Hajfa

[niecodziennik]

[Pierre Péju, „Siostrzyczka Ewa od kartuzów”, przeł. Magdalena Pluta, Wydawnictwo Sic! s.c., Warszawa 2005, str. 57-58 & 67.]

#1 „Często śni mi się taki koszmar: jestem sam w samochodzie, straciłem nad nim panowanie i mam za krótkie nogi, żeby dosięgnąć pedałów; zaraz rozjadę drobniutką postać o woskowej twarzyczce, z której wyzierają rozszerzone strachem oczy. Czasem śnią mi się też tysiące książek, pośród których upłynęło życie Vollarda, teksty gromadzone od czasu dzieciństwa w jego wspaniałej pamięci”

#2 „Czy to właśnie tamtej nocy śniło mi się, że się do niego zbliżam, że rozmawiamy? Stał samotny pod drzewem. Czytał z tym swoim grymasem na twarzy, mając otwarte usta i ściągnięte brwi. Kiedy jakiś trzask wyjawił mu, że tam jestem, podniósł głowę i obdarzywszy mnie swoim jasnym uśmiechem, jakby się ucieszył na mój widok. W moim śnie nie rozmawialiśmy, tylko gestem wskazał mi ukryte w zagłębieniu drzewa wspaniałe książki. Ruchem podbródka zdawał się zachęcać mnie, żebym je sobie wziął i przeczytał.”

Filed under: Sennisko , , , ,

Apokryf (z Lecha D.)

To mogło być w tym słynnym 1984 roku, mieszkałem wtedy z rodzicami na Śląsku. Dwa lata wcześniej widziałem czołgi na ulicach prowincjonalnego miasteczka na Kaszubach: na rozgrzanym asfalcie głębokie ślady gąsienic. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec pracował od pięciu lat jako górnik w KWK „Jankowice”, matka pracowała od roku jako lakiernik w Hucie „Silesia”. Ojciec należał do „Solidarności”, a matka do OPZZ. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Ojciec przywoził z pracy szczapy drewna, a matka zupy w słojach. Matka nie chodziła do kościoła, a ojciec nie chodził do sali królestwa Świadków Jehowy. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć do celu. Któregoś wieczoru, w tym słynnym 1984 roku, ojciec nie wrócił po pracy do domu, więc matka poszła go szukać. Osiedle nieduże, nie mógł się głęboko zaszyć, tak pewnie myślała. Wrócili razem nad ranem. Ojciec usiadł na krześle w kuchni, zdjął koszulę a matka zaczęła mu obmywać plecy wywarem z rumianku. Stałem w drzwiach swego pokoju i nie miałem odwagi o nic pytać. Starałem się nie patrzeć na jego sine plecy. Tego dnia, następnego zresztą także, nie poszedłem do szkoły, ojciec mi zakazał. Naszym przeznaczeniem jest dotrzeć.

Filed under: Opowiadania , , , , , ,

[161. 05] Jean-Marie Gustave Le Clézio, „Protokół”, przeł. Anna Tatarkiewicz, wyd. II poprawione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008.

1. Druga połowa października ubiegłego roku. Muszę przekimać jedną noc we Wrocławiu. Wybieram Hotel Piast, bo blisko dworca. Biorę jedynkę na piątym piętrze, jadę windą. Hotel jest obskurny, pokój jeszcze gorszy. Na szczęście pościel czysta, wykrochmalona, pachnie świeżością. Jeden plus. Jedyny. Reszta szkoda gadać. Umywalka jest w pokoju, z kranu kapie, goła żarówka nad lustrem przepalona, z szafy śmierdzi zdechłym szczurem, okno się nie domyka, chodnik leżący przy łóżku cały w piachu. Godzinę temu lub dwie wysiadłem z pociągu, który przywiózł mnie z Katowic. Umówiłem się z A. na kawę w „Mleczarni”, ale dopiero za trzy godziny. Nie wiem co począć z darowanym czasem. Wychodzę, by kupić „Tygodnik Powszechny”, kupuję i wracam do pokoju. Kładę się na łóżku, kartkuję. Zaczynam czytanie tak jak zawsze: od felietonu Wojtka Bonowicza, potem pan Jan Klata. A potem o Noblu literackim tekst Zofii Kozimor.

2. Jean-Marie Gustave Le Clézio. Francuz urodzony w 1940 roku w Nicei. Jejku, jejku. Dawno temu czytałem jedną jego książkę i pamiętam, że nawet mi się podobała. A teraz w tekście „Świat, który zmienił moje życie” czytam o tej książce tak: „Onitsza pokazuje tragiczny spadek po kolonialnej przeszłości Afryki, głodnych, wykorzenionych ludzi, poniżone, stłamszone kultury, przechowujące prawdziwą mądrość, której nikt nie pomylił z wiedzą.”. Hm, chyba czytałem inną książkę, bo sobie nic takiego nie przypominam. Bardzo się staram, przypomnieć sobie cokolwiek z tej książki, chociaż mały, malusieńki strzęp fabuły. Nic. Pusto. To źle świadczy. Źle świadczy o tej książce, czy o mnie? Wiem, mam dziury w pamięci, ale żeby aż takie?! Na szczęście pamiętam, że muszę już wyjść, by spotkać się z A.

3. Ze wszystkich książek Le Clézio, które zostały, bądź zostaną wydane w Polsce, chciałbym przeczytać jedynie „Pustynię”. Tylko dlatego, że byłem na wakacjach w Maroku, a książka w jakimś stopniu opowiada historię z Maroka. Mam „Pustynię” od grudnia, ale jej oczywiście jeszcze nie przeczytałem. Za to przeczytałem „Protokół”, pierwszą, wydaną w 1963 roku, książkę Noblisty. Wszystko przez Sz., który pewnego śnieżnego popołudnia wpadł do mnie z „Protokołem” w ręku, a z ust wylatywało zdanie: „Musisz przeczytać. Tylko się nie zrażaj początkiem, bo nie jest dobry. Potem jest dobrze”. Faktycznie, początek nie jest dobry. Środek też nie jest dobry. Końcówka również nie jest dobra.

4. Znaczy: książka jest zła. Może nie bardzo zła, ale zła. Zła, ponieważ jest byle jaka. Być może w latach ’60 ubiegłego wieku, była fenomenalnym odkryciem, była na wskroś nowatorska, wręcz olśniewająca i powalająca. Ponieważ eksperymenty formalne, w duchu „nouveau roman”, wykonane na ciele powieści, a także eksperymenty stricte językowe, były arcyciekawe i atrakcyjne. Całość powieści jest ujęta w 18 części/rozdziałów, które rozpoczynając się od kolejnych liter alfabetu. Jest pisana raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie. Raz jako dziennik, czasem jako list, innym razem jako przypowieść, a jeszcze innym jako wywiad. Zawiera kolażowe dodatkowe rekwizyty: komunikaty z radia, wycinki z gazet. Niektóre zdania są przekreślone, jakby wykreślone z głównej narracji. Niektóre nie mają zakończenia, są urwane, przeniesione. Wszystkie te i inne fikołki mnie wcale nie przekonują. Wolę fikołki Georgesa Pereca. Zresztą ciekawie wypada zestawienie „Rzeczy” Pereca z „Protokołem”. Oczywiście, jak dla mnie, ta druga książka wypada bardzo, bardzo blado.

5. W pełni zgadzam się z Markiem Bińczykiem, który o Le Clézio powiedział: „Nie jest to jednak istotna literatura. Trudno o nią kruszyć kopie (…). To nie jest pisarz, który przejdzie do historii literatury.” Niestety, wypada dodać.

Filed under: Lekturki, Wycieczki , , , , , , ,

Nieudana, ach, wycieczka do pewnego miasta

Londyn. Londyn to miasto, inne miasto. Londyn to miasto Wełny, tam mieszka Uszy. Miasto, gdzieś tam. Miasto rozłożone na wyspie. Miasto pod śniegiem, tam daleko. Miasto, gdzieś na krańcu drugiego pola. Jedno pole, potem drugie, między nimi woda. Przez wodę należy przesadzić się. Najlepiej samolotem. Z lotniska na lotnisko. Prosto. To nie jest skomplikowane. Wsiada się w jednym mieście, a wysiada w drugim. W czwartek samolocik należący do linii Wizz Air, miał kilka minut po szóstej, wystartować z poznańskiej Ławicy, by półtorej godziny później wylądować na londyńskim Luton. „Miał”, bo nie wystartował. Dzień wcześniej Żaba dzwoniła na infolinię Wizz Air, by się dowiedzieć, czy wystartuje, a miła pani z obsługi powiedziała, że wystartuje, ponieważ Wizz Air lata do Londynu mimo śnieżycy. Emocje, emocje. Pakowanie się. Plany, plany. Wstawanie o czwartej rano. Szykowanie kanapek. Przejazd przez miasto. Port i odprawa. Biała jak śnieg Wiewióra, ponieważ boi się latać. Przecież wszystkim wiadomo: Wiewióry nie latają. Wchodzimy na pokład. Siadamy obok siebie. Dzieci krzyczą. Ludzie się przepychają. Wiewióra, pewnie ze strachu, ma lodowate dłonie. Żaba się przesiada. Kapitan przez głośnik mówi, że tymczasem lotnisko w Luton zamknięte, ale za dwie godziny mają otworzyć. Ostatnie słowa kapitana docierają do mnie przez śnieżną zamieć snu. Zasypiam. Snów nie pamiętam. Budzi mnie ciepły głos kapitana, że lotnisko w Luton zamknięte, ale mają za dwie godziny otworzyć. Czuję się zdeczka zdezorientowany, bo nie wiem, czy ktoś cofnął taśmę, czy u mnie się coś zacięło. Stewardesa przechodząca obok, szerokim gestem i z uśmiechem na twarzy zaprasza, do opuszczenia samolotu. Pięknie, myślę, przynajmniej napiję się kawy. Jednak gdy tylko wchodzimy do budynku, z megafonu odzywa się kolejny ciepły głos, tym razem to nie kapitan, informujący nas, że lot z powodu śnieżycy nad Londynem, został anulowany. Jestem przygnębiony. Wypada przebukować bilety. Kolejka jest długa. Wypada cierpliwie czekać. Udaje się. Wiewióra i ja mamy lot w piątek, Żaba w niedzielę. W piątek znów wstawanie o czwartej. I potem wszystkie czynności takie same. I wszystko tak samo. Tym razem już nie wchodzimy na pokład samolotu, tylko od razu ustawiamy się w kolejce do okienka, by przebukować bilety. Na koniec marca. Mam nadzieję, że wtedy śnieg już nie będzie padał.

Filed under: Porażki, Wycieczki , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!