Hajfa

[niecodziennik]

Antylopy

Początkowo nie rozumiał, co mówi przyjaciel, który rysował rękoma w powietrzu długie, proste linie. Machał przed twarzą małymi jak wróbelki dłońmi, z których kapały krople potu. Jakiś czas temu zauważył, gdy przyjaciel się denerwował lub czymś podniecił, pociły mi mu się dłonie. Pociły to mało powiedziane. Robiły się mokre.
– Oddychaj głęboko, powoli – zaproponował – Wdech. Wydech. Równo. Potrafisz! Uspokój się i spróbuj jeszcze raz od początku. Dawaj! Co chcesz powiedzieć?

– Umhu, zaraz.

– Dobrze, tylko spokojnie. Spróbuj teraz.

– Ziemia jest płaska, rozumiesz? Płaska jak stół. Płaska!

– Tak i co z tego? – odpowiedział Andrzej.

– Nic nie kumasz! Na dole też jest świat. To tam ludzie chodzą na rękach i tam żyje Diabeł tasmański. Nie musimy płynąć statkiem, by się tam dostać. Możemy przekopać się na Antylopy.

– Chyba Antypody – bezczelnie wtrącił Karol, który jak zwykle stał obok i podsłuchiwał.

– Jeśli mówię, że Antylopy, to Antylopy – odburknął mu Jurek. – Idź usiądź na swoje drzewo.

Andrzej odetchnął głęboko, ulżyło mu, bo zrozumiał, że Jurek ma rację. Chcieli popłynąć na Tasmanię, by pogadać z Diabłem. Sądzili, że Diabeł ma z nimi coś wspólnego, że coś wie, że wie dlaczego i jak. Planowali podróż od wielu miesięcy.
– Pomyśl, jeśli wykopiemy dół, bardzo głęboki i bardzo szeroki dół, to przedostaniemy się na drugą stronę. To nie może być daleko. Rozumiesz, co to dla nas znaczy? Będziemy po drugiej stronie.

– W końcu! – radośnie odpowiedział Andrzej.

– Tak, w końcu będziecie – odezwał się nagle Karol. – Ale jakbyście posłuchali mnie wczoraj, to już dziś byśmy tam byli.

Skoro można w dół, to można i w górę. A wy nie chcieliście mi wierzyć. Mogliśmy polecieć. A teraz sami widzicie, kto miał rację.
Żaden z nich nawet na niego nie spojrzał. Może i on potrafi nadal latać, myśleli, tak jak mówi, ale Jurek i Andrzej panicznie bali się tracić grunt pod nogami, każdy normalny człowiek wie, że Bóg zabronił ludziom latać rok temu, dlatego wolą grzebać w ziemi.

– W takim razie postanowione, kopiemy, trzeba kopać, a potem wystarczy wejść do dołu i wyjść po drugiej stronie. Na Antylopach.
– Tak, na Antylopach – ze zrozumieniem kiwał głową Andrzej – tylko kiedy mamy kopać? Wciąż nas pilnują. Boją się, że znikniemy tak jak Sławek, który tydzień temu w niedzielę wyszedł tylko po fajki i zapomniał wrócić.

– Możecie kopać po obiedzie, kiedy wszyscy inni będą leżakować – podsunął Karol.

– Karol ma rację – po dłuższym zastanowieniu przyznał Andrzej.

– Dobra, zrobimy to jutro po obiedzie – postanowił Jurek. – Przed obiadem się nie opłaca. Kiedyś już kopałem, sam, byłem już chyba bardzo blisko, bo słyszałem krzyki, smażonych się w kotle z oliwą. Wtedy myślałem, że za chwilę pogadam z Diabłem, ale zawołali mnie na obiad. Teraz będziemy mieli całe popołudnie i jest nas dwóch.

– Trzech – wtrącił Karol.

– Super, to jesteśmy umówieni. Jutro po obiedzie, kiedy wszyscy inni będą leżakować, spotkamy się w parku i wykopiemy wielki dół, by przez niego dostać się na Antylopy.

– Antypody – poprawił.

– Antylopy, Antypody? Jakie to ma znaczenie, skoro w końcu pogadamy z Diabłem tasmańskim.

– Zasadnicze.

– Zasadnicze, czyli jakie? – dopytywał się Andrzej, ale nie uzyskał odpowiedzi, bo Karol poszedł do toalety.

Następnego dnia całe przedpołudnie się unikali. Wcale się nie umawiali, że nie będą ze sobą rozmawiać, że nie będą ze sobą siedzieć przy śniadaniu, że nie pójdą na te same zajęcia grupowe. Ich zachowanie zaniepokoiło mniej doświadczony personel zakładu. Ani salowa, ani lekarz dyżurny nie widzieli w tym nic niezwykłego. Szeptano, że w niezwykłej, bo nierozłącznej trójcy nastąpił w końcu rozłam, że teraz ich rekonwalescencja nastąpi sprawniej. Unikali się, spotkali się dopiero w porze leżakowania innych pod drzewem w parku, pod drzewem, z którego zwykle odfruwa (tj. spada) Karol. Każdy z nich miał swoje narzędzie do kopania. Andrzej szpadel z niebieskim trzonkiem, Karol kilof, a Jurek grabie. Bez słowa zaczęli kopać. Mieli bardzo poważne miny, zdawali sobie sprawę ze znaczenia swojej misji.

Najpierw Karol kilofem spulchnił ziemię, ponieważ musieli przekopać się przez trawnik. Andrzej wyrzucał ziemię na górę, a Jurek odgarniał ją na boki. Kopanie szło im dość łatwo, jasno wyznaczone były role i zadania. Przynajmniej na początku. Potem musieli zacząć jeszcze raz, gdzieś w większej odległości od drzewa, gdyż korzenie dobitnie utrudniały dalsze kopanie. Ale nie przejęli się tym zbytnio, bo skoro chcieli dostać się na drugą stronę, to byli przygotowani na pewne trudności. Wiedzieli, że nie można się tak łatwo dostać na Tasmanię do królestwa Diabła. Zdawali sobie sprawę, że napotkają jakieś nieprzyjemności. Najważniejsze, że nie pojawił się anioł z ognistym mieczem. Tak się pocieszali. Zresztą nie zwracali uwagi na trudności i bariery, mieli ważną misję do wypełnienia, a czas się kurczył. Starali się kopać szybciej, Jurek mniej ziemi odgarniał na boki. Byli spoceni, brudni, ale szczęśliwi, bo wiedzieli dlaczego tak się wysilają. Nagle Andrzej powiedział:

– Cicho! Chyba coś słyszę.

– Co? – zakrzyknęli dwaj pozostali kopacze.

– Pst! Psyt! Psyt! Zamknijcie się. Nie ruszajcie się i przestaniecie oddychać. Chyba słyszę skwierczenie oleju. Musimy być blisko!
– Daj posłuchać – powiedział z góry Jurek i zszedł na dno dołu, który był już poważnej głębokości.

I nagle ziemia się zaczęła się osuwać z góry. I przysypała trzech mężczyzn, którzy chcieli przekopać się na drugą stronę, do kraju gdzie ludzie chodzą na rękach.

Filed under: Opowiadania , ,

Popieram błędy

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia, nie, żebym nad tym strasznie ubolewał, pozytywne myślenie zmienia perspektywę, w końcu jest miło, uczucie wszechogarniającej swobody: miłe słońce leje się z nieba, miły wiaterek podwiewa tiszerta, miła muzyka z ipodzika wlewa się w uszy, miła dziewczyna rozdaje czerwone ulotki, miłym głosem mówi: „proszę”, miło się przy tym uśmiecha, miło pies sika pod murem, miło śmigają samochody, miły zielony ludzik od świateł, który, podobno, zgarnia całą pulę, miło boli mnie głowa (ból jako dowód, ten w portfelu się nie liczy), miła starsza pani pyta, która godzina, właśnie wybiła dwunasta, nie słyszy pani miłych dzwonów?, miło wibruje telefon w kieszeni, miły pierwszy esemes dziś, miło, bo będą następne, miło spędzę cały dzień (w pracy), tylko dojechać; nadal czekam na tramwaj, który wciąż nie podjeżdża, może mały spacer?, tak się zastanawiam, ale rozsiadam się na krawężniku i wyciągam „tygodnik”, by poczytać o 60-leciu państwa izrael, kiedyś marzyłem, by się do tego kraju przeprowadzić, uczyłem się hebrajskiego, miałem szansę wyjechać na archeologiczne wykopki, na stypendium, ale szansę zmarnowałem, minęło dwanaście lat, nie żałuję, nauczyłem się nie żałować, w końcu podjeżdża tramwaj, tak się cieszę, nie przeszkadza, że jest pełen, że jest napchany po same brzegi, ledwo się wciskam, ale jadę, stoję na przednim pomoście, jedną nogę mam opartą o stopień wyżej, ustawiłem się bokiem do środka, spoglądam przez szybę, widoki te same co zwykle, te same kamienice, te same przejścia dla pieszych, te same skrzyżowania, te same żurawie, ta sama rzeka, dwa mosty, ta sama katedra, a na niej zegar, który daje znać, informuje, że zdążę się przeładować na rondzie w autobus; już mnie to nie wzrusza, chociaż są dni, że chciałbym spojrzeć na swoją codzienną trasę innymi oczyma, odkryć jakiś załom, szczelinę, w którą mógłbym wejść i zniknąć; tymczasem dziewczyna stojąca wyżej, ociera się sterczącymi piersiami o moje ramię, drażni mnie, bo robi to specjalnie, a nie przypadkiem, aż takiego tłoku nie ma, by się na mnie pokładała; odsuwam się w stronę drzwi, ale ona pochyla się bardziej, nadal mnie dotyka, reaguję jak oparzony, wcale nie jest mi miło, chciałbym wysiąść, ale jeszcze jeden przystanek.

Filed under: Wycieczki , , ,

Po prawdzie

„W końcu my, ludzie, którzy jeszcze czytają książki, powinniśmy ze sobą rozmawiać...” [Andrzej Franaszek, „Tylko nie (...)”, TP 24 (3127) 2009.]

Księga Wyjścia

Wejdź i wyjdź.

PodStrony

Obowiązki Domokrążcy

„(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…).” [Piotr Śliwiński, „Świat na brudno”, str. 349-350.]

 

maj 2008
P W Ś C P S N
    cze »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Słowo na niedzielę

Bądź wierny. Idź! Idź spać!