Hajfa

[niecodziennik]

Dziennik marokański [fragm.]

Dzień trzeci, poniedziałek; w Szefszawan

W stronę dziewczyn

(…) Podchodzę do fontanny i siadam na kamiennym murku okalającym fontannę. Nigdzie mi się nie spieszy. Nigdzie iść nie muszę. Jestem najedzony, nie chce mi się pić, nie muszę nic oglądać ani poznawać, ani zwiedzać. Wszystko jest akuratne, dokładnie takie jakie być powinno, jakie chciałbym aby było. Miłe odczucie, pierwszy raz w Maroku czuję się tak dobrze. Powoli spływa na mnie spokój. Odzyskuję pewność siebie. Mógłbym tak siedzieć w nieskończoność, bo w końcu jest dobrze, bo w końcu jest, tak jak ma być. I nie tylko ja tak myślę. Ci czterej starsi panowie siedzący na ławeczce pod kabzą, pewnie także tak myślą. Dwóch wspiera pomarszczone dłonie na rączkach drewnianych lasek. Dwaj pozostali opierają starcze plecy o mur kabzy. Siedzą, nie rozmawiając ze sobą, wodzą wzrokiem za przechodzącymi przez plac, bawią się z kotami, przeganiają psy. Zachodzące słońce ich grzeje. Wiatr chłodzi. Mam przeczucie, że siedzą tu codziennie i to od wielu lat, że siedzą tu od zawsze, od początku świata. Znani i akceptowani przez wszystkich. Nie wiem, czy na coś czekają, czy po prostu, są elementem krajobrazu. Raczej to drugie. Gdybym miał więcej odwagi, to bym się do nich przyłączył, usiadł obok, jest jeszcze trochę miejsca na ławce, zmieściłbym się, ale zamiast tego z torby wyciągam książkę Saramago. Czytanie przerywa mi Piotr, który się odnalazł albo raczej mnie odnalazł. Przez chwilę stoi przede mną, nie przerywam czytania, wiem, że się zaczyna irytować. Kątem oka widzę, jak nerwowo wysuwa i wsuwa z powrotem prawą stopę do sandała. W końcu zamykam książkę i podnoszę na niego wzrok. Nie widzę twarzy, ma słonce za plecami, wygląda jakby świecił. Proponuje byśmy się przeszli do dziewczyn. Ponoć są po drugiej stronie medyny w małym sklepiku, robią sobie tatuaż z henny. Nie bardzo mi się chce stąd ruszać, proszę by usiadł obok mnie, ale wiem, że to bezcelowe, bo on chce iść. Więc idziemy. Pozwalam się prowadzić. Podobno Piotr wie, gdzie dokładnie są. Rzeczywiście przeszliśmy przez całe stare miasto na drugą stronę. Na miejscu okazuje się, że to jeszcze długo potrwa, gdyż pani nie skończyła nawet nakładać henny na nogę Ani eS. A Ania eR. wciąż czeka na swoją kolej. Nie chce mi się tu z nimi siedzieć i podglądać postępy pracy. Tym bardziej, że pani nakładająca barwnik wyraźnie się mnie wstydzi. Nie patrzy na mnie, a jak odpowiada na moje pytanie, to mówi do dziewczyn, jakby one miały mi przekazać odpowiedź. Mówię dziewczynom, że za rogiem po lewej stronie jest taki mały placyk z jedną kawiarenką i że będę tam siedział na kawie. (…) Pewnym krokiem wchodzę do środka kawiarenki, gdzie przy czterech stolikach, po dwóch przy każdym, siedzą tylko miejscowi mężczyźni i oglądają mecz w małym czarnobiałym telewizorku, wiszącym nad ladą. Tak się zastanawiam, czy oni cokolwiek w nim widzą, czy rozróżniają swoich od obcych, bo komuś przecież kibicują, a telewizorek jest rzeczywiście bardzo, bardzo mały. Staję przed ocynkowaną ladą i czekam dobrą chwilę nim jeden z siedzących i oglądających mecz mężczyzn wstanie z ociąganiem i podejdzie do mnie. Proszę o kawę. Płacę z góry. Zostawiam napiwek. W tym czasie mężczyzna ani razu na mnie nie spojrzał. Fascynujące, że udało mu się zrobić mi kawy, podać, podgrzać mleko, wlać, postawić cukierniczkę i przez cały czas gapić się w telewizorek. Wychodzę, by usiąść na zewnątrz przy jednym z tych nieśmiertelnych, niegdyś białych, plastikowych ogrodowych stołach. Siedzę długo. Piotr dwa razy przychodzi, podpija ode mnie łyk kawy, zdaje relację o postępach w nakładaniu henny i gdzieś znika. Staram się czytać, ale zdania się ze sobą nie łączą, nie układają w logiczną historię, dlatego wkładam „Kamienną tratwę” z powrotem do torby. Próbuję coś pisać w notatniku, ale szybko rezygnuję. Wychodzi na to, że nic nie robię. A! tak, coś jednak robię: obserwuję psa. To pies, a nie suka. Duży. Przeraźliwie chudy. Wyraźnie widać mu wszystkie żebra i łopatki łap wystające na grzbiecie. Kiedyś jego sierść była biała, teraz jest brudna. Ma długi ogon, podkręcony do góry nad grzbiet. Trochę przypomina charta, ale tylko trochę, pewnie przez swoje gabarytu i chudość. Bawi mnie i fascynuje przyglądanie się jak chodzi w te i nazad. Jak zaczepia dwa inne. Jak stara się pokryć mała czarną sukę, ale mu się to nie udaje, bo ona jest za mała, za niska, a on się nie bardzo do tego przykłada, jakby chciał ją posiąść tylko z nudów, tylko po to aby się coś działo. Do tego jakaś kobieta, stara i zgarbiona, zauważa przez okno jego wysiłki i wybiega z domu, trzymając w dłoniach długi kij. Podbiega do pary niedoszłych kochanków i zaczyna regularnie okładać psa kijem po grzbiecie. Nikt z obecnych na placu ani też przechodzących nie reaguje. Nawet pies przyjmuje te razy z anielską cierpliwością. Nie warczy. Nie pokazuje kłów. Wcale nie stara się ich unikać. W jego zachowaniu jest coś z pokory chrześcijańskich męczenników za wiarę z pierwszych wieków. Suka uciekła z piskiem. A pies ugina jedynie lekko nogi, podwija ogon pod siebie i czeka aż kobieta skończy robić swoje. Jako jedyny przyglądam się całemu zajściu. Staruszka przestaje okładać psa dopiero, gdy brakuje jej tchu. Coś jeszcze pokrzykuje. Wyzywa. Przeklina. I wraca do swego domu. Pies kładzie się obok kałuży i zaczyna się lizać. Razy chyba nie były za silne, bo nie krwawi, ale jest pewnie poważnie obity. Zaczyna się lizać od jaj. Unosi lewą tylną łapę i wkłada pod nią cały pysk. Obserwowanie przerywa mi Piotr, który kolejny raz przychodzi, tym razem mówi, że chyba już nakładanie henny zbliża się do końca. Zbieram swoje rzeczy i idziemy sprawdzić. Okazuje się, że tak, że już po, że już koniec, że już henna została nałożona… na nogę Ani eS., ale jeszcze ręka Ani eR. Podobno ma być szybciej, bo wzór jest dużo mniejszy i mniej skomplikowany. Nie chce mi się nigdzie łazić, tym bardziej, że zaczyna kropić. Staję pod prowizoryczną markizą i wyciągam książkę. Piotr znowu gdzieś zniknął. Nawet się nie zorientowałem kiedy. Po jakimś czasie córka pani nakładającej hennę, gdzieś tak siedmioletnia, przynosi mi mały stołek, bym sobie usiadł. Ładnie za niego dziękuję. Stołek nie jest wygodny, ale lepsze siedzenie na nim, niż stanie. Dziewczynka się do mnie uśmiecha. Chwilę stoi przy mnie. Patrzymy na siebie i uśmiechamy. Zastanawiam się, czy mam w torbie coś co mógłbym jej sprezentować. Jakiś przedmiot, czy coś podobnego. Nie mam. I żałuje. Deszcz pada coraz mocniej, robi się chłodno. Mama woła dziewczynkę, ściąga z wystawy gruby, wełniany sweter w kolorowy wzór, jakieś czerwone wielbłądy, i ubiera w niego dziewczynkę. Wygląda dość śmiesznie, bo jest dla niej za duży. Sięga jej poniżej kolan. Ona się do mnie odwraca, jakby chciała mi pokazać jak w nim wygląda. Wygląda zabawnie, oboje się śmiejemy. Przybiegają dwie inne dziewczynki i ciągną gdzieś „moją” dziewczynkę, wracam do czytania. Po prawie godzinie oba tatuaże są w końcu ukończone.


- – -

[jest to niewielki fragment, nadal nie ukończonego przeze mnie „Dziennika marokańskiego”, wciąż i wciąż małymi fragmentami spisywanego; chcę wierzyć, że mi się kiedyś uda go skończyć; „Dziennik” pierwotnie przeznaczony był na stronę Cyc Gada, ale z racji nie ukończenia, na ww. stronie ukazał się jedynie oniryczny zapis z podróży pod tytułem: „Sala jest pełna”.]

Filed under: Wycieczki , , , , , ,

[158. 02] Sándor Márai, „Księga ziół”, przeł. Feliks Netz, wyd. III, Spółdzielnia Wydawnicza CZYTELNIK, Warszawa 2008.

1. Sto pięćdziesiąt dwie strony „Księgi ziół” Sándora Máraiego czytałem prawie trzy miesiące. I jest to najdłużej czytane przeze mnie sto pięćdziesiąt dwie strony jakiejkolwiek książki. Nie ma się czym chwalić. Oczywiście, gdybym się przyłożył (a co, nie przykładałem się?), to mógłbym tę książkę przeczytać w jeden wieczór, a nawet w pół. Tylko takie czytanie tej książki nie miałoby większego sensu. Dlaczego? Ponieważ w pędzie czytania, pogubiłbym sensy i treści, zawarte w krótkich powiastkach, powiastkach zawsze „o czymś”, Máraiego.

2. Przez cały czas „Księga ziół” leżała na stoliku przy łóżku, obok tomiku leżał także ołówek. Zwykle przed snem pochłaniałem maksymalnie trzy-cztery powiastki-notatki. Nie pamiętam, kiedy ostatni czytałem z ołówkiem w ręku. Chyba w czasie studiów. Jednakże wtedy raczej z przymusu, niż dla przyjemności. Nie powiem, bym się rozsmakowywał w każdym fragmencie „Księgi”. Chwilami miałem jej dość, wydawała mi się pretensjonalna i banalna. Ponieważ pewnie taka jest. Pewnie taka jest, jeśli za dużo się przeczyta na raz. Natomiast jeśli się ją sobie aplikuje w małych, „medytacyjnych” dawkach, to ma się wrażenie, to wierzy się w mądrość, słuszność i nieomylność słów węgierskiego autora. Myślę, że specjalnie jest, tak skonstruowana, by z nią polemizować, by się nie zgadzać, by się z nią sprzeczać. „Księga ziół” to nie księga mądrości nad mądrościami, raczej szczera próba pogodzenia się z życiem, jego ograniczeniami, prawami, przymusami, normami. Piszący ją nie chciał pouczać, lecz sam się uczyć.

3. Nie wiem dokładnie, ile jest powiastek-notatek w tej książce, nie przeliczyłem. Niektóre z przemyśleń i refleksji są bardzo mądre i dojrzałe. Niektóre wskazówki są śmieszne i bezużyteczne. Márai dba o to, by nad jego zapiskami unosił się bierny duch stoików, we wstępie dedykacyjnym powołuje się na Senekę, Epikteta i Marka Aureliusza. Przypomina mi się Horacjańskie „nie-dziwienie-się-niczemu” (z szóstego listu „Do Numiciusa” w pierwszej księdze listów), o którym ostatnio czytałem w tekście Markowskiego, czyli nie uleganie chwilowym stanom umysłu, czy też duszy, czy też ciała, jest drogą, która jedynie w duchu równowagi szczęście zapewnić może. Namiętności należy trzymać na krótkim postronku. Nie należy oglądać się na cudze sądy, bądź też na groźby i kary, ale postępować z pełnym rozeznaniem cnoty, a wtedy dopiero człowiek będzie wolnym i dzielnym.

4. „Księga ziół” została wydana w Budapeszcie 1943 roku, gdy Márai ma 43 lata, a czytając ma się wrażenie, że ta książka została napisana przez starszego pana, doświadczonego i błyskotliwego starszego pana. W tym samym roku zaczyna systematycznie spisywać notatki, które potem umieści w „Dzienniku”. Nie czytałem jeszcze „Dzienników”, leżą na stoliku przy łóżku i czekają na swoją kolej, ale jestem ciekaw, bardzo ciekaw, czy wpisy do „Księgi” znajdą potwierdzenie w nim.

5. Na zakończenie mały cytat: „(…) jeśli poczujesz ból (…) pomyśl o tym, że to naturalne, ponieważ jesteś człowiekiem. A coś ty sobie wyobrażał? Jesteś człowiekiem, przeto umrą twoje kochanki, opuszczą cię przyjaciele, i wszystko to, co zbierałeś i kochałeś, uleci niczym pył na wietrze. Nic w tym dziwnego, jeśli wszystko dzieje się w zgodzie z porządkiem natury (…). Jesteś człowiekiem, musisz więc cierpieć; a cierpienie twoje nie trwa wiecznie, ponieważ jesteś człowiekiem”. Sándor Márai popełnił samobójstwo 22 lutego 1989 roku w San Diego.


- – -

[tekst, odrobinę poszerzony i pod tytułem „O węgierskich ziołach", ukazał się na stronie Przystani Literackiej.]

Filed under: Lekturki, Się , , , , , , ,

Psia ferma

Przez przypadek natknął się w necie na artykuł o mężczyźnie z Teremisek, który za 450 zł na miesiąc musiał utrzymać siebie i swoją ułomną ciotkę. Musieli sobie jakoś radzić, dlatego 50-letni mężczyzna założył przydomowe schronisko dla bezdomnych psów. Sąsiedzi z okolicznych wiosek często przyprowadzali mu znalezione lub niechciane kundle, chociaż dobrze wiedzieli co się z nimi stanie. Pewnie między sobą rozmawiali o bestialskim postępowaniu ze zwierzętami. Jednak nie miał innego wyjścia, przecież musiał zabić, obedrzeć ze skóry, poćwiartować, ugotować, by potem razem z ciotką zjeść je na obiad. Podobno, żeby mięso było smaczne i łatwo odchodziło od kości, przed zabiciem trzymał psiaki w workach i bił drewnianą pałką. Na posesji za domem policjanci (bo w końcu ktoś doniósł na niego władzy) odkryli 25 drewnianych kojców. Wewnątrz znajdowało się 17 żywych psów. W zamrażalce w piwnicy znaleźli poćwiartowane szczątki 2 lub 3 psów, nie udało się tego jeszcze dokładnie ustalić. Na jutro zamówiona jest ekipa, która przekopie sad w poszukiwaniu psich grobów. Po przeczytaniu artykułu, głośno pomyślał: „Ciekawe jak smakuje mięso z psa?”. „A ciebie to już całkiem pojebało, co?” – odpowiedziała, choć wcale jej nie pytał. Wyszedł do kuchni, by spokojnie przemyśleć pomysł złotego interesu, który powoli zaczynał kiełkować w jego głowie. „A może tak, zamiast kurzej fermy i ubojni drobiu, którą próbuje mi sprzedać Ka., zainwestować i otworzyć fermę psów razem z ubojnią? Polskiego rynku pewnie bym nie podbił. Polacy nie są gotowi jeść psie mięso. Chociaż jedzą jagnięcinę, wołowinę, koninę, baraninę, sarninę, cielęcinę. Mięso z dzików, królików, gołębi, strusi. Chociaż można w naszym kraju kupić nutrie żywe i ich mięso, kiełbasy i jadalne podroby nutriowe. Polacy pewnie psiego mięsa lub kiełbasy by nie tknęli, w końcu pies to przyjaciel człowieka, może nie taki wielki jak koń, jednak przyjaciel. Nie ma potrzeby bym się martwił o rynek zbytu, bo Żółty Daleki Wschód stoi otworem. Całość uboju pójdzie na eksport. Podbiję dalekowschodnie rynki świeżym towarem. I tanim! A w naszym kraju zniknie problem bezpańskich psów. Będzie można pozamykać wszystkie schroniska dla kundli, które właściwie są przecież hospicjami. A nadwyżkę świeżego mięsa będę sprzedawać jako karma z psów dla kotów.” „Co robisz w kuchni? Może byś herbaty zrobił, jak tam jesteś?” – krzyknęła. „Dobrze. „Co tam mruczysz? Hę? Pewnie znów piszesz, któreś z tych swoich durnych opowiadań. Lepiej wymień kotom piasek, bo śmierdzi.”

Filed under: Opowiadania , , , , , , ,

Przyjaźń a literatura

1. Profesor Michał Paweł Markowski w eseju „Życie na miarę literatury” opowiada następującą anegdotę: „Całkiem niedawno jadłem kolację w Sztokholmie w gronie znajomych akademików. Towarzystwo było międzynarodowe i wielojęzyczne. W pewnym momencie moja przyjaciółka, Brazylijka wykładająca w Szwecji niemiecką filozofię, nachyliła się do filozofa angielskiego wykładającego w Nowym Jorku filozofię francuską i powiedziała: Jeśli chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, musisz czytać Pessoę. Nie znałem kontekstu ich rozmowy, zrozumiałem jednak od razu, co chciała powiedzieć: przyjaźnie definiują się poprzez te same przeczytane książki, poprzez podobną wrażliwość wpisaną w literaturę. Moja brazylijska przyjaciółka mówiła swojemu anglojęzycznemu koledze: jeśli chcemy się porozumieć, czytaj poetę, który umie powiedzieć o moim doświadczeniu coś, czego ja sama wysłowić nie potrafię. Czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry.” Oczywiście jest w komentarzu do tej opowieści bardzo dużo racji, jednak w związku z tym, że nie jest to święta racja, pozwolę sobie na kilka słów własnego komentarza do anegdoty i kilku tez z eseju.

2. Wiem, że możliwość zaistnienia przyjaźni, warunki sprzyjające temu, nie są główną tezą tego eseju (A co jest? To by życie naśladowało, odwzorowywało literaturę, że życie bez literatury nie ma sensu. Jak i dlaczego? Zainteresowanych odsyłam do tekstu.), ale tak się składa, że jest to temat, który mnie aktualnie zajmuje, interesuje. Pan Profesor zakłada, że przyjaciele definiują się, konstruują poprzez te same przeczytane lektury. Nawet ostrzej: poprzez tak samo mocne i jednoznaczne odczuwanie tych samych książek. Anegdota przytoczona powyżej ma być na to dowodem. Jest interpretowana tak: „jeśli chcemy się porozumieć […] czytaj pisarza, który jest blisko mojej skóry”. Ja bym ją rozpatrywał, rozumiał troszeczkę inaczej: „jeśli chcesz mnie zrozumieć”, „jeśli chcesz zrozumieć moje postępowanie, decyzje, gesty, słowa”, to przeczytaj proszę to, czy tamto. Markowski milcząco zakłada, że przyjaciele muszę mieć taką sama wrażliwość na przeczytane książki, że muszą przeczytane książki tak samo interpretować, odczuwać, że przywołany powyżej Pessoa musi być autorem znaczącym dla obu stron. Ponieważ, gdy przeczytasz Pessoę i przyjmiesz go do swego krwioobiegu, dopiero wtedy możemy rozmawiać. Myślę, iż nie ma konieczności stawiania sprawy aż tak ostro. Rozmowa jest możliwa, gdy obie strony przeczytały tego samego autora, ale wcale nie muszą mieć o nim tego samego zdania. Ponieważ jeśli mają, to prawdopodobnie nie ma już o czym rozmawiać, drugi nie powie pierwszemu nic istotnego, nic czego ten pierwszy nie będzie już wiedział. A rozmowa nie na tym polega, raczej na wymianie. Stawiałbym raczej na różnice, a nie na homogenizację poglądów i przekonań.

3. W tekście nie ma mowy o tym, by różnice wrażliwości, a co za tym idzie: różne lektury, mogą tak samo mocno i szczelnie zbliżyć ludzi. Ludzi inteligentnych, inteligentnych na przykład w rozumieniu Sándora Márai, czyli ciekawych. W tym wypadku cnotliwych i ciekawych Drugiego, ciekawych Innego. Podchodzących do Drugiego/Innego z szacunkiem, który się mu należy za to, iż ma inne od nas poglądy i przekonania. Moim zdaniem różnice czytelnicze mogą tak samo zbliżyć ludzi jak podobieństwa, choć jest to oczywiście trudniejsze i wymaga większej cierpliwości i wyrozumiałości. I otwartości. Zresztą różnice, tak jak i podobieństwa, mogą jedynie ułatwić porozumienie, ale w żaden sposób go nie warunkują.

4. Markowski pisze tak jakby podobne, czy nawet takie same, lektury warunkowały możliwość zaistnienia przyjaźni, jakby nie była ona możliwa bez wspólnych lektur. Powiedziałbym raczej, że one ułatwiają, a nie warunkują zaistnienie przyjaźni. Wspólne, te same lektury wcale nie determinują zaistnienia przyjaźni, ale ułatwiają nawiązanie więzi, ułatwiają wytworzenie tzw. nici porozumienia, „zrozumienia w lot” tego, co chce nam przekazać, powiedzieć Drugi. Profesor pisze w innym miejscu tego eseju: „Przyjaciele czytają te same zdania w takim samym zachwycie […]. Właściwie po to jest literatura: powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, czy będziemy się spotykać”. Sądzę, że jest to za daleko posunięte uogólnienie, bo gdyby czytali „w takim samym zachwycie”, to nie jest potrzebna rozmowa (a jest!), porozumienie następowałoby ponad rozmową, ponad słowami, czyli ponad literaturą. Podobnie myślę o wspomnianej powyżej roli literatury, uogólnienie jest za daleko posunięte. Oczywiście jest ona (literatura) „niezbędna” do życia, „niezbędna w naszym życiu” (cytat z tekstu), bo „ułatwia przyjaźń”. I ma rację pisząc dalej: „Literatura bowiem to nie szafa z książkami, po które sięgamy znudzeni, lecz możliwość innego życia, którego czujemy potrzebę, bo ciasno nam w swoim domu, bo chcielibyśmy poznać coś więcej, bo chcielibyśmy być z kimś innym, bo chcielibyśmy coś zmienić we własnym życiu”. Ale spotkanie Innego jest możliwe także bez literatury. Zresztą sam powyżej podaje przykład Jamesa Joycea i Nory Barnacle, którzy wspólnie w przyjaźni małżeńskiej czytali świat, chociaż nie czytali tych samych książek.


- – -

[Michał Paweł Markowski, „Życie na miarę literatury”, {w:} „Tygodnik Powszechny”, nr 1-2 (3104-3105), 4-11 stycznia 2009, Kraków, str. 52-53. Za kilka dni cały tekst „Życia…” będzie dostępny na stronie „T.P.”.]

Filed under: Czcze mądrości, Lekturki , , , , , , ,

DDD

Prowadzę małą firmę o nazwie „DDD”, czyli „Dyskretna Delikatna Defloracja”. Dokładnie, to jestem współwłaścicielem z Janem Kowalskim. Jestem dyrektorem ds. marketingu, a Jan odpowiada z papierkową robotę, za faktury, rozliczenia, podatki, czyli za to wszystko, na czym się nie znam. Firma nasza wkroczyła na zupełnie dziewiczy rynek – specjalizujemy się w defloracji. Nikt przed nami się nim nie zajmował na taką skalę. Co prawda działali (i wciąż działają) jacyś partacze, którzy wykonywali chałupnicze i dorywcze prace tego rodzaju. Działamy na rynku niecały rok. Mamy swoją piękną stronę www.dyskretnie-a-dobrze.pl ze zdjęciami naszych chłopaków w całej okazałości i we wszystkich możliwych pozycjach Kamasutry. Mamy pracowników terenowych, którzy reprezentują nas na zewnątrz, a w biurze mamy miłą i nawet młodą sekretarkę. Dziewczyny i kobiety mogą się do nas zgłosić telefonicznie, bądź wysłać maila, wypełniając formularz zgłoszeniowy, który jest do ściągnięcia ze strony. Można też osobiście przyjść, zamówić z katalogu wybranego chłopaka, który w miłej i przyjaznej atmosferze dokona ceremonii. Firma wciąż jest mała, dlatego w katalogu jest jedynie 7 chłopaków. Mamy zapisy na pół roku do przodu. W swojej ofercie posiadamy również ekspresowe usługi pozbycia się hymenu, jednak wtedy do takiego zgłoszenia jedzie Jan, bądź ja. Szczycimy się tym, że nigdy nie mieliśmy reklamacji na nasze prywatne usługi. Hasło reklamowe firmy brzmi: „Zrobimy to dobrze. Gwarantujemy przyjemność albo zwrot poniesionych kosztów!”.

W agencji reklamowej „Zdanowicz & Zdanowicz”, oglądam naszą próbną prezentację przygotowaną dla TV Kulturalna, zrobioną w formie antyreklamy, w której przeciwstawione są ze sobą dwa sposoby defloracji. #1. Dziewczyna może to zrobić sama, może sama siebie pozbawić błony dziewiczej za pomocą specjalistycznego urządzenia, które jest do kupienia w aptece lub supermarkecie. Polega to na tym, że wkłada sobie w pochwę małą rurkę z gumy, potem musi ją napompować i już. Jest wtedy dużo krwi, boli, ale niby problem z głowy. #2. Lub może zamówić jednego z naszych chłopaków i wtedy jest bardzo przyjemnie. Świece, czerwone wino, wspólna kąpiel w wannie, rozmowa, czułe słówka. Cena jest bardzo przystępna i konkurencyjna wobec firm oferujących podobne usługi.Reklama mi się nie podoba, jest nudna i łopatologiczna. Proszę, by przygotowali następną, w której usługi naszej firmy będą przedstawione jako jedyne, właściwe rozwiązanie.


[tekst pierwotnie ukazał się w listopadzie ’08 na stronie PKPzin]

Filed under: Opowiadania, Się , , , , , ,

Królewskie zdjęcie

W ubiegłym roku byłem na wyjeździe w Maroku, który trwał przeszło dwa tygodnie. Nie była to zorganizowana wycieczka, znaczy się, wycieczka została zorganizowana przez nas z pominięciem biur podróży, „przez nas”, czyli przez wycieczkowiczów, każdy dorzucił swoje dwa grosze i z ogólnego planu wyjazdu, zrobił się szczegółowy plan wyjazdu. Do czasu podróży, moje wyobrażenie o Maroku było dość mgliste: kraj w północnej Afryce nad Morzem Śródziemnym i Oceanem Atlantyckim. Z historii wiedziałem tylko tyle, że kiedyś była to francuska kolonia, wchodząca w skład Maghrebu tak jak Algieria i Tunezja. Wiedziałem, że krajem rządzi król, ale jaki i który, tego to już nie wiedziałem. Na miejscu okazało się, że kolorowe zdjęcia oprawione w ramki aktualnego i byłego króla wiszą prawie wszędzie: w sklepach, w kafejkach, w barach, w restauracjach, na dworcach, w biurach, w bankach, w kantorach, w recepcjach hoteli… Co prawda zdjęć aktualnie panującego monarchy jest więcej i są one większe od zdjęć byłego monarchy. Aktualnie panującym monarchą jest – od 1999 roku – Mohammed VI, poprzednim był jego ojciec Hassan II, który panował od 1961 roku do swojej śmierci, chyba wypada zaznaczyć, że umarł śmiercią naturalną. W jednym z hoteli w Casablance, gdy czekałem w holu na przyjaciół, przyglądałem się zdjęciu Hassana II. Starszy, drobny mężczyzna siedzi na dużym fotelu/tronie. Fotel jest za duży dla tego mężczyzny, dysproporcja pomniejsza i tak małego mężczyznę. Pewnie nie jest w stanie tak szeroko rozłożyć rąk, by położyć je na oparciach fotela, wyglądałby wtedy bardzo komicznie, dlatego dłonie trzyma spokojnie położone na lewym kolanie, ponieważ ma założone nogi lewą na prawą. Cała postać jest lekko odwrócona w prawą stronę, jednak sam król patrzy w obiektyw, czyli na oglądającego zdjęcie. Ubrany jest w nienaganny garnitur, myślę, że bardzo ciemnogranatowy, albo grafitowy. Do tego czarny krawat i biała koszulę. Na twarzy maluje się grymas uśmiechu, takiego płaskiego półuśmiechu, jakby wymuszonego. Najbardziej uderzające i przykuwające uwagę są dłonie. Spokojnie i pewnie leżące na sobie. Prawa dłoń przykryta lewą. Widać jedynie trzy ostatnie palce prawej oraz kawałek nadgarstka, za to lewa widoczna w całej okazałości. Jest duża, silna i bezwzględna.

Filed under: Wycieczki , , , , ,

[154. 51] Jeffrey Eugenides, „Samobójczynie”, przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1998.

1. W zeszłym roku (jakże śmiesznie brzmi to określenie w kontekście dnia dzisiejszego) A.N.N.A. przysłała mi w prezencie, bo podobno miała dwie, książkę Jeffrey’ja Eugenidesa pt. „Samobójczynie”. Jeszcze raz dziękuję, gdyż pewnie sam bym sobie tej książki nie kupił, ponieważ nie przepadam za wydawnictwem Zysk i S-ka, a tym bardziej serią „Kameleon”, ponieważ nie przepadam za amerykańskimi pisarzami jednego, czy dwóch sezonów. Lubię książki po kimś. Podpisane, pokreślone, z dedykacjami, z uwagami, z zapiskami na marginesach – są to dowody, namacalne dowody życia książki – dlatego szkoda, że A.N.N.A. wyrwała kartkę numer 3, gdzie, jak się domyślam, na 5 stronie była wpisana jakaś dedykacja, szkoda, szkoda. Chociaż ten akt wandalizmu, także jest dowodem życia…

2. Czy jest ktoś, kto chociaż raz w życiu, nie myślał, choćby przelotnie, o samobójstwie? Raczej wątpię. Książka „Samobójczynie” (tytuł niezbyt trafny, raczej kiepsko przełożony przez p. Tomasza B., w oryginale „The Virgin Suicides”) stara się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego pięć nastoletnich sióstr Lisbon, żyjących na początku lat siedemdziesiątych w stanie Michigan w USA, odbiera sobie życie, dlaczego seryjnie, dlaczego wszystkie były tak zdesperowane, dlaczego nie starały się, dać sobie i światu szansy. Książka napisana jest w formie śledztwa, po dwudziestu latach od tragicznych wypadków, przeprowadzonego przez chłopców z sąsiedztwa, którzy na całe życie naznaczeni zostali dawnymi, tragicznymi wydarzeniami. To oni, zakochani dawniej i teraz w siostrach Lisbon, starają się dociec i zrozumieć sens, odkryć tajemny wzór, przeniknąć do psychiki dziewcząt, nie zadowalając się określeniem „było-minęło”. Mimo upływu tak długiego czasu, wydarzenia są wciąż żywe, na dodatek mają wpływ na późniejsze życie chłopców. Chłopcy zbierają okruchy pamięci, pamiątki, dowody istnienia sióstr. Wymieniają się wspomnieniami. Chcą pamiętać. Chcą, by mimo śmierci one nie odeszły z ich życia. Pielęgnują żywą pamięć. Książka Eugenidesa jest więc świadectwem.

3. Samobójstwo sióstr Lisbon, jest aktem niezgody, niezgody na świat, niezgody na niesprawiedliwość i cierpienie w świecie. Swoim gestem wyrażają dezaprobatę, protestują przeciwko takiemu światu w jakim przyszło im żyć. One nie chcą przykładać przysłowiowej ręki do cierpienia jakie panuje na świecie. Ostateczna, w swej wymowie, decyzja nie jest wołaniem o pomoc, a świadomym sprzeciwem. Symboliczny jest opis życia i śmierci jętek jednodniówek, które zjawiają się na świecie na jeden tylko dzień, a potem ich widmowe ciała walają się wszędzie: na ulicy, na trawnikach, na chodnikach… Jaki jest sens ich śmierci i życia? Żaden. I to wzbudza sprzeciw sióstr. Sprzeciw, który prowadzi do tak dramatycznych kroków.

4. Wczoraj Krzysztof oddał mi książkę Alejo Carpentiera „Harfa i cień”, którą trzymał prawie rok. Dziś okazało się, że w międzyczasie kupiłem sobie druga, teraz mam dwie te książki. Jedną mogę uwolnić. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to proszę zostawić info w komentarzu, podając adres e-mail.


- – -

[tekst odrobinę zmieniony i pod tytułem „Niewinne samobójczynie", ukazał się na stronie Przystani Literackiej.]

Filed under: Lekturki, Się , , , , , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

styczeń 2009
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!