Hajfa

[niecodziennik]

Delfin

Gosia idzie przodem, my za nią, prowadzi nas na jacht. Z pomostu, który stoi na betonowych słupach, więc jest stały, przeskakujemy na chyboczącą się łódkę. Czuję się niepewnie, boję się, że wpadnę do wody. Patrzę w dół, chyba nie jest głęboko, gdyż widzę dno, Widzę dno, mówię. Na co Gosia odpowiada, To złudne, woda jest tu pierwszej klasy czystości. Ania łapie mnie pod ramię, abym nie upadł. Gosia wydaje komendy jak prawdziwy kapitan statku. Niewiele rozumiem, gdyż używa takich słów jak „fok”, „sterburta”, „grot”, „pawęż”, „bulaj”, „lewy hals”, „prawy hals”, „kokpit”. Ech, tak mało człowiek słów zna. Staram się wykonywać, to co nakazuje, ale raczej na podstawie gestykulacji, wiem co robić. Później: Leże w płytkiej kałuży nad brzegiem oceanu. Słyszę szum fal, jest banalnie miło. Piasek jest żółty jak złoto. Woda w kałuży jest bardzo ciepła, wręcz gorąca. Całe ciało mam w niej zanurzone, ponad lustro wystaje mi tyle część twarzy. Słońce świeci mocno, mam zamknięte oczy. Tak trwa to jakiś czas, gdy otwieram oczy, widzę stojącego nade mną delfina. Stoi na tylniej płetwie, jakby stał na nogach. Płetwami grzbietowymi podpiera się pod boki á la krakowiaczek-ci-ja. Wygląda zabawnie i dobrodusznie, więc się do niego uśmiecham, Mogę ci jakoś pomóc, pytam.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Widoczek, jeden z wielu

Wstaję późno, ponieważ do 04:00 czytałem komiksy, „Misterium” i „Chorą miłość”, nic specjalnego, czekam na „Furie”. W kuchni bulgocze kawa. Wypada iść i zalać. Więc idę i zalewam. Wracam do pokoju i staję przed oknem. Podciągam żaluzje. Skąd się biorą te wszystkie robaczki, żuczki i muszki leżakujące spokojnie, już zasuszone, na parapecie? Owadzie cmentarzysko, raczej cmentarzyk, z mojej perspektywy. Otwieram okno. Wychylam się, by popatrzeć. Patrzę i widzę: sobotnia ulica, na pierwszy rzut oka – nic specjalnego. A jednak… Na miejscu parkingowym pod Agencja Inwestycyjną (w sobotę czynne od 09:00 do 17:00) stoi biały Caravan Chrysler Dodge firmy „Usługi Pogrzebowe. W.Dobrowolski-Hernes”, na nim szczerzy się czarny napis: „Międzynarodowy transport zmarłych. 24h”. Chwilę zastanawiam się, dlaczego nie jest napisane „międzynarodowy transport zwłok”, bądź „międzynarodowy transport trupów”? Ale tylko chwilę o tym myślę, gdyż zaraz widzę tęgą matkę, ubraną w kwiecistą sukienkę z wielką plamą potu między piersiami, która wyciąga z vana bocznymi drzwiami małą dziewczynkę, może dwuletnią. Unosi ją wysoko nad głowę, dziewczynka śmieje się radośnie, a matka dyszy z wysiłku. Obok stoi spacerowy wózeczek i przygarbiony pan Janeczek, ubrany jak zwykle w ciemną marynarkę, starą koszulę i wyświechtany krawat, stoi z rękoma splecionymi za sobą na plecach. Pan Janeczek coś mówi do otyłej kobiety, ale ona nie słucha, bądź udaje, że nie słucha. Sadza dziewczynę do wózeczka i odjeżdża w stronę Chwaliszewa. Pan Janeczek zostaje całkiem sam na chodniku, chociaż przechodzą obok kobiety, dziewczyny, faceci i babki, mężczyźni, nastoletni i nastoletnie, tatusiowie z dziećmi, on patrzy za otyłą kobietą i jej córeczką, a ja patrzę na niego.

Filed under: Opowiadania , , , , , ,

Niepiosenka

Po pracy wracam prosto do domu. Po 12 godzinach w pracy wracam prosto do domu. Paweł podwozi mnie na Solną. Stoję na przystanku i chwilę patrzę w ślad za odjeżdżającym samochodem. Odwracam się i nadal wiem, gdzie iść, by trafić do domu. Czyli nie jest tak źle. Miło, jeszcze istnieję, nie jestem zombi. Na półpiętrze wyciągam pocztę ze skrzynki: Alior Bank zaprasza mnie na spotkanie „Wyższa Kultura Bankowości” – nie, tym razem podziękuję, Gazownia informuje, że przyśle montera, który wymieni dysze w kuchence, a z WBPiCAK przyszła biała koperta, zaadresowana drobnym pismem Mariusza. Nie musiałem jej otwierać, wiedziałem co zawiera: „Niepiosenki”.


niepiosenki

Się ucieszyłem, się bardzo ucieszyłem, choć i tak planowałem kupić. Książkę przekartkowałem na schodach, musiałem sprawdzić, czy Mariusz zamieścił w niej wiersz „Geometria”. Najpierw sprawdziłem w spisie wierszy, nie ma. Następnie przeczytałem wszystkie 41 pierwszych wersów, szukając zdania: „Na co patrzy mężczyzna z balkonu naprzeciw?”, nie ma. Ech, jaka szkoda. Lubię ten wiersz. Znam go prawie na pamięć, przeczytałem go pierwszy raz w ramach listopadowych „Ziemniaczków z kotlecikami i kompotem” i od tego dnia wciąż do mnie powraca. Teraz już czas na mnie. Idę do wanny, poleżeć i przeczytać „Niepiosenki”.

Geometria

Na co patrzy mężczyzna z balkonu naprzeciw?

Nie widzi innych bloków, to pewne.

Co w takim razie widzi?

Z tej odległości przypomina nieruchomego ptaka.

Może nawet — martwego ptaka.

Nie sposób dostrzec, co odbija się w jego źrenicach.

Czy w ogóle coś.

Jest zbyt cicho jak na tę porę dnia

i zbyt ciepło jak na tę porę roku.

On patrzy na coś, czego nie widać,

ja patrzę na niego, dla niego niewidoczny.

Potem, jak na komendę, odwracamy się,

on zamyka drzwi balkonu, ja oczy.

Filed under: Lekturki , , , , , ,

Dwie uwagi Barańczaka o Miłobędzkiej

Stanisław Barańczak „Przed i po” – dotyczy: Krystyna Miłobędzka, „Dom, pokarmy”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1975 – dostałem tę książkę jakieś 15 lat temu, gdy mieszkałem jeszcze w Rybniku, od mojego byłego nauczyciela i przyjaciela. Dał mi ją dlatego, że wtedy bardzo wciągała mnie poezja Lipskiej, Krynickiego, Maja, Zagajewskiego, Herberta, Polkowskiego. Dopiero kilka lat później odkryłem w niej teksty o Czyczu, Grochowiaku, Białoszewskim, Rymkiewiczu, Sommerze (Znamienny i proroczy tytuł szkicu: „Nowa dykcja”!) i właśnie Miłobędzkiej. Jest to recenzja z drugiego tomiku poetki. Barańczak prorokuje „nie będzie to zapewne nigdy poezja popularna i powszechnie lubiana…”. Ciekawe, co powiedziałby teraz, czy nadal podtrzymałby swój sąd? Przecież wielu młodych autorów i czytelników (np. M.P., K.J., S.K., R.B., T.M., J.K., M.M., M.F. czy mam wymieniać dalej? Wiem, że są to tylko specyficzne wyjątki, ale…) uważa Miłobędzką za poetkę ciekawszą, bliższą od Szymborskiej czy Lipskiej. Sądzę, że jest wielu młodych, którzy nigdy w życiu nie przeczytali ani jednego wiersza Kozioł, Hillar czy Świerszczyńskiej, ale za to czytali wiersze Krystyny Miłobędzkiej. Barańczak w poezji autorki tomiku „gubione” wyróżnia dwie charakterystyczne cechy:

1. elementarność

2. natychmiastowość

ad. 1 – Autorka redukuje wszystko do form jak najbardziej prostych i pierwotnych. Nawet za cenę błędu językowego czy gramatycznego. Jeśli coś nie ma swojej nazwy, bądź opisanie czegoś wymaga przydługiego omówienia, to poetka zamiast tego tworzy neologizm lub upraszcza tak składnie, by wypowiedź jak najmocniej przystawała do tego, co chce powiedzieć. „Chodzi o to, aby język zachowywał się analogicznie jak rzeczy i sytuacje, o których mówi; aby był nie tyle ich odwzorowaniem, ile – sobowtórem.”

ad. 2 – Wypowiedź poetycka ma oddawać „przebieg narodzin nie sprecyzowanej jeszcze myśli”. Stąd w tych wierszach urywane zdania, przeskoki myślowe, przejęzyczenia. Barańczak podaje na czym polega różnica między językiem Mirona Białoszewskiego, a językiem Krystyny Miłobędzkiej, otóż ten pierwszy jest „językiem mówionym”, a ten drugi jest „językiem myślanym”. Chodzi o to, aby język był w stanie, dogonić uciekającą rzeczywistość, dlatego musi on być pełen uproszczeń i skrótów.

Ostatnie zdanie tej recenzji wydaje mi się najstraszniejszym i najbardziej drewnianym zdaniem, napisanym przez Stanisława Barańczaka: „Miłobędzka należy już dziś do tych poetów, którzy – choć ukryci w cieniu głośniejszych nazwisk i popularniejszych poetyk – w niezauważany, pośredni sposób przebudowują naszą wrażliwość językową i pojmowanie rzeczywistości”.

- – -

[Stanisław Barańczak, „Przed i po. Szkice o poezji krajowej przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”, ANEKS, Londyn 1988, str. 64-67.]

Filed under: Lekturki , , , , , ,

[Dave McKean, „Decydujący sen”, {w:} Neil Gaiman & Dave McKean, „Sygnał do szumu”, tłum. Michał Cetnarowski, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2009, str. 13.]

„(…) Byłem w Londynie i postanowiłem wpaść do wydawcy, oficyny Victor Gollancz, zobaczyć, czy egzemplarze sygnalne ksiązki nie przyszły z drukarni. Widząc mnie, wszyscy byli zaskoczeni, chociaż Neil już tam był. Spytałem, czy mogę zobaczyć album. Był dużo większy, niż się spodziewałem; wydawał się bardziej grubym, cięższym tomiszczem, przynajmniej 500-stronnicowym. Zacząłem go przeglądać. Najpierw nie mogłem odnaleźć Sygnału. Były tam na początku jakieś inne historie, które okazały się komiksami o starym superbohaterze z DC Comics, Flashu. Zapytałem Neila, co to jest, a on powiedział mi, że napisał je, zanim się spotkaliśmy i pomyślał, że moglibyśmy je włączyć do ksiązki, żeby była trochę atrakcyjniejsza. Szukałem dalej historii, którą zilustrowałem, ale zamiast niej znajdowałem tam dużo innych materiałów z archiwum Neila. Szkice, notatki, po prostu rzeczy, które znalazł w swoim gabinecie i zamieścił w albumie. Wreszcie znalazłem Sygnał, dokładnie na końcu tomu. Zajmował tylko kilka stron. Byłem pewny, że historia była dłuższa, ale może coś źle zapamiętałem. Wtedy zamknąłem książkę i spojrzałem na okładkę. Myślałem, że to ja ją zrobiłem, ale w rzeczywistości była to twarz narysowana czerwoną kredką świecową na brązowej tekturze. Neil powiedział, że namalował ją jego mały syn, Mike.”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Kanarek i inne ptaszki

Bywa i taki czas, w którym, mimo najszczerszych chęci, nic się nie chce. Takie oto zdanie zostało napisane, jest już, stoi, a w nim sprzeczność, logiczna sprzeczność. Skoro są chęci (i to najszczersze!), to jak to jest możliwe, by się nie chciało nic? Jest tak, bądź też inaczej. Przecież nie może być i tak, i tak. Zarazem i razem. Chęci ograniczają się do „wypada” i „należy”. Jednakże sił brak, by wyjść po za „wypada”. Jednakże sił brak, by zrealizować uświadomione chęci. Pozostają nieuświadomione konieczności. Skoro ktoś pisze maila, to chce odpowiedzi. Skoro ktoś wysyła sms, to chce wiadomości zwrotnej. Skoro ktoś dzwoni, to chce porozmawiać. Skoro ktoś gdzieś zaprasza, to chce się spotkać tam i właśnie wtedy. Wiem o tym wszystkim, wiem, że tak właśnie jest, że tak to właśnie działa. Dlatego przepraszam. Przepraszam tych wszystkich, którym nie odpisałem na maila. Przepraszam tych wszystkich, którym nie odpisałem na sms. Przepraszam tych wszystkich, do których nie oddzwoniłem, których telefonu nie odebrałem. Przepraszam za to, że nie przyszedłem na spotkanie(-a). W wyraźny sposób przykro mi. Jednakże nie miałem siły. Obiecuję w najbliższych dniach (tygodniach?) poprawę. Postaram wziąć się w garść i potrząsnąć sobą porządnie, aby skutecznie się uspołecznić. Wypada, wiem. Jednak co zrobić, skoro większość pomysłów i planów wypada z głowy, ponieważ pozawalam im wywietrzeć. Podlatują, chwilę się pokręcą, a potem myk i już ich nie ma, przelatują lekko gdzieś dalej. Nie łapię ich. Nie gonię. Nie chwytam za ogony. Żadnych kanarków w garści. To jakiś zły czas. Pewnie przesilenie wiosenne. Powoli przechodzi. Tylko poproszę więcej słońca.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

maj 2009
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!