Hajfa

[niecodziennik]

…bo jestem ja.

Powiedziała właścicielowi kamienicy, że wszystko skończone, a to go bardzo rozgniewało i zagroził eksmisją. Rodzice Marii zalegają z czynszem za kilka miesięcy. Maria napluła mu pod nogi i sobie poszła. Jest bardzo odważna, ma ostry charakterek i poznała już obrzydliwe rzeczy. Komedia skończona, mówi, może ją sobie nazywać swoją księżniczką, ubierać w rzeczy zmarłej żony i obwieszać różnymi wisiorkami, klejnotami, żeby potem jej dotykać i kazać dotykać siebie, to i tak na nic, teraz ona już nie chce, bo jestem ja. Jestem ja – nagle staję się ważny. Do tej pory to, czy byłem, czy mnie nie było, niczego nie zmieniało. Maria mówi, że jestem, no i proszę, od razu sam zauważam, że jestem. Zastanawiam się: Czy nie mogłem sam z siebie zauważyć, że jestem? Chyba nie. Chyba potrzeba drugiej osoby, żeby zauważyć takie rzeczy.”

[Erri De Luca, „Montedidio”, przeł. Marcin Wyrembelski, wyd. I, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, str. 42-43.]

Filed under: Wyjątki , , , , , ,

[Zeruya Shalev, „Mąż i żona”, przeł. Agnieszka Jawor-Polak, wyd. I, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004, str. 80.]

„(…) nim padnę na skraju łóżka i zasnę, zauważam, jak na jej talerzu olbrzymieje sznycel, cały, nietknięty, przypomina kształtem daleki, opustoszały kraj, umęczony, podbity, stąpam bosymi stopami po sznyclu, jest wielki i palący, całymi dniami nie widzę żywej duszy, wreszcie spotykam mnicha w czerwonej szacie, ten szepcze przez spierzchnięte wargi, uciekaj stąd, ratuj duszę, kogo tu złapią, tego zmuszają do zmiany wyznania, pytam go, gdzie jestem, co to za kraj, a on mówi, Konwersja, nie słyszałaś o Krainie Konwersji?”

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Rybnik

W czwartek razem z Adamem pojechałem do Rybnika. Pociąg jadący ze Słupska do Zamościa miał spóźnienie, tylko 90 minut, na szczęście w Gliwicach od razu złapaliśmy autobus PKS-u, który zamiast jechać 35 minut, jechał przeszło 80. A musieliśmy się tam obaj, zresztą obok Mariusza i Przemka, i Konrada, i Macieja, pokazać na konkretną godzinę, bo w ramach wieczoru zorganizowanego w cyklu „Pora Poezji”. Nie wiem, jak się udało Rybie namówić mnie na ten wyjazd. Nie pamiętam. Wolę nie pamiętać. Pewnie musiałem mieć chwilowe, a może mam stałe?, zaćmienie umysłu. Czy coś w tym rodzaju. Fakt, faktem nie lubię jeździć do Rybnika, nie lubię tego miasta. Ono nie istnieje! Zostawiłem je za sobą 15 lat temu i nie chcę do niego wracać, nie chcę wracać do nikogo z tego miasta. Nie chcę wracać w żaden sposób, a tu dałem się namówić. Namówić na udział i współudział. Namówić na wystąpienie w roli „pana poety”. Namówić na pokazanie swojej mordy w pierwszym rzędzie. Strasznie się bałem tam jechać. Bałem się. Najbardziej bałem się, że nagle z cienia wyjdą ludzie, o których już nie pamiętam, o których zapomniałem. Przerażała i paraliżowała mnie ta myśl: na sali mogą pojawić się duchy. Na szczęście było jak zawsze, czyli był jedynie Królik i Znajomi Królika, żadnych zaskoczeń, żadnych niespodzianek. Poważnie mi ulżyło, gdy już było po wszystkim, gdy już można było zacząć rozmawiać.

Gadanie (parafrazując zdeczko MogiłkiPiotra Sommera) to nie moja specjalność, nie jestem w tym dobry, tak naprawdę wolę słuchać, czyli pytać. Dlatego pytam, jak to jest, że czasem wystarczy jeden gest, jedno zdanie, czy nawet słowo i rozpada się wspaniała konstrukcja rozmowy? Wystarczy brak jednego strzelistego aktu szczerości i wszystkie cegły, cegiełki oraz pustaki, które tak sprawnie lepione były ze sobą, rozpadają się. Leżą pod stopami. Zbędna kupa gruzów. Nikomu już nie jest potrzebna. Czy tak? Tak, pewnie tak, skoro leżą i walają się wszędzie. Nie da się ich na powrót ze sobą poskładać. Zaprawa, która je ze sobą jednoczyła, zdążyła wyparować. To był moment.

W pociągu powrotnym chciałem spać. Taki miałem cny plan. Chciałem odespać nocną rozmowę. Z Gliwic do Poznania jest przeszło pięć godzin wolnego czasu, pięć godzin bezczynności, którą sobie rozplanowałem: trochę poczytam „Męża i żonę”(Nat., jeszcze raz dzięki za prezent, ale, wiesz, nie mogę, nie jestem w stanie czytać tej książki w ciągu, zwykle po przeczytaniu 20-30 stron muszę ją odłożyć, ponieważ zbyt silnie ona na mnie działa, na dokładkę nie jest to miła książka, chwilami bardzo mnie wkurza, gdyż introspekcja głównej bohaterki sięga za głęboko, ludzie tak nie spoglądają na/w siebie, nie dbają aż tak mocno o wszystkie wypowiadane słowa, czynione gesty i posunięcia, nie odczuwają tak silnie wszystkich emocji, nie analizują ich tak dogłębnie i to ze wszystkich stron, nie mają aż takiej świadomości, działają raczej instynktownie, intuicyjnie i nawet po fakcie nie potrafią powiedzieć, dlaczego tak a nie inaczej postąpili.), a trochę nowy numer „Tygodnika Powszechnego”, a potem będę spał aż do samego Poznania. Taki miałem cny plan na podróż powrotną. Chciałem spać, ale nie mogłem zasnąć, bo fryzjerki (ups, stylistki!) plotkowały/rozmawiały (???) całą drogę. Wracały z kursu cięcia, no i miały sobie tyle do powiedzenia. Nie nagadały się przez cały tydzień, jaki ze sobą spędziły w hotelu w Krakowie. Dodatkowo jedna z nich, ta młodsza, miała tak drażniący głos i śmiech, że myślałem: „Uduszę ją, tak uduszę. Za chwilę ją uduszę. Niech się zamknie, bo ją uduszę”. Nie udusiłem. Nie przesiadłem się do innego przedziału. Nie spałem. Nie czytałem. Przetrwałem, przetrwałem tylko dzięki muzyce prosto z ipoda w uszy.

Filed under: Porażki , , , , , ,

Ledwo zdążyłem

Już kierowca drzwi zamykał, ciche psssyt doleciało do mnie, gdy wbiegłem na peron. Z daleka widziałem jak wrzucał wsteczny bieg i zaczynał kręcić kierownicą, aby wydostać się szeregu innych autobusów. Byłem spocony, ale już spokojny, wiedziałem, że dopadnę do niego, nim się wydostanie i porządnie ruszy. Zresztą pilot już do mnie machał i coś mówił do kierowcy, który, mam wrażenie, spojrzał w moim kierunku dość niechętnie. Ładnie się przedstawiłem pilotowi, pokazałem bilet i rezerwację. „Ma pan szczęście, musieliśmy już ruszać, miejsce parkingowe było wykupione tylko na 15 minut” – powiedział, jakby się tłumacząc, ale raczej sobie, bo na mnie wcale nie patrzył. Potem dodał: „Plecak proszę wziąć ze sobą na siedzenie, wrzuci pan go do luku na najbliższym postoju”. Przechodząc między fotelami nie mogłem sobie z nim poradzić, musiałem go zdjąć i ciągnąć za sobą. Nie patrzyłem na pasażerów, za to wiedziałem, czułem, oni przyglądają mi się pilnie, jakby mnie oceniali, czy osądzali. Prawie słyszałem ich myśli: „To przez tego dupka mamy 15 minut spóźnienia”. Za połową były już wolne miejsca, plecak rzuciłem na siedzenie pod okno, a sam usiadłem na tym drugim. Rozebrałem się ze wszystkich zbędnych ciuchów, zostałem w samym przepoconym tiszercie. Dopiero jak udało mi się unormować oddech, zacząłem się rozglądać i przyglądać współpasażerom. Same pary. „Super”, pomyślałem. Nagle usłyszałem jakiś znajomy, męski głos, dobiegał z przodu. Chwilę trwało nim sobie uświadomiłem, do kogo należy, „Tak, to na sto procent Jacek”, pomyślałem radośnie. Teraz mi się przypomniało, mówił mi, jedzie razem z żoną do Neapolu, ale nie przypuszczałem, że będziemy jechać razem na wycieczkę z tego samego biura. Uznałem, teraz mogę trochę pospać, skoro wiem, nie będę całkiem sam wśród obcych.

Filed under: Sennisko , , , , , ,

Z nad morza przywieźliśmy

żywe ryby, znaczy się: żyły jeszcze, gdy podpity rybak wkładał je do foliowej torby z logiem „L’Oréal”. Chciał za nie jakieś śmieszne pieniądze, aż wstyd mi było tylko tyle płacić. Na szczęście nie miałem drobnych, a on nie miał jak wydać. Minął rok, a ja nadal pamiętam jego szorstkie dłonie. Ryby, to były chyba flądry. Nie znam się na tym, ale tak mi się wydaje. Nie chciałaś na nie patrzeć, one na ciebie zresztą też nie. Patrzyły gdzieś na bok, tym swoim krzywym okiem. Przestałem mielić. Pracuję nad swoją śmiercią. Od urodzenia? Nie znam twarzy o swoim imieniu. Mówią o mnie, jakby mówili o mnie. I taki refren śpiewany głośno do lustra: „Byłam głęboko/przekonana”. I ja również? Denna była zima, ani grama śniegu. I pogoda była denna. I skończyło się, choć tym razem miało się obyć bez końca. Tym razem mieliśmy się obyć bez końca.

Filed under: Opowiadania , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!