, a upał stawał się z minuty na minutę coraz mocniejszy i upierdliwy. Siadałem, jak pozostali, co chwile na jakiś schodach, na chodniku, pod murem, na przystanku – byle w cieniu. Nie ma większego sensu opisywać tego, jak wyglądają konkretne świątynie, czym się różni chińska od buddyjskiej. Zresztą nie potrafiłbym, są różne i takie same. Różne, ponieważ są różnych wyznań. Takie same, ponieważ wszystkie zlewają się ze sobą. Co jak co, ale dużo w nich duszącego dymu kadzidełek i kłaniających się tam i siam wiernych, wykonujących niezrozumiałe gesty i znaki, składających takie czy inne ofiary (mleko w kartoniku, przegniłe banany i pomarańcze, papierowe pieniądze, paczki papierosów, kawę i wodę w plastikowych butelkach, dużo wody). Mimo to w pamięć wryło mi się kilka świątyń, chcę wspomnieć od dwóch:

Meczet Abdul Gaffoor znajdujący się w dzielnicy Little India, do wnętrza którego można wejść. W „Przewodniku Pascal’a” jest napisane: „(…)główna sala modłów jest niedostępna dla wyznawców innych religii”, mimo to lekko zaniepokojony wszedłem po kilku schodkach i usiadłem wśród modlących się muzułmanów. Zaniepokojony, bo jak mnie ktoś wyprosi to co, a jak będzie niemiły, ale wręcz przeciwnie, pewien mężczyzna otwartym gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka. Czułem się dziwnie między tymi mężczyznami, usiadłem przy kolumnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, a oni się rytmicznie pochylali do przodu i do tyłu, szeptali/śpiewali sury, a ja  się przysłuchiwałem. Nie wiem, czy dlatego, że byłem wyczerpany upałem i do tego siedziałem, ale nagle zrobiło mi się jakoś tak dobrze, spłynął na mnie spokój, zniknęło zmęczenie, złość na upał. Nie można tego powiedzieć o pozostałych, musieli podejść, by powiedzieć: „Czas już iść. Zbieraj się”. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ta zieleń, ta prostota, ci modlący się mężczyźni, było w tym coś prawie mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to bardzo religijnego i ta religijność była wyraźna, namacalna. Ci mężczyźni modlący się obok, oni nie przyszli tu odklepać swoich modlitw (zresztą nie był to czas „oficjalnych” modlitw), oni przyszli się pomodlić, przyszli w konkretnym celu, co prawda byli też tacy, co przyszli się zdrzemnąć, kilku leżało z boku, w podcieniach i drzemało w cieniu, cicho pochrapując.

Idąc przez dzielnicę kolonialną (tzw. Historic District) prawie nie zauważam nieczynnego kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza. Kościół jest nieczynny, ponieważ nie ma już w Singapurze wierzących Ormian. A kiedyś w latach ‘60-’70 XIX-wieku była to bardzo liczna i prężna społeczność. Budynek kościoła stoi na środku działki, ogrodzonej niskim murkiem, wokół bryły budynku wiedzie droga krzyżowa. Postacie drogi krzyżowej naturalnej wielkości odtwarzają ewangeliczne sceny, a to Chrystus stoi przed Piłatem, a to Piłat umywa ręce, a to Chrystus upada pod krzyżem, w tym upale każdy by upadł. Na tym zielony, zadbanym, przystrzyżonym trawniku, porozstawiane wśród palm rzeźby, wyglądały strasznie, wyraźnie nie na miejscu. Od dwóch dni chińczycy wszędzie na ulicach pala jakieś kartki. Podobno jest święto, nie mam pojęcia jakie, wypada zapytać Kubę, on będzie wiedział. Obrządki polegają na tym, że w wielkich metalowych puszkach pali się rożne kartki, które symbolizują wszystko to, co jest potrzebne do osiągnięcia szczęścia, czyli pieniądze, jedzenie i inne takie. Wszędzie fruwają duże płaty popiołu, dym jest duszący, nie wiem dlaczego, ale chińczycy upodobali sobie porę, gdy najmocniej świeci słońce. Popiół fruwający w ostrym słońcu, przywodzi na myśl piekielne obrazy.

Meczet Abdul Gaffoor w Singapurze

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

Pomocny, pomocny niczym Abraham

Patrzę przez okno. Taki powolny obrazek: przed „Smakownią” parkuje mały samochód, wysiadają z niego dwie długonogie dziewczyny, które tak wzruszyły mężczyznę, stojącego pod srebrną markizą „Gobszo”, że do czasu, gdy nie znikną w bramie „Gołębnika”, zapomina żuć gumę, którą ma w ustach. Pewnie zaschło mu w gardle. Ślina zakrzepła pod językiem. Może powinienem przyjść mu z pomocą i zejść na dół ze szklanką wody?

Filed under: Opowiadania, Porażki , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!